O okcydentozie[i] mówię jak o gruźlicy. Choć z bliska przypomina ona bardziej działanie wołków zbożowych. Czy widzieliście jak atakują pszenicę? Od środka. Łuska ziarna pozostaje nietknięta, ale jest tylko skorupą, porzuconym kokonem na drzewie. W każdym razie, mówię o chorobie: zjawisku zewnętrznego pochodzenia rozprzestrzeniającym się w sprzyjającym środowisku. Spróbujmy określić jej przyczyny, objawi i możliwe lekarstwa.
Okcydentoza posiada dwa przeciwne bieguny. Jednym jest Zachód. Pod tym pojęciem rozumiemy całą Europe, Związek Radziecki i Amerykę Północną, rozwinięte i uprzemysłowione kraje które za pomocą maszyn przetwarzają surowce w bardziej złożone formy które mogą zostać sprzedane jako towary. Te surowce to ni tylko rudy metali, ropa naftowa, bawełna czy kauczuk. To także mity, dogmaty, muzyka i myśl. Drugi biegun to Azja i Afryka, zacofane rozwijające się kraje nieprzemysłowe z których uczyniono konsumentów zachodnich towarów. Surowce użyte do ich produkcji pochodzą jednak z krajów rozwijających się: ropa z wybrzeży Zatoki Perskiej, konopie i przyprawy z Indii, jazz z Afryki, jedwab i opium z Chin, antropologia z Oceanii, socjologia z Afryki. Wszystko w krajach rozwijających się pochodzi z zewnątrz. My Irańczycy także mieścimy się w kategorii zacofanych i rozwijających się społeczeństw: więcej mamy z nimi punktów wspólnych niż różnic.
Definiowanie tych biegunów na gruncie ekonomii, socjologii, polityki, psychologii czy cywilizacji wykracza poza ramy tej książki. Jest to zadanie dla specjalistów. Pragnę jednak dać ogólny szkic dych zagadnień. „Wschód” i „Zachód” nie są już według mnie pojęciami politycznymi czy geograficznymi. Dla Europejczyka czy Amerykanina Zachód oznacza Europę i Amerykę a Wschód to ZSRR, Chiny i kraje Europy Wschodniej. Ja patrzę na nie przez pryzmat gospodarczy. Zachód to kraje syte, Wschód – kraje głodne. Afryka Południowa je dla mnie częścią Zachodu. Większość krajów Ameryki Południowej należy do Wschodu choć leżą na innej półkuli.
Kraje Zachodu charakteryzują się zazwyczaj wysokimi płacami, niską śmiertelnością, niską płodnością, dobrze zorganizowanymi świadczeniami społecznymi, właściwym poziomem wyżywienia (co najmniej 3000 kalorii dziennie), rocznym dochodem co najmniej 3000 tomanów[ii] na głowę i nominalną demokracją (dziedzictwem Rewolucji francuskiej). Drugą grupę charakteryzują: niskie płace, wysoka śmiertelność, jeszcze wyższa płodność, brak świadczeń społecznych (lub ich odpłatność), nieodpowiedni poziom wyżywienia (maksymalnie 1000 kalorii dziennie), roczny dochód nie przekraczającym 500 tomanów i nieobecność koncepcji demokracji (w wyniku pierwszej fali imperializmu).
Oczywiste jest, że należymy do tej drugiej grupy, do krajów głodnych. Pierwsza to kraje głodne, według definicji zawartej w Geografii głodu Josue de Castro wydanej w Bostonie w 1952 r.) Te dwie grupy są nie tylko oddzielone, ale jak pisze Tibor Mende, bezdenna przepaść między nimi powiększa się z dnia na dzień. W ten sposób na świecie dochodzi do polaryzacji bogactwa i nędzy, potęgi i bezsilności, wiedzy i niewiedzy, dobrobytu i ruiny, cywilizacji i zdziczenia. Na jednym biegunie znajdują się syci – bogaci, mający władzę, wytwórcy i eksporterzy. Głodnym zostaje drugi biegun zajmowany przez ubogich, bezsilnych, importerów i konsumentów. Na jednym biegunie postęp, na drugim stagnacja. Różnice te nie wynikają jedynie z czasu i miejsca, nie chodzi tylko o różnice ilościowe. Ważne są także różnice jakościowe między dwoma biegunami: z jednej strony świat nabierający pędu i rosnący w siłę, z drugiej świat który musi dopiero odnaleźć sposób na skupienie swoich rozproszonych i ulegających zmarnowaniu sił. Każdy z nich ma swoją własną dynamikę.
