Od Redakcji: W 1869 r. krakowscy konserwatyści Józef Szujski, hrabia Stanisław Tarnowski, Stanisław Koźmian i Ludwik Wodzicki opublikowali „Tekę Stańczyka” – satyrę na różne kierunki polityczne działające w ówczesnej austriackiej Galicji, utrzymaną w formie listów fikcyjnych postaci. W efekcie do ich grupy na trwałe przylgnęło miano „stańczyków”. W książce znalazł się między innymi napisany przez Tarnowskiego list poświęcony tzw. tromtadratom, czyli „narodowym” demokratom – stronnictwu lubującemu się w mglistej, za to bardzo krzykliwej retoryce patriotycznej oraz urządzaniu w kółko obchodów rocznic historycznych i związanych z nimi marszów. Tekst powstał niemal 150 lat temu, a jednak wiele sportretowanych w nim zjawisk wygląda nader znajomo. Odmieniany przez wszystkie przypadki „patriotyzm”, niby polityczny, ale unikający konkretnych koncepcji (żeby pozwolił skaptować jak najwięcej ludzi); nachalne szerzenie kultu przegranych walk powstańczych i przedstawianie swoich demonstracji jako dalszego ciągu tych walk; wynoszenie organizowania marszów do rangi programu politycznego samego w sobie; granie na prostych emocjach tłumu za pomocą pustych, ale patetycznie brzmiących haseł jako założona z góry metoda działania; przypisywanie sobie monopolu na polskość… Zupełnie jakby autor przeniknął wzrokiem zasłonę przyszłości i widział „ruch narodowy” z jego „marszami niepodległości”. Czasy się zmieniły, tromtadraci – nie. (A.D.)
Twój list, kochany mój katechumenie, wymaga długiej i gruntownej odpowiedzi, a jakkolwiek pracuję nad miarę i siły, nie chcę zbyć cię kilkoma słowami. Poświęcę ci drogi czas i nawet moje zwyczaje, napiszę obszernie, bo mam cię za jednego z tych, których przekonać warto, a chociaż dotąd okazujesz się człowiekiem trwożliwego sumienia i charakteru jeszcze nie zahartowanego, nie tracę nadziei, że czas i życie dadzą ci tę energię, na której ci dziś zbywa. Przestrzegam cię tylko z góry, że jeżeli się nie otrząśniesz z twojej opłakanej skłonności do refleksji, nie będziesz nigdy zdolnym do czynu. Po tej przestrodze przystępuję do rzeczy.
Pytasz mnie o znaczenie demonstracji politycznych i zdajesz się je ganić? Skąd powód do tego pytania? I o co ci chodzi: o teorię czy o praktykę? O zasadę czy o szczególny przypadek? Nie masz nic przeciw uczczeniu Zenona[1], choć twierdzisz, żeśmy go znużyli i znudzili hołdami tak, że już chciał od nas uciekać, ale zarzucasz nam, że nikt nie może choćby na żart przyjechać do naszego miasta, żebyśmy do niego lub po niego nie chodzili „pochodem z pochodniami” i żebyśmy mu nie wyprawili mniej lub więcej fałszywej serenady przed oknami. Potem wywlekasz z zamierzchłej przeszłości dawne zapomniane dzieciństwa i z gruntownością uczonego Niemca robisz statystykę naszych „fackelzugów”[2], oburzając się mimochodem na polską i na niemiecką nazwę tej niewinnej ceremonii. Rachujesz tedy, nie sięgając dalej w przeszłość, owację dla Florestana w roku 1865; w 1866 jedną czy więcej dla Antenora; w początkach 67-go jedną dla Ziemowita. W 68-mym, mówisz, wzmaga się ten gust do smoły i żywicy, i liczysz „fackelzug” jeden dla Nuncjusza, potem jeden dla Deaczka[3] czy też nawet dwa, immediate potem znowu dla Antenora, i z tych wszystkich owacji dla ludzi najrozmaitszych zasad i wyobrażeń wyciągasz wniosek, że my sami nie wiemy, co myślimy i czego chcemy, a po wtóre, że nikt nie może przywiązywać wagi do naszych owacji, jeżeli robić je będziemy każdemu.
