Dominique Venner: Polowanie i duchowość

Kim Pan jest? Jak się pan definiuje? Wilkołak? Biały sokół?

Dominique Venner:  Jestem Francuzem z Europy, lub Europejczykiem dla którego francuski jest mową ojczystą, o pochodzeniu celtyckim i germańskim. Rodzina mojego ojca wywodzi się od lotaryńskich chłopów, ale ich przodkowie przybyli tam z niemieckojęzycznej części Szwajcarii w XVII w. Rodzina mojej matki, w której było wielu wojskowych, pochodzi z Prowansji i Vivarais. Ja sam urodziłem się w Paryzu. Jestem Europejczykiem z pochodzenia, ale samo urodzenie nie znaczy nic bez posiadania świadomości tego kim sięjest. Istnieję tylko poprzez swoje korzenie, poprzez tradycję, historię, terytorium. Dodam, że moim przeznaczeniem było poświęcenie się walce zbrojnej. Śladem tego jest stal w moim piórze, narzędziu pracy pisarza i historyka. Czy do tego krótkiego portretu dopisać określenie „wilkołak”? Czemu nie. Budzący przerażenie “dobrze myślących” ludzi, wtajemniczony w misteria lasu wilkołak to postać w której mogę rozpoznać siebie.

W “Buntowniczym sercu” (Le Cœur rebelle) wspomina Pan „nietolerancyjnego młodego człowieka, który niósł w sobie zapach nadchodzącej burzy”: był to Pan z czasów walki w Algierii i działalności politycznej we Francji. Kim był ten  młody kszatria? Skąd się wziął? Kim byli jego nauczyciele i ulubieni autorzy?

DV: To biały sokół do którego odnosiło się pierwsze pytanie. Wspomnienie upojnych i niebezpiecznych czasów kiedy młody człowiek którym byłem myślał, że może odwrócić zły los poprzez przemoc którą akceptował jako konieczną. Może zabrzmi to bezczelnie, ale w owych czasach nie uznawałem nikogo za nauczyciela. Oczywiście, szukałem bodźców i recept na działanie w „Co robić?” Lenina i „Wyjętych spod prawa” Ernsta von Solomona. Dodam, że moje lektury z dzieciństwa przyczyniły się do wykucia określonego światopoglądu który przez lata pozostał właściwie niezmieniony. Bez szczególnej kolejności wymieniłbym „Edukację militarną i dyscyplinę u starożytnych”, książeczkę o Sparcie należącą do mojego dziadka ze strony matki, byłego oficera, „Legendę o orle” Georgesa d’Esparbès, „La Bande des Ayaks” Jeana-Louis Foncine, „Zew Krwi i znakomitego „Martina Edena” Jacka Londona. Te książki kształtowały mnie kiedy miałem dziesięć czy dwanaście lat. Potem, w wieku lat dwudziestu-dwudziestu pięciu czytałem oczywiście inne rzeczy, ale księgarnie były wtedy słabo zaopatrzone. Był to czas intelektualnej posuchy którą trudno sobie dzisiaj wyobrazić. Biblioteczka młodego aktywisty, nawet pożerającego książki, była niewielka. W mojej poza dziełami historyków, na ważnych miejscach stały „Rozważania o przemocy” Sorela, „Zdobywcy” Marlaux, „Z genealogii moralności” Nietzchego, “Service inutile” Montherlanta i „Romantyzm faszystowski” Paula Sérant który w latach sześćdziesiątych był dla mnie objawieniem. Jak widać, nie było tego wiele. Ale nawet jeśli moje horyzonty intelektualne były ograniczone, miałem dobry instynkt. Bardzo wcześnie, już jako żołnierz, zorientowałem się, że wojna w Algierii była czymś zupełnie innym niż mówili i myśleli naiwni obrońcy „Francuskiej Algierii”. Zrozumiałem, że była to walka o tożsamość Europejczyków, których istnieniu zagrażał przeciwnik odmienny etnicznie. Czułem też, że broniliśmy tam – bardzo nieudolnie – południowych granic Europy. Obrona granic przed inwazją zawsze zaczyna się na drugim brzegu rzeki albo morza.

