Warszawa: Porażka Teatru Powszechnego

28 listopada, na stronach warszawskiego wydania „Gazety Wyborczej” zamieszczony został list czytelniczki oburzonej reakcją młodzieżowej publiczności na wulgarne i seksualne fragmenty scenicznej adaptacji „Romea i Julii” Szekspira w reżyserii Grażyny Kani.

Według autorki listu, „sztuka była dość nowoczesna, pełna seksualnych aluzji, niewybrednych żartów, obscenicznych gestów”, wśród których znalazły się i takie epizody jak „lizanie kanapy przez Michała Sitarskiego czy plucie wodą w widownię przez Jacka Braciaka”. Autorka listu snuje podejrzenia, że twórcy spektaklu celowo wpletli w przedstawienie elementy wulgarne, czysto prowokacyjne i quasi-pornograficzne, by przyciągnąć uwagę młodzieżowej w większości widowni.

Zamiar ten w pełni im się powiódł, bo wśród publiczności wciąż dały się słyszeć wybuchy śmiechu i pokrzykiwania „Ale cyce pokazuje!”, „Teraz majtki!”, „Zaraz będzie seks!”, co wywołało niezadowolenie i oburzenie autorki listu, w odpowiedzi zaś dyrekcji teatru na jej korespondencję – potępienie tak żywiołowych reakcji i sugestie, by opiekunowie grup szkolnych bardziej dbali o powściągliwość swych podopiecznych.

(na podst. „Gazeta Wyborcza” opr. R.L.)

Komentarz Redakcji: Reakcje publiczności na przedstawienie były w zupełności usprawiedliwione i zrozumiałe. W czasach gdy żył autor tekstu „Romea i Julii”, w jego rodzinnej Anglii teatry były plebejską rozrywką przyciągającą gawiedź uliczną. Sam Szekspir i aktorzy odgrywający sztuki jego autorstwa napełniali je rubasznym i dostosowanym do poziomu plebsu humorem. Publiczność żywiołowo reagowała na przedstawienia, a zachowania trupy aktorskiej na scenie i zgromadzonej wokół publiczności zlewały się niekiedy w jedną całość. Interpretacja Grażyny Kani pozostaje najwyraźniej w tego rodzaju konwencji, stąd też zupełnie nieuzasadnione są głosy oburzenia ,że wywołała ona reakcje publiczności takie, jakie zamierzać wywołała. Ośmieszyli się natomiast autorka omawianego listu, kibicująca jej redakcja „Gazety Wyborczej”oraz dyrekcja teatru, najwyraźniej nierozumiejąca konwencji wystawianych przez siebie sztuk.

W XX wieku teatr, nie wiedzieć czemu, uznany został za element „sztuki wysokiej”, zaś aktorzy za „artystów”. Historycznie, teatr jest jednak rozrywką plebejską, gdzie aktor fika na scenie kozły, beka i puszcza bąki albo symuluje seks, publiczność rechocze zaś, buczy, pogwizduje i rzuca w niego obierkami i zgniłymi jajami. Teatr to rozrywka wulgarna i prymitywna, a aktor jest człowiekiem marginesu społecznego, nie mieszczącym się w hierarchii uporządkowanego społeczeństwa. Teatry i aktorzy przyjmowani są w tradycyjnym społeczeństwie z nieufnością podobną do okazywanej Cyganom lub dzielnicom prostytucji. Moraliści i kler katolicki gromią teatr i środowiska aktorskie jako wylęgarnię rozpusty, homoseksualizmu, zniewieścienia, transwestytyzmu etc., niekiedy zakazując im wstępu lub aktywności na terenie danego miasta.

By przyjąć współcześnie właściwą postawę wobec teatru i aktorów, należy odwrócić popkulturową i demokratyczną „hierarchię na opak”, każącą uważać aktorów za część kulturalnej i intelektualnej elity społeczeństwa, a w przedstawieniach teatralnych widzieć artystyczne uniesienia ducha ludzkiego. Jeśli aktorzy i teatr zepchnięci zostaną z artystycznego parnasu z powrotem do rynsztoka, którego w sensie obyczajowym nigdy skądinąd nie opuścili, pojawi się na powrót konwencja, że przedstawienia teatralne są rozrywką plebejską i drobnomieszczańską, niegodną przyzwoitego człowieka. Wówczas osoby bardziej wrażliwe nie będą narażone na czczą rozrywkę i sprośności, teatry zaś będzie można na powrót poddać obyczajowej cenzurze, nie narażając się już na zarzut „krępowania swobody artystycznej i twórczego potencjału ducha ludzkiego”. (R.L.)

 

pobrane (2)

Jeden komentarz

Leave a Reply