Minął już zatem czas gdy można było podzielić świat na dwa bloki, wschodni i zachodni, komunistyczny i niekomunistyczny. Chociaż większość krajów w polityce międzynarodowej flirtuje z USA lub Sowietami (rzekomo przewodzącymi obu blokom), jak pokazały kwestie Kuby i Kanału Sueskiego, panowie obydwu obozów są w stanie wygonie siedzieć przy jednym stole. To samo można powiedzieć o umowie o zakazie testowania broni jądrowej i innych kwestiach. Nasza epoka nie tylko nie jest zatem czasem konfliktów klasowych znajdujących ujście w rewolucjach w granicach państw, lecz przestała być również czasem walki „izmów’ i ideologii. Trzeba dojrzeć czyje cele kryją się za każdym buntem, zamachem stanu czy powstaniem w Syrii, Urugwaju czy na Zanzibarze. W wojnach naszych czasów nie można już dostrzec konfliktu przekonań. Nawet dziś wiele osób nie widzi w drugiej wojnie światowej przykrywki dla ekspansji przemysłowej obu skonfliktowanych bloków, lecz dostrzegają walkę o cukier, diamenty i ropę w konfliktach na Kubie, w Kongo i w Algierii. W rozlewie krwi na Cyprze, Zanzibarze i Wietnamie wielu dostrzegło dążenia do ustanowieni przyczółków dla zabezpieczenia handlu, głównego przedmiotu polityki międzynarodowej.
Widmo komunizmu nie straszy już społeczeństw zachodnich, a na wschodzie nikt nie obawia się liberalizmu i burżuazji. Dziś nawet królowe mogą być rewolucjonistami, a Chruszczow może importować zboże z Ameryki. Wszystkie „izmy” i ideologie stały się drogami do rynków zbytu. Polityczne kompasy światowej lewicy i pseudo-lewicy przeorientowane zostały z Moskwy na Pekin gdyż ZSRR porzucił rolę „awangardy światowej rewolucji” na rzecz posiedzeń z innymi członkami klubu atomowego. Miedzy Kremlem a Białym Domem istnieje bezpośrednie połączenie telefoniczne, nie ma już potrzeby brytyjskiego pośrednictwa.
Nawet rządzący Iranem rozumieją, że zagrożenie sowieckie zmalało. Wcześniejsza polityka Rosji była wynikiem pierwszej wojny światowej. Dziś nadeszła destalinizacjia a Radio Moskwa namawia do wsparcia referendum 6 bahmana[iii]! Komunistyczne Chiny zajęły miejsce Związku radzieckiego, gdyż tak jak rosja sowiecka w latach trzydziestych wzywają wszystkich głodnych świata to jedności i wspólnego budowania utopii. Co więcej, Rosja miała wtedy ponad 100 milionów mieszkańców, Chiny mają dziś 750 milionów.
Prawdziwe są dziś słowa Marksa o dwóch skonfliktowanych światach. Ale światy te są większe niż w jego czasach a konflikt jest bardziej złożony od konfliktu pracodawcy i robotnika. Dziś biedny konfrontuje się z bogatym a areną walki jest cały świat. Żyjemy w epoce dwóch światów: jedne produkuje i eksportuje maszyny, drugi je importuje, konsumuje i zużywa. Sceną konfliktu jest światowy rynek. Bronią Zachodu są nie tylko bomby, karabiny i wyrzutnie rakiet, będące produktami Zachodu, ale też UNESCO, FAO czy ONZ i inne tak zwane organizacje międzynarodowe. W rzeczywistości są one narzędziami Zachodu do podporządkowania drugiego świata: Ameryki Południowej, Azji, Afryki. Oto przyczyna okcydentozy we wszystkich państwach niezachodnich. Nie mówię, jak dziewiętnastowieczni utopiści, o całkowitym odrzuceniu maszyny. Historia sprawiła, że cały świat padł jej ofiarą. Pytanie dotyczy własciwego podejścia do maszyny i technologii.
Istotne jest, że my – mieszkańcy krajów rozwijających się, nie jesteśmy producentami maszyn. Z powodu politycznych i gospodarczych wymogów narzuconych przez globalną konfrontację bogatych i biednych staliśmy się łagodnymi i uległymi konsumentami zachodnich towarów, lub w najlepszym wypadku nisko opłacanymi robotnikami pracującymi przy montowaniu tego, co przychodzi z Zachodu. Wymusiło to dostosowanie nas, naszej kultury, naszych rządów i życia codziennego do maszyny. Wszystko co mieliśmy musiało zostać do niej dostosowane. Ci którzy stworzyli maszynę mieli czas na dostosowanie się do tego nowego boga, nieba i piekła gdyż procesy zmian trwały u nich przez ostatnie trzysta lat.