We wspomnianej mocno autobiograficznej książce pisze Pan “Pochodzę z kraju drzew i lasów, dębów i dzików, winnic i pochyłych dachów, epickich poematów i baśni, zimowych i letnich przesileń.” Jakim dziwnym człowiekiem Pan jest?

DV: Mówiąc skrótowo, jestem zbyt świadomy swojej europejskości by uznać się za duchowego potomka Mojżesza lub Abrahama. Czuję, że całkowicie pochodzę od Homera, Epikteta i rycerzy Okrągłego Stołu. Oznacza to, że tego co ważne poszukuję w sobie, blisko swoich korzeni, nie w odległych miejscach które są mi zupełnie obce. Sanktuarium w którym medytuję nie znajduje się na pustyni, lecz gęstym i tajemniczym lesie z którego pochodzę. Moją świętą księgą nie jest Biblia, lecz Iliada, poemat fundamentalny dla psyche Zachodu który cudownie i zwycięsko przekroczył morza czasu. Poemat czerpiący z tego samego źródła co legendy Celtów i Germanów i wyrażający tę samą duchowość, jeśli ktoś zada sobie trud jej odczytania. Tym niemniej nie ignoruję stuleci chrześcijaństwa. Katedra w Chartres jest częścią mojego swiata taką samą jak Stonehenge czy Partenon. To dziedzictwo które musimy uczynić swoim. Historia Europejczyków nie jest prosta. Po tysiącach lat trwania rodzimych religii, poprzez serię historycznych okoliczności narzucono nam chrześcijaństwo. Ale samo chrześcijaństwo zostało przemienione, „zbarbaryzowane” przez naszych przodków, barbarzyńców – Franków i innych. Chrześcijaństwo często było dla nich wehikułem umożliwiającym trwanie dawnych kultów. Pod postacią świętych lud czcił starych bogów bez zadawania zbyt wielu pytań. A w klasztorach mnisi przepisywali starożytne teksty niekoniecznie je cenzurując. Ta kontynuacja przedchrześcijańskiej Europy trwa po dzień dzisiejszy, ale przybiera inne formy, mimo wysiłków kaznodziejów czerpiących z Biblii. Szczególnie ważni są tutaj tradycjonaliści katoliccy którzy często stanowią wyspy zdrowia przeciwstawiające się otaczającemu chaosowi przez swoje silne rodziny, liczne dzieci i grupy sprawnej fizycznie młodzieży. Ich przywiązanie do rodziny i narodu, dyscypliny w edukacji, znaczenie jakie nadają zdecydowanej postawie wobec przeciwności nie są przymiotami specyficznie chrześcijańskimi. To pozostałości dziedzictwa Rzymu i stoików które Kościół w mniejszej lub większej formie przechowywał do początku XX wieku. Z drugiej strony, indywidualizm, współczesny kosmopolityzm i religia winy są zsekularyzowanymi formami chrześcijaństwa tak jak ekstremalny antropocentryzm i desakralizacja przyrody w których widzę źródła oszalałej faustowskiej nowoczesności za którą przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę.

W Le Cœur rebelle, pisze Pan również „Smoki są wrażliwe na ciosy i śmiertelne. Bogowie i bohaterowie mogą zawsze powrócić. Nie ma fatalizmu poza umysłami ludzi.” Przypomina się Jünger którego znał Pan osobiście, a który widział tytanów i bogów w działaniu…

DV: Zabicie w sobie wszelkich pokus fatalizmu jest zadaniem w którym nie można nigdy ustawać. Oprócz tego, nie odzierajmy wyobrażeń z tajemnicy i wielorakich promieniowań, nie gaśmy ich światła racjonalnymi interpretacjami. Smok zawsze będzie częścią imaginarium Zachodu. Symbolizuje kolejno siły ziemii i siły niszczące. Poprzez zwycięską walkę z potworem Herakles, Zygfryd czy Tezeusz osiągnęli status bohaterów. Choć nie ma dziś herosów, nietrudno dostrzec w naszej epoce obecność licznych potworów, które nie są według mnie niezwyciężone, nawet jeśli na takie wyglądają.