Wszystko to miałoby może sens, gdyby celem i przedmiotem owacji był ten Jan albo Paweł, który jest jej pretekstem. Ale dowiedz się i pamiętaj na całe życie, że celem demonstracji nie jest nigdy człowiek ani jego zasady i wyobrażenia, tylko demonstracja sama. Dlatego pozwalam ci myśleć, co ci się podoba o każdym szczególnym wypadku, ruszać ramionami na owację dla Antenora w dwa tygodnie po owacji dla Deaczka, ale zasady bronię i zaraz ci wytłumaczę, co w niej widzę dobrego.
To przecież musisz wiedzieć, że bezpośrednim i najbliższym naszym celem i zadaniem nie może być nic innego, jak pozyskanie mas. Żeby je pozyskać, nie masz innego sposobu, jak elektryzować je bezustannie, utrzymywać je w ciągłym oczekiwaniu czegoś, w ciągłym ruchu. Nazwij ten ruch sztucznym, nazwij to galwanizowaniem, nazwij jak chcesz, ale nie zaprzeczysz, że do celu prowadzi tylko ten jeden środek, a innego nie ma.
A teraz powiedz mi, jak ty do tych mas trafisz, gdzie je znajdziesz, jak je zmusisz do figurowania na politycznym teatrze, jeżeli ich nie zgromadzisz na wolnym powietrzu? Czy myślisz chodzić od domu do domu jak po kweście i propagować[4] garncarza po garbarzu, a murarza po cieśli? Winszuję: prędko byś doszedł do celu, gdybyś każdy z tych łbów z osobna chciał otwierać. Nie, mój kochany, z masami ludowymi nie dojdziesz do niczego rozumowaniem, bo cię nie zrozumieją, a najczęściej nie zechcą słuchać. Wiesz, jak z nimi trzeba poczynać? Oto chwytać za tę władzę, która u nich najbardziej jest wyrobioną, bo żadnego wyrobienia nie potrzebuje, za wyobraźnię. Do ich rozumu trafisz nieprędko, jeżeli kiedykolwiek trafisz, do uczucia niełatwo, bo dziś jeszcze nawet najwcześniejsze z czuć, zawiść, nie dość w nich rozbudzone. Ale podrażnij ich ciekawość, pociągnij wyobraźnię, olśnij oczy blaskiem i otumań uszy gwarem, a upoisz ich tym wszystkim tak, że będziesz miał w ręku nie głowy ich ani serca, ale nerwy, i zamagnetyzowanych i opanowanych użyjesz, jak zechcesz. Jest to abecadłem politycznej psychologii, pewnikiem matematycznym, o którym myślał wielki mistrz wszystkich agitacji w Europie, kiedy uczniom swoim powtarzał jak święty Jan: „Syneczkowie kochajcie się”, „syneczkowie wyprowadzajcie lud na ulicę”.
Wiesz teraz, na co są demonstracje? Pojmujesz, że jeżeli wzięte z przedmiotem mogą być dziecinne i śmieszne, to w oderwaniu od przedmiotu są uprawnione, konieczne i zbawienne? Jest to tak dalece prawdą, że nie widzę nic zdrożnego ani nawet nic dziwnego w dwóch następujących po sobie owacjach dla dwóch ludzi wprost przeciwnych przekonań i celów. Ciebie to razi, widzisz w tym dzieciństwo, niedojrzałość polityczną, niedorzeczność: i w istocie to jest dzieciństwem, niedojrzałością i niedorzecznością ze strony tych, którzy tam idą za drugimi i wołają „wiwat”, sami nie wiedzą za co i komu. Ale tym ludziom, którzy wiedzą, co robią i działają z celem przed oczyma, nie godzi się przypisywać płochości i dzieciństwa, lecz przeciwnie, szanować należy ich głęboką mądrość.
