Adam Danek: Tak niewielu

Dla ludzi Prawicy we współczesnej Polsce – konserwatystów, monarchistów, tradycjonalistów, narodowych radykałów – pierwsze wyzwanie, przed jakim stają, stanowi obraz ich własnych ugrupowań, z jakim nieustannie są konfrontowani. Nagminnie słyszą, iż ich środowiska są wąskie, pozostają w izolacji czy alienacji względem większości społeczeństwa, a ich pomysłami i postulatami nikt się nie interesuje. Nie mają również szans przebić się do tzw. debaty publicznej, ponieważ pomiędzy uniwersum ideowym i wokabularzem politycznym konserwatyzmu, monarchizmu, tradycjonalizmu czy narodowego radykalizmu, a kręgiem zainteresowań, poglądów i norm życiowych tzw. „zwykłego człowieka” zieje bezdenna i bezbrzeżna przepaść.

Nie wdajemy się tu w dyskusję nad zgodnością tego obrazu z prawdą (którą zresztą w dużej mierze trudno podważać). Zauważymy natomiast, że obraz ów z reguły imputuje się z naciskiem zawiązkom Prawicy w konkretnej intencji. Życzliwy doradca stara się im mianowicie wyjaśniać protekcjonalnym tonem, iż w reżimie demokratycznym nie ma władzy bez popularności, więc powinni skupić się na próbach pozyskania popularności, w tym zaś celu zupełnie zrewidować swój język i zakres poruszanych tematów. Trzeba się dostosować, bo konserwatystów, monarchistów, tradycjonalistów i narodowych radykałów jest garstka, a od obstawania przy archaicznych ideach najwyraźniej ich nie przybywa. Obraz ów jest bardzo sugestywny, ponieważ opiera się na prostej socjologicznej obserwacji, że w każdym przypadku człowiek idei w pewnym sensie sam skazuje się na wyobcowanie ze społeczeństwa, które w przeważającej części zawsze pozostaje „letnie”, tj. konformistyczne, skłonne iść z prądem. Pod jego wpływem łatwo bądź to zniechęcić się do idei, bądź popaść w poczucie osaczenia lub bezsiły, bądź – co równie złe – ulec namowom życzliwego doradcy i usiłować zdobywać dla idei poklask kosztem eliminowania z niej kolejnych „niepopularnych”, a więc obciążających, komponentów – aż do jej zamiany w zbiór pustych terminów pozbawionych jakiejkolwiek treści, której nie dałoby się przeinaczyć albo przemilczeć na bieżące potrzeby.

Sugestii takiej wyraźnie poddali się na przykład galicyjscy konserwatyści na początku XX wieku. Na ich oczach świat klasycznej, gabinetowej polityki, stanowiącej domenę nielicznych – rozumnych i wypróbowanych w pracy dla dobra wspólnoty – rozpadał się pod naporem „radykalno-motłochowych” (mówiąc językiem Krasińskiego) ruchów różnego sortu: narodowych demokratów, ludowców, socjalistów, którzy wywlekli politykę na ulice i rozwrzeszczane wiece, uczynili sobie jej narzędzia z wrzasku, brukowych gazet, kłamliwej propagandy. Wśród powracających wstrząsów i przesileń, zachowawcy ujrzeli nagle siebie na zwaliskach starego ładu, otoczonych przez groźne, trudne do okiełznania żywioły. I jeszcze jedno: że po tym, jak ich dotychczasowi towarzysze in gremio dali się porwać owym żywiołom, pozostało ich bardzo, bardzo niewielu, trwających przy uświęconych tradycją, sprawdzonych zasadach. Zostali sami. „Mówisz, mój drogi, o idei konserwatywnej, ale niestety widzę, że nas jest już tylko garstka niedobitków, bo młoda szlachta już inaczej myśli i czuje, i nie ma dalibóg komu zostawić spuściznę polityczną.” – konstatował ponuro w 1909 r. Antoni Wodzicki (1849-1918) w liście pisanym do jednego z kolegów. Witold Korytowski (1850-1923) już w 1908 r. w konserwatywnej frakcji Koła Polskiego nie widział „ani jednego człowieka pewnego i rozumnego”. Zewsząd wyglądali zdrajcy, odstępcy, miernoty, lawiranci. Podobne, gorzkie uwagi wymieniali między sobą w korespondencji z tamtego okresu również Zdzisław Tarnowski (1862-1937), Ignacy Rosner (1865-1926), prof. Władysław Leopold Jaworski (1865-1930) i inni zachowawcy. Nadchodził oto zmierzch konserwatyzmu w Polsce, nieunikniony po odejściu ostatniego pokolenia prawdziwych konserwatystów, czyli ich samych. Tak im się przynajmniej wydawało.

Ta funeralna atmosfera zapanowała wśród zachowawców w czasach, gdy wciąż jeszcze stanowili bodaj najpotężniejszą, najbardziej wpływową formację polityczną w Galicji. Jak miało się okazać kilka lat później, przetrwali apokalipsę polityczną lat 1917-1918 – rozpad wielkich monarchicznych imperiów. Nawet w niesprzyjających im demokratycznych realiach Polski niepodległej odgrywali istotną rolę w życiu państwowym, głównie dzięki posiadaniu w swym obozie dużej liczby osób przygotowanych (i pod względem teoretycznym, i praktycznym) do pełnienia funkcji zawodowych państwowców, które począwszy od 1918 r. służyły władzom Rzeczypospolitej jako eksperci, doradcy, bądź po prostu fachowi funkcjonariusze aparatu państwa. Przepowiadany z trwogą przez galicyjskich zachowawców pogrzeb konserwatyzmu nie odbył się (konserwatyzm w Polsce pogrzebali dopiero komuniści po 1944 r.). Przykład ten pokazuje psychologiczną łatwość ulegania nastrojom defetystycznym i kapitulanckim, skoro nawet bardzo doświadczeni politycy i działacze społeczni poddali się im na dobrą sprawę bez powodu, na skutek środowiskowej sugestii.

Na koniec warto zadać pytanie: co pozwoliło konserwatystom przetrwać politycznie przejście przez „czas osiowy” 1918 roku i całkowite odwrócenie paradygmatu ustrojowego? Otóż w minionych dziesięcioleciach zdołali się zakorzenić i zbudować trwałe wpływy w instytucjach – uniwersytetach i innych ośrodkach życia umysłowego, organach administracji, korporacjach zawodowych itd. Instytucjach – strukturach trwalszych od poszczególnych ekip rządowych i koalicji partyjnych, zmieniających się w rytm parlamentarnej szamotaniny w demokratycznym młynku.

Adam Danek

Leave a Reply