Ale co z Kuwejtczykiem, mieszkańcem Kongo czy nami, Irańczykami i wszystkimi innymi którzy z maszyną zapoznali się wczoraj? Jak przeskoczyć przez liczącą trzysta lat przepaść?
Pominę innych, koncentrując się na Iranie. W obliczu maszyny i jej triumfalnego pochodu nie zdołaliśmy zachować naszego własnego charakteru historyczno-kulturowego. Zmuszono nas do odwrotu. Nie byliśmy w stanie zmierzyć się ze współczesnym potworem. Dopóki nie zrozumiemy istoty i znaczenia cywilizacji Zachodu i będziemy jedynie małpować jej zewnętrzne i formalne aspekty (poprzez konsumowanie maszyn), będziemy jak osioł w lwiej skórze. Choć ci którzy stworzyli maszynę, narzekają, że zaczęła ich dławić, my nie tylko kopiujemy ich błędy lecz jesteśmy z tego dumni. Przez ostatnie dwieście lat byliśmy wroną udającą przepiórkę, zawsze zakładając, że Zachód jest przepiórką a my wroną. Dopóki pozostajemy konsumentami, dopóki nie tworzymy maszyny, będziemy toczeni przez okcydentozę. Nasz dylemat polega na tym, że gdy zbudujemy maszynę, stanie się ona centrum naszego życia, jak na Zachodzie i będziemy żałować, że wymyka się nam ona spod kontroli.
Przyznajmy, że nie wykazaliśmy sto lat tamu takiej inicjatywy jaj Japonia która oswoiła się z maszyną. Japonia dążyła do mechanicznej rywalizacji z Zachodem by zadać cios carom w 1905 r. i Ameryce w 1941r. a wcześniej odebrać im rynki zbytu. Bomba atomowa pokazała Japonii jak wielka jest niestrawność po uczcie z arbuzów. Jeśli kraje „wolnego świata” otwarły swoje rynki na japońskie towary, to tylko dlatego, że inwestują w jej przemysł. Innym wytłumaczeniem jest,ze chcą dobrze wykorzystać swoje wydatki na obecność militarną w Japonii, gdyż jej przywódcy po wojnie odzyskali rozum i przestali zbroić kraj. Możliwe też, że zwyczajni Amerykanie chcą zagłuszyć wyrzuty sumienia, które do obłędu doprowadziły pilota piekielnego samolotu. Opowieść o Ad i Tamud powtórzyła się w Hiroszimie i Nagasaki[iv].
„Zachód” zaczął nazywać nas (teren od wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego do Indii) ‘Wschodem” kiedy obudził się ze średniowiecznej hibernacji i wyruszył na poszukiwanie słońca, przypraw, złota i innych dóbr. Najpierw przybył w szatach pielgrzymów do świętych miejsc chrześcijaństwa (Betlejem, Nazaretu i innych), potem przywdział zbroje krzyżowców. Potem przybył w postaci kupców, następnie pod osłoną armat jako eksporter towarów a ostatnio jako apostoł „cywilizacji”.Ta ostatnia nazwa jest naprawdę doskonała. Isti’mar (kolonizacja) pochodzi bowiem od tego samego rdzenia co (‘umran) osiedle, a ktokolwiek ma do czynienia z ‘umran napotyka miasta.
Ze wszystkich ziem które dostały się pod młot tych panów, Afryka okazała się być najbardziej podatna na kształtowanie, budząca największe nadzieje. Oprócz obfitości jej bogactw naturalnych (złota, diamentów, miedzi, kości słoniowej) ważne było, że jej mieszkańcy nie stworzyli ośrodków miejskich ani masowych religii. Każde plemię miało własnych bogów, własnego wodza i własny język. Co za niezwykłą i łatwa do zdominowania mozaika! Co ważne, tubylcy chodzili nago. W takim upale nie można nosić ubrań. Gdy Stanley, względnie humanitarny podróżnik po powrocie ogłosił światu tę informację w Manchesterze świętowano. Gdyby każdy mężczyzna i kobieta w kongo kupił trzy metry płótna potrzebne na koszulę noszoną na nabożeństwo, fabryki Manchesteru musiałby by wyprodukować 320 milionów jardów płótna.
Afryka była niezwykle obiecującym terenem także dlatego, że jej mieszkańcy służyli za przedmiot badań każdej dziedziny nauki. Liczne nauki – socjologi, antropologia, etnologia i językoznawstwo – zgromadziło materiał badawczy poprzez badania w Afryce i Australii. Wielu profesorów Sorbony, Cambridge czy Lejdy zawdzięcza stanowiska tym ludom. W prymitywizmie Afryki widzą drugą stronę swoich miast.