To wszystko dla twojej nauki i przyszłości. Ale znając kobiecą trochę (wybacz) trwożliwość twego sumienia, przeczuwam, że nie jesteś jeszcze przekonanym. Muszą się odzywać w twojej głowie puste echa tych pustych argumentów, których nasłuchałeś się dosyć przeciw wszelkiej agitacji od ludzi interesowanych. Widzę, jak sam siebie zapytujesz, czy agitacja jest rzeczą złą, czy dobrą, słyszę, jak sobie mówisz, że agitacje i demonstracje są tylko złudzeniem, cieniem działania bez rzeczywistości i treści; przewiduję zarzut, że lud przyzwyczajony do zbiegowisk, a nie rozumiejący da się porwać każdemu i użyć na korzyść każdej sprawy; wiem, że mi bryźniesz w oczy przykładem Warszawy i rokiem sześćdziesiątym trzecim. Znam te wszystkie oklepane ogólniki, te babskie strachy, w które wierzą jeszcze pobożne dusze po zakrystiach i zapieckach, i pozwól, żebym cię z tej niedołężnej drżączki raz na zawsze wyleczył.
Co do agitacji naprzód, ta jest faktem nieustającym i nie mogącym ustać, któremu, nawet gdyby był szkodliwym, nie zdołasz przeszkodzić ani ty, ani ja, ani żaden z ludzi. Ale ja twierdzę, że ten fakt szkodliwym nie jest. Postęp jest prawem i celem ludzkości; kołami, na których postęp jedzie, jest ruch i zmiana. Ruch i zmiana są prawem fizycznym świata społecznego i politycznego, a siłą, przez którą to prawo działa, jest agitacja. Agitacja być musi, i jeżeli nie ty i nie ja, to znajdzie się zawsze taki, który agitować będzie. Zatem całym zadaniem, całą sztuką i (wybacz mi zwietrzały frazes) obowiązkiem patriotycznym jest opanować i kierować agitacją. Od kierunku oczywiście zależy tu wiele. Agitacja prowadzona przez ludzi przekonań przeciwnych naszym byłaby niebezpieczną (szczęście, że nie mają po temu ani dość energii, ani dość zręczności), ale agitacja w naszym ręku, w ręku człowieka śmiałego i dzielnego (jacy w ważnych chwilach zawsze na wierzch wychodzą), taka agitacja staje się potęgą, której nie użyć byłoby głupstwem i niedołężnością, zbrodnią nie tylko względem kraju, ale nawet względem samego siebie.
To, co mówią, że demonstracje są marą politycznego działania, chińskim cieniem dla zabawy gawiedzi i kawiarnianych polityków, to także nieprawda. Zapewne, jeżeli chodzi o rezultat widoczny i namacalny, to tego żadna demonstracja nie pokaże, chyba taka, która już przeszła w rewolucję. Ależ nie o to chodzi. Demonstracja jest gimnastyką, którą się masy wprawiają do trudnych i niebezpiecznych skoków i ewolucji, a jako taka jest czymś bardzo rzeczywistym i obfitym w skutki. Nie chcę ci tu powtarzać takich rzeczy, które się mówi ze skutkiem wobec większej publiczności, jak manifestowanie ducha narodu, objaw jego opinii i woli, i tam dalej, bo wiesz co myślę (między nami) o tych wszystkich duchach, opiniach i wolach, ale powiedziałem ci dosyć, by cię przekonać, że w ten sposób pojęta, demonstracja nie jest wcale złudzeniem.
