Kościół katolicki wywiera niewątpliwie wpływ na życie polityczne współczesnej Polski – i jest to w swej zasadzie słuszne.* Istnieją jednak czynniki, których działanie sprawia, iż nauczycielska misja Kościoła w odniesieniu do polityki i w ogóle życia zbiorowego doznaje znacznego uszczerbku. Czynniki owe mają charakter wewnątrzkościelny. Należy do nich zaliczyć w pierwszej kolejności nader kłopotliwą obecność w polskiej prowincji Kościoła czegoś, co znany publicysta p. Stanisław Michalkiewicz opatrzył uszczypliwą, lecz jakże trafną nazwą „zakonu Ojców Konfidencjałów”.
Geneza rzeczonego tworu sięga zbrojnego podboju chrześcijańskiej Europy Środkowej i Wschodniej przez bolszewików w latach 1944-1945. Po fizycznej likwidacji przez nich elit politycznych i wojskowych zamieszkujących ją ludów, jedyną pozostałą na tym terytorium siłą zdolną stawić czoła komunizmowi stał się Kościół. Dysponujący potęgą zupełnie innego rodzaju, niż militarną, mógł jak nikt podtrzymywać ducha ujarzmionych narodów, broniąc go przed pokusą rezygnacji i ogniskując w swym łonie opór przeciw rządom bolszewików. Instytucje kościelne i przykościelne zaczęły spełniać dodatkową funkcję – enklaw niezależnego życia politycznego, gdy oficjalna sfera polityczna została przemocą w całości zawłaszczona przez partię komunistyczną.
Komuniści zdawali sobie sprawę, iż utrwalenie ich rządów wymaga usunięcia owej przeszkody. Nie zdecydowali się na otwarte, fizyczne wytępienie Kościoła, wiedząc, że w historii bezpośrednie prześladowania powodowały z reguły efekt odwrotny do zamierzonego – konsolidację i wzrost duchowej siły, zamiast osłabienia w kościelnych szeregach. Wybrali inną strategię, o wiele bardziej przemyślaną. Eksterminacji poddano jedynie najbardziej oporny element wśród duchowieństwa. Wydźwięk brzmiał: oto, co spotka tych, którzy spróbują „judzić” przeciw komunizmowi, ale jeśli księża nie będą „wichrzyć” ani „uprawiać polityki”, to pozwolimy im sobie żyć. Negatywnemu przykładowi musiał towarzyszyć pozytywny. Dostarczać go miały tworzone na wzór sowieckiej „żywej Cerkwi” pseudo-kościelne ugrupowania kolaboranckie, złożone z kapłanów i świeckich działaczy religijnych, otwarcie lub pośrednio nawołujące do wspierania komunistycznego totalitaryzmu. W Polsce w ten sposób powstały grupa tygodnika „Dziś i Jutro” (1945) i jej kontynuacja – Stowarzyszenie PAX (1947), a także wyrosłe z rozłamu w tym ostatnim Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne (1957), ruch „księży-patriotów” (1949), Komisja Intelektualistów i Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Komitecie Obrońców Pokoju (1950), koło poselskie „Znak” w sejmie PRL (1957) czy środowisko miesięcznika „Więź” (1958). Analogiczną funkcję spełniał „Tygodnik Powszechny” (1945), redagowany początkowo przez ks. Antoniego Piwowarczyka, z powodu swych powojennych zapatrywań ekonomicznych zwanego „czerwonym prałatem”, a następnie przez lewicowca Jerzego Turowicza; kreując się (i będąc kreowanym) na „niezależny” głos opozycji, w rzeczywistości szerzył pod tym płaszczykiem poglądy wygodne dla władz. Jak widać, budowa stronnictwa kolaboranckiego w Kościele stanowiła proces długofalowy, rozłożony w czasie na wiele lat. Operacja ta obliczona jednak została na uzyskanie wymiernych efektów: na dywersję wewnątrz Kościoła, wytworzenie w jego łonie trwałego podziału, a przez to osłabienie jego spójności i siły oddziaływania na społeczeństwo, dalej pchnięcie go jako całości na pozycje bardziej lewicowe, a więc obiektywnie przychylniejsze dla systemu, wreszcie na dezorientowanie i dezinformowanie ogółu katolickich wiernych, by uczynić go bardziej podatnym na kontrolę.
