W demoliberalnym życiu politycznym Republiki Okrągłego Stołu od dawna bryluje człowiek, przed którego nazwiskiem równie nieodmiennie, co bezpodstawnie dodaje się tytuł „profesor”. Wygłasza przemówienia i okolicznościowe pogadanki, uświetnia rozmaite konferencje, bankiety i obchody (także partyjne spędy polityczne), okresowo sprawuje stanowiska państwowe, wypowiada się dla prasy i telewizji, podejmuje i bywa podejmowany na salonach – zawsze w atmosferze czołobitności wobec własnej osoby – i wszędzie anonsuje się go jako profesora, chociaż profesorem nie jest. Media kreują „profesora” – tym natarczywiej, im bardziej lewicową linię ideologiczną reprezentują – na „autorytet moralny”, jak w slangu opiniotwórczych koterii Republiki Okrągłego Stołu określa się kogoś, kto posiada ich licencję na pouczanie i sztorcowanie naszego narodu, a przy tym, podobno, z urzędu ma rację. „Autorytet moralny”, taki, jak choćby wspomniany „profesor”, to nieomylny autorytet epistemiczny w prawie wszystkich dziedzinach, a najbardziej w dziedzinie bieżących partyjno-politycznych przepychanek.
Nieskrępowanie, z jakim „profesor” pozwala się nieustannie nazywać profesorem nie od dziś budzi zrozumiałe kpiny. Im donośniejsze stają się jednak te ostatnie, tym bardziej nachalnie zainteresowane ośrodki przy każdej okazji tytułują „profesora” profesorem, jakby usiłując wmówić Polakom, że prawda przedstawia się inaczej, niż w rzeczywistości, wbrew złośliwym insynuacjom jakichś tam oszołomów. Czy znamy inny przypadek człowieka, który przez wiele lat posługiwałby się tytułem profesorskim, nie będąc do tego uprawnionym? Formalnie rzecz biorąc, nawet tak kiepskie i słabe prawo, jakie obowiązuje w państwie demoliberalnym, przewiduje kary za bezpodstawne używanie tytułów i stopni naukowych. Otóż, jeśli o to chodzi, warto może przypomnieć pewien interesujący precedens.
Wiąże się on z postacią Władysława Studnickiego-Gizberta (1867-1953), jednego z największych polskich geopolityków oraz prawicowego myśliciela politycznego – nacjonalisty, konserwatysty i monarchisty. Jak wspomina jego przyjaciel z redakcji wileńskiego monarchistycznego dziennika „Słowo”, Józef Mackiewicz (1906-1985), rzadko mówiło się o nim inaczej, niż „profesor Studnicki”. Studnicki w rzeczywistości nigdy nie był profesorem; podobnie, jak działający współcześnie „profesor”, nie ukończył nawet żadnych studiów. W latach dwudziestych zajmował mało eksponowane stanowisko eksperckie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w randze zaledwie urzędnika piątej klasy, dopóki w 1927 r. nie został zwolniony przez sanację z powodu nacisków politycznych; w latach trzydziestych wykładał w Instytucie Naukowo-Badawczym Europy Wschodniej – pozarządowym ośrodku studiów sowietologicznych. Mimo to, dorobek intelektualny Studnickiego liczył się w dziesiątki książek i artykułów z zakresu geopolityki, geoekonomii oraz myśli konstytucyjnej, politycznej i ekonomicznej. W połączeniu z jego zawsze ożywioną aktywnością w debacie publicznej, ujawniającą wielką wiedzę i nieprzeciętne walory umysłowe autora, a ponadto z jego poważnym wiekiem, rodziło to mimowolne, trudne do odparcia wrażenie, iż ma się do czynienia z uczonym. Wrażenie to potęgowała jeszcze siwa czupryna (zwykle w nieładzie) i wygląd zewnętrzny świadczący o charakterystycznym – jak się często uważa – dla naukowca roztargnieniu i oderwaniu od spraw dnia codziennego. (To ostatnie rzeczywiście było powszechnie znaną cechą Studnickiego. Myśliciel miał na przykład przypinany krawat, żeby nie zawracać sobie codziennie głowy jego wiązaniem; wiecznie zapominał go jednak przypiąć i w rezultacie wychodził z domu w samej zapince pod szyją.). Sam Studnicki twierdził w swoich pamiętnikach, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie przyznano mu profesury wyłącznie z powodu jego poglądów politycznych. Opinię tę trudno dziś zweryfikować.
„Profesor” Studnicki nie stanowi wszelako dobrego pierwowzoru dla dzisiejszego „profesora”. Gdy dorobek tego drugiego pozostaje znikomy, to Studnicki, choć nie zawodowy uczony, wniósł w niektórych dziedzinach niewątpliwy wkład w rozwój polskiej nauki: był prekursorem stosowania paradygmatu geopolitycznego w naukach historycznych i politycznych, a jako pierwszy w polskiej geopolityce wprowadził na szeroką skalę analizę ekonomiczną. Studnicki to samodzielny i nader oryginalny myśliciel polityczny, czego o „profesorze” poważnie powiedzieć nie można. Dla Studnickiego, który niemal trzydzieści lat życia poświęcił walce o niepodległość Polski, polska racja stanu stała zawsze na pierwszym miejscu; nie do pomyślenia byłoby dlań nadskakiwanie naprzemian różnym obcym państwom, leżące we zwyczaju „profesora”. Niemniej, największa różnica między tymi dwoma postaciami tkwi chyba w czymś innym. Studnicki jako obserwator polityki, zarówno wewnętrznej, jak i międzynarodowej, dowodził ostrości i przenikliwości swojego umysłu, nie wahając się przed formułowaniem niepopularnych wniosków, wypowiadaniem ocen i prognoz sprzecznych z obiegowymi opiniami, stawiających go naprzeciw doniesieniom gazet, partiom politycznym i tumanionym przez nie tłumom zwanym eufemistycznie „elektoratem”. Można natomiast odnieść wrażenie, że „profesor” gotów jest powiedzieć publicznie wszystko, byle zyskać poklask salonów politycznych i pochlebstwa mediów oraz wzbudzić podniecenie gawiedzi wysiadującej przed telewizorem.
Najwyraźniej świat nie zmienił się szczególnie, odkąd Platon opisał typowe dla demokracji zjawisko starców pajacujących dla zdobycia popularności, by móc ukraść autorytet tym, którzy do błaznowania i zabiegania o rozgłos zniżyć się nie chcą.