Temu też także nie wierz, że lud przyzwyczajony do tłumnego i gwarnego zebrania, da się każdemu pociągnąć i zrobić co innego, niżby chcieli jego przyjaciele. Stać by się to mogło, gdyby lud kiedykolwiek zgromadził się sam i z własnego popędu. Ale tak się nigdy nie dzieje. Wszechwładny siedzi w swoich dziurach i nie lubi z nich wyłazić: żebyś wiedział, ile to pracy potrzeba, żeby go wyruszyć, jak trzeba kusić, opowiadać, obiecywać dziwy i ciekawości! Wierz doświadczonemu: lud nigdy sam o zebraniu nie pomyśli, a jeżeli się zgromadzi, to zawsze tylko pod wpływem innej woli, która go w takiej chwili na krok odstąpić nie powinna i nie odstępuje. Tą wolą jesteśmy my, zatem cały argument upada.
Pozostaje jeszcze rozprawić się z przykładem Warszawy i roku sześćdziesiątego trzeciego. O, jakże ten przykład od nas daleki[5] i jak mało straszny! Ale chcesz wiedzieć, dlaczego tam rzeczy tak źle poszły? Oto nie z winy demonstracji, nie z winy manifestacji ani organizacji, ani nawet (między nami) nie z winy szlachty i białych[6], ale po prostu dlatego, że zamierzona rewolucja bawiła się w republikę, kiedy powinna zawsze być despotyzmem pod karą nie udania. Jak tylko rządzą komitety, kluby i tym podobne błazeństwa, żadna rewolucja powieść się nie może: pierwszym jej warunkiem jest dyktatura, prawo życia i śmierci nad wszystkimi w ręku jednego. Tę naukę wyciągnąłem z wypadków sześćdziesiątego trzeciego i tej nie zapomnę, a to samo jest już ogromną z tych wypadków wynikłą korzyścią.
Spodziewam się, żem rozwiał twoje obawy co do demonstracji i twoje zastarzałe skrupuły niegodne męża. Nie gardłuję za żadną demonstracją z osobna, ale obstaję za wszystkimi w ogóle, za zasadą demonstracji, której, pochlebiam sobie, już nie ośmielisz się podawać w wątpliwość.
Rzecz naturalna, że każda demonstracja uliczna, przy której się prawie nic nie mówi, a zgoła nic nie słyszy, sama przez się nie znaczyłaby wiele. Jest ona tylko ogólnym zarysem, który potrzebuje wypełnienia, a wtedy dopiero staje się wyrazistym, zrozumiałym i robi wrażenie. Takim wypełnieniem dla demonstracji ulicznej jest wszystko to, co daje sposobność lub pretekst do mów. Objaśniona mowami i rozgłoszona w gazetach, dopiero rzecz przybiera wielkie rozmiary, dopiero wtedy imponuje tym biedakom, którzy nosili pochodnie i wydaje im się wielką. Nagroda ta należy im się słusznie za to, że nieraz marzną lub mokną, sami nie wiedzą po co, a mimo to na znak dany wołają „wiwat” z bohaterskim zapałem.
Otóż mowa – nie wiem, czy ty sobie dobrze zdajesz sprawę z tego, czym ona być powinna i co mówić można, a czego nie – mowa jest tu jednym, dobrym przewodnikiem, za pomocą którego twoja wola (nie mówię twoja myśl istotna, ale twoja chwilowa wola) dostaje się do każdej z osobna głowy i wpływa na tę głowę. Z twoją myślą zaś i z twoją wolą dostaje się do tej głowy i twoja osoba, na przykład: Sycyniusz mówił najpiękniej o niepodległości Polski, ergo myśl tej niepodległości zrasta się z wyobrażeniem o Sycyniuszu i kiedy tylko myśl ta przypomni się temu lub owemu mózgowi, natychmiast obok niej zjawi się w tym mózgu i fotografia Sycyniusza.