W pańskim Słowniku miłośnika łowów (Dictionnaire amoureux de la chasse) odsłania Pan tajemnice starej pasji i w zawoalowany sposób opisuje tajemnice inicjacji. Co dały Panu godziny tropienia zwierzyny? Czy przekształciły, lub nawet przemieniły Pana?

DV: Wbrew tytułowi, książka ta nie jest słownikiem. Myślę o niej jako o panteistycznym poemacie, dla którego polowanie jest tylko pretekstem. Swoje najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa zawdzięczam polowaniom. Zawdzięczam im także to, że byłem w stanie moralnie przetrwać czasy rozpaczy które nastąpiły po upadku nadziei mojej młodości i odzyskać równowagę. Z bronią czy bez niej, na łowach powracam do źródeł bez który nie mogę się obejść: zaczarowanego lasu, tajemnicy dzikiej krwi, pradawnego pokrewieństwa w klanie. Polowanie nie jest dla mnie sportem. Jest niezbędnym rytuałem, w którym każdy – zwierzyna i myśliwy odgrywa rolę przypisaną przez przyrodę. Uważam, że polowanie, razem z porodem, śmiercią i siewem, jeśli jest wykonane według właściwych norm, stanowi ostatni pierwotny ryt który ocalał przed deformacjami i zabójczymi manipulacjami nowoczesności .

Gdzie indziej na kartach książki przywołuje pan stare mity i postaci z  wciąż  słabo znanych panteonów. Myślę tu o micie Dzikiego Gonu i postaci Mitry. Co znaczą one dla Pana?

DV: Można do  tej listy dopisać Dianę-Artemidę, boginie porodu, patronkę ciężarnych kobiet, cielących się krów, małych dzieci, życia u jego zarania. Jest zarówno wielką łowczynią jak i obrończynią zwierząt, tak jak najlepsi myśliwi. Jej postać odpowiada starożytnej idei przyrody, całkowicie przeciwnej przesłodzonym poglądom Jeana Jacquesa Rousseau i niedzielnych spacerowiczów. Starożytni wiedzieli, że przyroda jest straszna dla słabych i pozbawiona litości. Artemida siłą broni nienaruszalności tego co dzikie. Z furią zabija śmiertelników których postępowanie zagraża przyrodzie. Stało się tak z myśliwymi Orionem i Akteonem. Naruszyli granice poza którymi świat popada w chaos. To symbol który wcale się nie zestarzał. Wprost przeciwnie.

Gdyby wskazać wszechobecną postać w tej książce, byłby nią las, schronienie wyrzutków i buntowników…

DV: Cała literatura wieków średnich – chansons de geste czy legendy arturiańskie – jest przesycona celtycką duchowością i niezmiennie eksponuje temat lasu, niebezpiecznego świata, schronienia duchów i wróżek, pustelników i buntowników, miejsca oczyszczenia udręczonej duszy rycerza – Lancelota, Parsifala czy Yvaina. W pogoni za jeleniem czy dzikiem mysliwy przenika ducha zwierzęcia. Spożywając jego serce uzyskuje jego siłę. W legendzie o Tiolecie, zabijając jelenia bohater zdobywa umiejętność rozumienia ducha dzikiej przyrody. Silnie to do mnie przemawia. Dla mnie, wejście do lasu to coś o wiele większego niż potrzeba fizyczna, to duchowa konieczność.

Rozmowę przeprowadził  Christopher Gérard, w przesilenie letnie 2001 r.

Leave a Reply