Rdzeniem opisywanej strategii pozostawała potajemna infiltracja stanu duchownego przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa i budowa w jego szeregach rozległej, wielofunkcyjnej agentury. Rolę najważniejszego narzędzia w jej konstruowaniu odegrał stalinowski „dekret o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych” z 9 lutego 1953 r. Obowiązywał on do formalnego końca PRL. Na jego podstawie tworzenie, przekształcanie i znoszenie stanowisk kościelnych, zmiana związanych z nimi kompetencji, a także obejmowanie ich, opuszczanie i przeniesienia wymagały każdorazowo zgody komunistycznych władz. Polski episkopat zmuszono do zaakceptowania dekretu za pomocą terroru. Realizacja postanowień tego aktu prawa, czy raczej bezprawia, sprowadzała się w następnych latach do promowania przez komunistów w hierarchii kościelnej kapłanów ocenianych przez nich jako ulegli, a także regularnych agentów peerelowskich służb.
Rezultatem wybranej przez partię komunistyczną strategii oddziaływania na duchowieństwo jest w czasach obecnych dominacja „zakonu Ojców Konfidencjałów” w strukturach Kościoła katolickiego w Europie Środkowej i Wschodniej. W Polsce symbolicznie potwierdziło ją niedawno zastąpienie na tronie prymasowskim abp Henryka Muszyńskiego (TW „Henryk”) przez abp Józefa Kowalczyka (KI „Cappino”). Nie stanowi też przypadku – ale tragiczny balast kilkudziesięciu lat komunizmu – obecność w episkopacie i kościelnej elicie intelektualnej osobistości takich, jak ks. prof. Michał Czajkowski (TW „Jankowski”), abp Józef Michalik (TW „Zefir”), abp Juliusz Paetz (KI „Fermo”), abp Stanisław Wielgus (TW „Grey”), abp Józef Życiński (TW „Filozof”). Dla komunistów wartość przedstawiali również kapłani pokroju Józefa kard. Glempa – z komunistycznymi epizodami w życiorysie (młodzieńcza przynależność do ZMP) czy członkami rodziny w PZPR, które to okoliczności dawały czerwonym nieformalne kanały nacisku na owe osoby. Świadomość opisywanego tu tła historycznego pozwala wiele zrozumieć: liberalne poglądy hierarchów, ich nie do końca przejrzyste powiązania z demoliberalną klasą polityczną, podlizywanie się mediom, włączenie się w działania na rzecz anschlussu Polski do Unii Europejskiej, sabotaż ruchów tradycyjnych w Kościele czy wreszcie demonstracyjne i bez ponaglania odcinanie się od środowisk katolickich urągających nakazom poprawności politycznej. To już nie „Kościół walczący” (Ecclesia militans), ale – by sięgnąć po określenie Stanisława Brzozowskiego (1878-1911) – „Kościół milusińskich”, agitujący politycznie, wspierający demokrację i ideologię „praw człowieka”. Ponadto nasączenie naszej prowincji kościelnej „zakonem Ojców Konfidencjałów” niesie ze sobą groźbę sterowania polskim Kościołem przez podmioty zewnętrzne, dysponujące hakami na dawnych konfidentów i informatorów. A większość obciążających ich materiałów, przypomnijmy, zniknęła bez śladu – oficjalnie: została zniszczona podczas palenia przez SB akt Departamentu IV komunistycznego MSW w latach 1989-1990.
W konkluzji, dla dobra całego Kościoła duchowieństwo powinno poddać się puryfikacji, usuwając ów szkodliwy i niebezpieczny element. Broni się jednak przed tym wpływowe lobby w jego szeregach, tworzone przez „zakon Ojców Konfidencjałów”, które wprawnie kanalizuje wszelkie próby podjęcia tematu, przedstawiając je jako szkodliwe dla Kościoła ataki na autorytet episkopatu jako takiego. Amerykański reakcjonista Frederick Daniel Wilhelmsen (1923-1996) napisał: „My konserwatyści straciliśmy naszych królów i nasze rycerstwo, nasi rzemieślnicy odeszli, nasi chłopi zniknęli, nasze konie zastrzelono pod nami.” Można do tego dopisać, iż jesteśmy owcami, których pasterzy skorumpowano i zdeprawowano. Pozostała nam tylko walka – walka w ciemnej dolinie, „aż do gorzkiego końca”. Po starych donosicielach polskiej SB, czechosłowackiej StB węgierskich AVH i AVSZ czy niemieckiej Stasi przyjdą bowiem, być może, już tylko młodzi postępowi księża, zionący „duchem soboru” i uczący, że na tym świecie nie wolno „nienawidzić” niczego z wyjątkiem Tradycji.
Adam Danek
* Krzykliwi przeciwnicy tego wpływu nie kwapią się natomiast przyznać, że również życie polityczne wywiera wpływ na polski Kościół.