My, mieszkańcy Bliskiego Wschodu okazaliśmy się mniej podatni, budzący mniejsze nadzieje. Czemu? Wypada zapytać dlaczego muzułmanie okazali się mniej podatni. W tym pytaniu zawiera się odpowiedź: poprzez regulowanie każdego aspektu życia przez islam byliśmy bardziej odporni. Dlatego Zachód zaatakował nie tylko islam z jego totalnością (podżegając szyitów do rozlewu krwi s czasach Safawidów, rozgrywając nas przeciwko osmańskiej Turcji, wspierając bahaizm za panowania Kadżarów, dokonując rozbioru Imperium Osmańskiego po I wojnie światowej, zwalczając duchowieństwo w czasach pierwszej konstytucji itd.) ale dążąc także do rozbicia islamu od środka. Chciano nas zredukować do prostego materiału badawczego, jak Afrykę. A potem zabrać do laboratorium. To tłumaczy, dlaczego jedną z najważniejszych encyklopedii wydawanych na zachodzie jest encyklopedia islamu. Pozostaliśmy uśpieni, lecz Zachód zamknął nas w encyklopedii i przeniósł do laboratorium.
Indie, tak jak Afryka są językową wieżą Babel i mozaiką ludów i religii. Pomyślmy o Ameryce Południowej, schrystianizowanej jednym zamachem hiszpańskiego miecza, lub Oceanii – zbiorze wysp co czyni ją idealną do rozpalania konfliktów. Tylko my, w naszej islamskiej totalności, formalnej i faktycznej, staliśmy na przeszkodzie rozprzestrzeniania cywilizacji europejskiej czyli otwierania nowych rynków dla zachodnich towarów. Powstrzymanie Turków pod Wiedniem było zakończeniem procesu rozpoczętego pod Poitiers.
Obecnie ja, jako Azjata, pozostałość islamskiej totalności, reprezentuje to samo co tubylcy Afryki i Australii jako pozostałości prymitywizmu i barbarzyństwa. Ludzie Zachodu, twórcy naszych maszyn, tak samo akceptują nas w roli eksponatów muzealnych. Jesteśmy obiektami badań w muzeach i laboratoriach, niczym więcej. Trzeba uważać, by nie zanieczyścić tego surowca. Nie mówię teraz o ich pragnieniu ropy Chuzestanu czy Kataru, diamentów Katangi i chromu z Kerman. Chodzi o to, że jako Afrykanin lub Azjata mam zachować swoje zwyczaje, kulturę, muzykę i inne w niezmiennej formie, jak zakopany zabytek, żeby ci panowie mogli go odkopać, umieścić w muzeum i powiedzieć „kolejny przykład prymitywnego życia.”
Jeśli okcydentozę zdefiniujemy jako splot wydarzeń w życiu, kulturze, cywilizacji i sposobie myślenia ludu pozbawionego tradycji, zakorzenienia historycznego, kierunku przekształceń, posiadającego jedynie to co przynosi maszyna, jasne jest, że cierpimy na nią jako lud. Ponieważ dyskusja odnosić się będzie w dużym stopniu do geograficznego, kulturowego, językowego i i religijnego pochodzenia autora, mogę powiedzieć, że gdy my, Irańczycy podporządkujemy sobie maszynę będziemy potrzebowali jej darów w mniejszym stopniu niż inni.
Okcydentoza jest zatem znakiem epoki w której nie opanowaliśmy maszyny, nie poznaliśmy tajemnicy jej struktury. Nie przyzwyczailiśmy się do tego co się z nią wiąże, do nowych nauk i technologii. Okcydentoza jest znakiem czasów w których logika rynku i ceny ropy zmuszają nas do kupowania i konsumowania maszyny.
Jak nadeszła ta epoka? Dlaczego ponieśliśmy klęskę na polu budowy maszyny zostawiając ją innym i obudziliśmy się dopiero gdy szyby naftowe wbiły się w naszą ziemię jak gwoździe? Skąd nasza okcydentoza? Poszukajmy odpowiedzi w historii.
(Tłumaczenie i przypisy – Redakcja Xportal.pl)
Dżalal Al-e Ahmad (1923-69) pisarz, myśliciel idziałacz społeczno-polityczny. Tłumacz literatury europejskiej (m.in. Dostojewskiego i E. Jungera). Autor książki Gharbzadegi, ważnago manifestu sprzeciwku wobec koloniazlimu i zachodniego imperializmu kulturowego.

Pingback: Czym jest okcydentoza i jak ją leczyć?