21 maja Dominique Venner popełnił samobójstwo w katedrze Notre Dame. Marine Le Pen skłoniła się przed tym gestem budzenia świadomości, co może być zaskakujące, lecz należy jej to zapisać na plus. Półnaga reprezentantka feministycznych idiotek z Femenu próbowała następnego dnia opluć jego pamięć, odtwarzając jego gest w chórze katedry. Na swoich płaskich piersiach wymalowała napis „Niech faszyzm spoczywa w piekle”. Już drugi raz te nagie panny bezkarnie wchodzą do katedry, chociaż by wejść trzeba przejść przez stanowisko ochrony. Dziennikarze Agencie France Presse zostali zawiadomieni wcześniej by zdać relację z tego „happeningu”, byli zatem jej wspólnikami.
Lewicowe media i politycy (zwłaszcza żałosny Harlem Désir) wspólnie oskarżyli Vennera o podżeganie do przemocy i prowokację. Plujące ropuchy. Rzymski gest Vennera, tragiczny jak sama historia przeraził tych ludzi, którzy całe życie spędzili pełzając.
Śmierć Vennera to przykład. Nie wypływała z rozpaczy, lecz z nadziei: symboliczna ofiara ma być zachętą dla młodych, by w obliczu uwiądu cywilizacji europejskiej, jej krwi i wartości, stawili opór, walczyli aż do śmierci bowiem takie są koszty wojny. Wojny która już trwa. Venner chciał byśmy zrozumieli, że zwycięstwo będzie możliwe, jeśli znajdą się ludzie gotowi zginąć za sprawę. Dominique Venner oddał życie dla przyszłych pokoleń bojowników europejskiego oporu. Był, jak ujął to jego przyjaciel Jean Mabire, „budzicielem ludu.”
* * *
Chociaż nie był chrześcijaninem, zginął przy centralnym ołtarzu paryskiej katedry Notre Dame, w sercu jednego z najświętszych i najbardziej historycznych miejsc Europy (Europy: prawdziwej ojczyzny Vennera, a nie cukierkowego oszustwa jakim jest dziś Unia Europejska). Notre Dame to miejsce o wiele bogatsze w pamięć niż np. Grób Nieznanego Żołnierza pod Łukiem Triumfalnym. Chciał nadać swojej ofierze specjalne znaczenie, jak w starej rzymskiej tradycji w której życie człowieka aż do końca poświęcone jest krajowi który kocha i któremu musi służyć. Tak jak Katon, Venner nigdy nie szedł na kompromisy w sprawie zasad. Ani w kwestiach niezbędnego stylu – postawy, pisania i idei – które nie mają nic wspólnego z pozą, wyglądem i pedanterią. Jego trzeźwe podejście jest istotą lekcji którą nam dał. Oddalony mistrz, nawiązujący także do tradycji stoików, buntownik o wielkim sercu i odwadze pozbawiony próżności, kompletny człowiek czynu i refleksji, ten który nigdy nie zboczył z drogi. Pewnego dnia powiedział mi, że nigdy nie należy tracić czasu na krytykowanie zdrajców, tchórzy, egoistów. Nie należy im oczywiście przebaczać, lecz ignorować ich i dalej kroczyć naprzód. Gardzić, ale w milczeniu.
* * *
Taki był Dominique Venner, który w 1970 r. wciągnął mnie do Ruchu Oporu którego nigdy nie opuściłem i nigdy się nie wyrzekłem. Byłem jego rekrutem. Jego śmierć z własnej ręki – przypominająca raczej Mishimę niż Montherlanta – to akt założycielski. Napełniła mnie radosnym smutkiem, jak widok błyskawicy. Wojownicy nie umierają w łożu. Ofiara tego człowieka honoru wymaga abyśmy uczcili jego pamięć i dzieło, nie opłakiwaniem, lecz walką. Ale walką za co?
Nie tylko o opór, ale o rekonkwistę. Innymi słowy – kontrofensywę. Po publikacji jednego z esejów w którym rozwinąłem ten pomysł, Venner przysłął mi aprobujący list, nakreślony jego eleganckim pismem. Jego poświęcenie nie będzie jałowe ani śmieszne. Śmierć Dominique’a Vennera, jest wezwaniem do zwycięstwa.