Nigdy zatem człowiek polityczny nie może dość dbać o to, co powie i jak powie, a pierwszą regułą ma być dla niego to, żeby zawsze powiedział więcej od innych, żeby wszystkich przeskoczył i prześcignął. Jeżeli twój poprzednik powiedział i obiecał dziesięć, to ty powiedz i obiecuj sto; inaczej nigdy nie dojdziesz do niczego. Tym razem, wyznaję, byłem istotnie w kłopocie. Mów było wiele, a co jedna, to lepsza. O łączności, o niepodległości, o przyszłości nagadali wszyscy tyle i tę przyszłość obiecywali tak bliską (mają ją w kieszeni, durnie!), że już nic do powiedzenia nie zostawili. Szczęściem natchnienie nie opuszcza nigdy tęgiego człowieka; nie opuściło i mnie i w stanowczej chwili zakasowałem ich wszystkich. „Panowie”, rzekłem, „wyrzeczono tu wielkie słowa połączenia i niepodległości wszystkich części naszej rozdartej ojczyzny. Słowo to znalazło odgłos w waszych sercach. A wiecież, dlaczego? Oto dlatego, że w tej chwili słowo to zostało wcielonym. Jest to prawem odwiecznym i niewzruszonym w świecie ducha i w świecie politycznym, że wielka idea żyjąca w ukryciu w świadomości milionów staje się rzeczywistym faktem w chwili, kiedy została publicznie wypowiedzianą (wielkie oklaski). Tak jest, panowie – jest to pewnik, jest to aksjomat, jest to dogmat stwierdzony sto razy historią (jeszcze większe oklaski). Zatem panowie, ja oświadczam i ogłaszam w tej chwili na świat cały: połączenie i niepodległość wszystkich części naszej rozdartej ojczyzny jest już dziś faktem, faktem dokonanym!” (Grzmot oklasków i nieustająca wrzawa, muzyka wojskowa rżnie: Jeszcze Polska nie zginęła.).
„Fakt ten”, ciągnę dalej, „nie znalazł jeszcze praktycznego wyrazu i dlatego nie jest dla wszystkich widocznym, ale od chwili, kiedy jest, to, co nam jeszcze do zrobienia zostaje, jest stosunkowo małą rzeczą” (znowu oklaski). „Zapewne nie obejdzie się bez przeszkód, ale…”, domyślisz się sam, co powiedziałem dalej, wiesz, że w każdej mowie przeszkody zwyciężają się silną wolą, jednością, poświęceniem i całym tym arsenałem zużytych i zardzewiałych cnót obywatelsko-patriotycznych, nie powtarzam ci zatem końca mojej mowy, którą zamykało w sposób nowy i nigdy dotąd nie widziany: zdrowie Orła Białego. Zaręczam ci, że efekt był ogromny, fenomenalny, a mam nadzieję, że będzie trwałym.
Nie obeszło się naturalnie bez oburzenia: Prudencjusz chciał mnie zatrzymać, Tchórzomir uciekł, Jowisz miał nadzieję, że mnie przestraszy i nastawił najgroźniejszy ze swych marsów, a Sewer śmiał mi powiedzieć w oczy, iż okłamywanie drugich temu tylko może być przebaczonym, kto przynajmniej i sam jest okłamanym. Głupiec! Myśli, że ja dbam o niego i jemu podobnych. A potem, alboż to ja kogo okłamuję? Wszystko, co powiedziałem jest istotną prawdą, może nie w praktyce, ale w teorii jest prawdą. Ale oni mądrzy ułożyli między sobą i głoszą między ludźmi, że to, co jest w istocie treścią i zadaniem mowy, efekt, jest tylko blichtrem i frazesem, a tę mizerną stronę materialną, na którą się każdy głupiec zdobędzie, znajomość rzeczy, argumentację, prawdę i tam dalej, przedstawiają jako rzecz główną. Obrócili kota do góry nogami i znajdują łatwowiernych, którzy gotowi przysięgać, że tak jest. I stąd pochodzi, że słowa prawdziwie patriotyczne i demokratyczne tak mało robią u nas wrażenia. Jakże go mają robić, kiedy wszystko, co powiesz o niepodległości, równości, postępie, prawach ludu okrzyczane jest z góry systematycznie za frazes, za „blagę” i za pochlebstwo.
