17 maja przed południem w Symferopolu, stolicy Autonomicznej Republiki Krymskiej, rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa zatrzymała Wacława Radziwinowicza, dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Zatrzymanie miało miejsce w restauracji, gdzie korespondent „Wyborczej” umówił się na obiad z ukraińskim dziennikarzem i miejscową Tatarką.
– Naskoczyło na nas kilku facetów z krzykiem: „żadnych gwałtownych ruchów, ręce na stół, wyłączyć telefony”. – skarżył się po fakcie Radziwinowicz. Jeden z interweniujących trzymał pistolet przykryty kurtką. Funkcjonariusze sprawdzili dane Polaka w podręcznym komputerze i stwierdzili, że publikuje on „antyrosyjskie teksty z wrogich pozycji”. Polecili mu udać się z nimi. Gdy Radziwinowicz oponował, usłyszał, że w wypadku odmowy zostanie wezwana policja, która wyprowadzi go w kajdankach. Ostatecznie dziennikarz dał się zawieźć do lokalnej siedziby FSB.
– Przesłuchiwało mnie dwóch ludzi. Interesowali się skąd jestem, czego tu szukam, czy byłem w Kijowie na majdanie. – opowiadał potem Radziwinowicz.
Po około sześciu godzinach korespondent „Wyborczej” został zwolniony.
(Na podstawie rp.pl opracował A.D.)









4 komentarze