Wymyślili to ludzie, którzy tej broni używać nie umieją, po prostu przez zazdrość. Podług nich frazesem jest wszystko, co nie jest czystą prawdą. Pytam się, gdzie jest ta retorta, w której można oddzielić chemicznie czystą prawdę od dodatków? Wszak każda figura retoryczna, każde porównanie, każdy wykrzyknik jest już takim dodatkiem, a któż się bez nich obejść może? Co zaś do pochlebstwa, to to, co głupi ludzie nazywają pochlebstwem, jest tylko sztuką pozyskania ufności, wpływu i rozbudzenia w ludziach zapału. Czy Perykles, że już tego słowa użyję, nie pochlebiał Ateńczykom, Grakchus plebejuszom rzymskim, magnaci polscy swojej młodszej braci, albo Napoleon swoim żołnierzom? Cóż to jest te czterdzieści wieków patrzące ze szczytu piramid[7], jeżeli nie piramidalna blaga? Naturalnie pochlebstwo nieszczere, podstępne i zdradliwe jest złem; byłoby złem na przykład, gdyby arystokrata lub konserwatysta pochlebiał ludowi, bo by go oczywiście oszukiwał, ale jeżeli ty w dobrej wierze, z czystym zamiarem i dla jego własnego dobra podbijesz mu trochę bębenka, cóż w tym tak bardzo zdrożnego? Nie pozyskasz nigdy zaufania i wpływu u ludzi, jeżeli zechcesz występować przeciwko ich wyobrażeniom, upodobaniom, a choćby przywidzeniom. Jeżeli zaś czujesz się powołanym do prowadzenia tych baranów, natenczas masz obowiązek zdobyć ich ufność i masz prawo użyć po temu najlepszego środka, jaki jest. Środkiem tym jest: wiedzieć zawsze, co w danej chwili jest słabą stroną tych, na których chcesz działać i przemówić do tej słabej strony tak, iżby twoje uczucie zawsze zdawało się o jeden stopień gorętszym od ich uczucia, żeby twoje dążenie szło zawsze o jeden krok dalej od ich dążenia, ma się rozumieć w tym samym kierunku. Jeżeli zaś twój kierunek nie będzie bardzo jasnym, to cię większość nigdy nie zrozumie. Odcieni ona nie zna i dlatego jak jej mówisz o granicach możliwości, o stosowaniu żądań do chwili i o stopniowym dążeniu do celu, słucha ona jak o żelaznym wilku. Nie powiadam, żeby te wszystkie rzeczy były złe lub fałszywe, ale dla nas mają tę złą stronę, że mogą być zrozumiane tylko przez oświeconą mniejszość, nigdy przez wielką, przez naszą publiczność. Dlatego musimy i powinniśmy zawsze posuwać się do ekstremów, choćby nawet transakcje i kompromisy ludzi umiarkowanych były na dzisiejszą chwilę praktyczne i dobre. Słowem, powinniśmy zawsze chcieć tylko tego, co masy zrozumieć mogą. Nazywają to pochlebstwem, ale wierz mi, że to jest tylko obowiązkiem. Wszak każdy patriota, a zwłaszcza każdy człowiek polityczny powinien trzymać za puls opinię swego kraju i iść z duchem czasu. A jakże poznasz tę opinię, jeżeli się do niej nie zastosujesz? Ona w takim razie zamknie się przed tobą: tym sposobem, wierzaj mi, gubią swoją sprawę konserwatyści. Jak pójdziesz z duchem czasu, jeżeli nie zrobisz zawsze tego, co się jemu w danej chwili podoba? Jak go pokierujesz, zwłaszcza, jeżeli go nie wyprzedzisz i nie staniesz na czele? Duch czasu wprawdzie, wiesz dobrze, co o nim myślę: das ist der Herren eigener Geist[8], ale właśnie dlatego obowiązkiem naszym jest owładnąć nim, a innym sposobem nikt nim jeszcze nie zawładnął i nie pokierował.
Pochlebstwo! Niesumienność! Zła wiara! Gonitwa za popularnością! Wszystko to zarzuty, na które człowiek rozumny i prawy patriota ma prawo uśmiechnąć się z pogardą i ruszyć ramionami. Gonitwa za popularnością jest „an un für sich”[9] koniecznością. Niesumienności i złej wiary być nie może tam, gdzie cel jest dobry, bo oczywiście jeżeli to, czego chcesz jest dobre, to i to, co robisz dobrem być musi i ty robisz w dobrej wierze; a pochlebstwo… hm, któż czasem na tym świecie nie pochlebia! Pochlebiasz kobiecie, której się chcesz podobać; pochlebiasz jej ojcu i matce, jeżeli się chcesz z nią ożenić; mężowi, jeżeli ją chcesz uwieść; pochlebiasz bankierowi, przez którego spodziewasz się zrobić interes; pochlebiasz żydowi, kiedy potrzebujesz pożyczyć pięćdziesiąt guldenów, a nie miałbyś prawa pochlebiać opinii, i to dla jej własnego dobra? Cóż to za kodeks moralności? W tamtych wypadkach pochlebiasz dla siebie przez egoizm, w tym dla dobra ojczyzny; i możnaż się wahać, można to potępić? Mój kochany, im bardziej się nad tym zastanawiam, tym lepiej widzę, że każdy człowiek ma raz w życiu chwilę, w której mu wolno wybrać, komu chce pochlebiać, ale każdy musi wybrać i musi pochlebiać. Cała mądrość życia w tym, żeby dobrze wybrać. Niechże się więc każdy dobrze namyśli przed wyborem, bo cała przyszłość od niego zależy i w nim cały rozum politycznego człowieka. Raz zaś wybrawszy, możesz być wiernym i stałym, jak długo ci się podoba, ale nie bądź nigdy połowicznym, nieśmiałym i skrupulatnym, i zawsze pamiętaj, że najmilszym dla serca ludzkiego rodzajem pochlebstwa jest prześladowanie przeciwnika. Jeżeli go nie ma ten, któremu chcesz się zasłużyć, to go musisz stworzyć, musisz mieć jakiegoś kozła ofiarnego, na którego wszystko złe zwalasz.
O co go oskarżysz, to już rzecz okoliczności, przypadku i twego sprytu. Niezmienna ta zasada może się stosować do chwili i objawiać w najrozmaitszych formach. Teraz na przykład najlepiej służy do tego użytku patriotyzm galicyjski, z czasem może się znaleźć co innego. Dziś dobrze jest starać się nieustannie, żebyś Polakiem wydawał się tylko ty i twoi stronnicy, wszyscy inni to patrioci galicyjscy, pamiętaj. Jest to trochę do zrozumienia trudne; ja sam przyznać muszę, że pojmuję, znam i widziałem ludzi bez żadnego patriotyzmu, ale patriotyzmu galicyjskiego nie spotkałem i nie umiem go sobie wyobrazić. Ale to wszystko jedno, środek jest dobry i radzę go nie zaniedbywać.
A teraz, kiedy ci rzecz całą jasno wyłożyłem i kiedy, jak się spodziewam, uspokoiłem wątpliwości i wahania twego sumienia, mam nadzieję, że się otrząśniesz z dotychczasowej bezczynności i staniesz nie w szeregu, ale przed szeregiem pracowników na polu ojczystym. Ktokolwiek może być generałem, a poprzestaje na niższych stopniach, ten jest niedołężny i nie dopełnia swego obowiązku. Ty mógłbyś być jednym z generałów, gdyby więcej energii, a mniej refleksji. Patrz na mnie: czy byłem kiedy szeregowcem, czy nim jestem? Nie, i możesz być pewnym, że nim nigdy nie będę. Karabin i tornister, to w sam raz dla tych, co przy owacjach biją się o pochodnie i słuchają pobożnie, co tam ktoś prawi z balkonu, gapie! Ale są inni, przeznaczeni do noszenia chorągwi w czasie pokoju, a perspektywy[10] w czasie wojny, i ty mógłbyś do nich należeć, gdybyś chciał. Dlaczego nie spróbujesz, sposobność masz wyborną. Jak się kto zjawi w tym waszym ospałym Gawronowie[11], urządź owację, nie zaniedbuj pochodni, a zwłaszcza mów, ruszaj się i rozruszaj drugich.
Nade wszystko zaś zbierz koniecznie, ale to koniecznie, zgromadzenie ludowe i koniecznie pod gołym niebem. Przedmiotu ci nie braknie: będziecie mówić o tym, co się dzieje w Chaopolis[12] i uchwalicie, że patrioci galicyjscy gubią Polskę, gubią albo zdradzają, albo zaprzedają, jak się wam podoba. Spodziewam się, że mi nie odpowiesz na to tym głupim ogólnikiem, że zgromadzenie ludowe nie powinno rozprawiać i stanowić o kwestiach politycznych, których lud nie rozumie. Naprzód, niech cię Bóg broni wyrywać się z tym, że lud czegoś nie rozumie. To można myśleć, ale nigdy powiedzieć. A po wtóre, co i po co on ma rozumieć? Alboż to nie ma nas, którzy za niego myślimy i rozumiemy?
Źródło: Stanisław Tarnowski, List Sycyniusza (Trybuna), [w:] Teka Stańczyka, Kraków 2007, s. 12-22. Pisownię uwspółcześniono. Tytuł na początku i przypisy pochodzą od Redakcji Xportal.pl.
[1] W tekście padają aluzje do osobistości ówczesnego życia politycznego, tu do Leona Sapiehy (1803-1878).
[2] Niem. „pochodów z pochodniami”.
[3] Tu i wcześniej – aluzje kolejno do: ugodowca Floriana barona Ziemiałkowskiego (1866-1900), konserwatysty Agenora hrabiego Gołuchowskiego (1812-1875), umiarkowanie lewicowego pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego (1812-1887), nuncjusza papieskiego w Wiedniu kard. Mariana Falcinelliego Antoniacciego (1806-1874), liberała Franciszka Smolki (1810-1899).
[4] Tj. traktować propagandą, agitować.
[5] Sarkastyczne (tekst był pisany w 1869 r., a więc tylko kilka lat po klęsce powstania styczniowego) wskazanie na niechęć tromtadratów do wyciągania wniosków z porażek w niedalekiej przeszłości.
[6] Frakcja „białych”, tj. umiarkowanych, w powstaniu styczniowym.
[7] Aluzja do słów Napoleona Bonapartego wypowiedzianych do wojska przed zwycięską bitwą z egipskimi mamelukami, stoczoną pod piramidami (1798): Żołnierze! Pamiętajcie, że czterdzieści wieków patrzy na was ze szczytów tych pomników!
[8] Aluzja do słów wypowiadanych przez literackiego Fausta, które w polskim przekładzie brzmią:
Co duchem czasu zwiecie – niech wam powiem –
Jest własnym duchem waszym, cni panowie,
W którym to duchu czasy się zwierciedlą,
Aż rozpacz czasem człowieka ogarnia!
(Johann Wolfgang Goethe, Faust. Część pierwsza i druga, przeł. Feliks Konopka, Warszawa 1993, s. 30).
[9] Niem. „w sobie i dla siebie”.
[10] Perspektywa – przestarzale: luneta.
[11] W satyrycznym tekście Tarnowskiego „Gawronów” jest pseudonimem Krakowa.
[12] „Chaopolis” jest pseudonimem łacińskiego Leopolis – Lwowa.
