Thierry Meyssan: Syria – naród przemówił

W ciągu ostatnich kilku miesięcy 11 państw pozostających członkami Grupy Londyńskiej (kiedy liczyła 114 krajów, nazywanej Przyjaciółmi Syrii) potępiało syryjskie wybory prezydenckie jako farsę. Ich zdaniem z jednej strony nie da się przeprowadzić wyborów w kraju trapionym „wojną domową”, z drugiej zaś prezydent Baszar Asad jest tyranem torturującym i bombardującym własny naród, a zatem nie może być prawowitym prezydentem. Według tych 11 państw jedyna droga do zakończenia wojny w której „zginęło już 160 tysięcy Syryjczyków” to powołanie władz tymczasowych wyznaczonych nie przez Syryjczyków, ale przez Grupę Londyńską.

Media głównego nurtu z krajów NATO i Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej zamierzały zignorować tę „imitację wyborów”, jak określił je John Kerry. Jednak wcześniejsze głosowanie przez Syryjczyków przebywających za granicą, które doprowadziło do masowych wystąpień w Libanie i Jordanii, pokazało, że niemal wszyscy Syryjczycy mieszkający w kraju pójdą głosować, jeśli tylko będą mieli taką możliwość. Media wysłały zatem swoich przedstawicieli by relacjonowali wydarzenia.

Do tego czasu powszechnie przyjmowano, że Syryjczycy za granicą są przeciwnikami Republiki i uciekli przed represjami. Wydarzenia przy okazji głosowania w Ammanie i Bejrucie pokazały, że tak naprawdę uciekli przed obcymi najemnikami, którzy napadli na ich kraj. Ambasador Syryjski w Libanie był równie zaskoczony jak libański minister spraw wewnętrznych który zaprzeczał jakoby w jego kraju przebywali uchodźcy popierający władze, jakby nie chciał pamiętać o tym, że w ciągu ostatnich trzech lat ponad 250 tysięcy najemników napadło na ich kraj i zniszczyło ich domy.

Syryjska Republika Arabska podjęła wysiłek dostosowania się do zachodnich standardów demokracji. Parlament przyjął nowe prawo wyborcze dające wszystkim kandydatom dostęp do mediów i wystąpień publicznych oraz dające im ochronę zapewniającą bezpieczeństw w czasie wojny.

Kraj, który zrezygnował z systemu jednopartyjnego na rzecz wielopartyjności zapisanej w konstytucji z 2012 r. miał dwa lata na rozwijanie licznych partii politycznych i nauczenie się debaty publicznej.
Syria zaakceptowała obecność zachodnich dziennikarzy od listopada 2012 r. i w ciągu dwóch i pół roku nauczyła się odpowiadać na ich oczekiwania. Stopniowo, zwłaszcza po drugiej konferencji w Genewie, wielu z nich wypracowało dobre kontakty z państwem. Przy wyborach akredytowano ponad 360 zagranicznych dziennikarzy, którym mimo wojny zapewniono całkowitą swobodę poruszania się po kraju.

Argumenty polityczne

Zdaniem Grupy Londyńskiej nie da się przeprowadzić wyborów w czasie wojny. Jednak te same kraje uznały niedawne wybory prezydenckie w Afganistanie i na Ukrainie.

W Afganistanie 5 kwietnia pod nadzorem wojsk NATO odbyła się pierwsza runda wyborów prezydenckich. Jedna trzecia wyborców uciekła z kraju, ale mogła głosować zza granicy. Zdaniem państw grupy londyńskiej, kandytat który uzyskałby ponad 50% głosów zostałby wybrany już w pierwszej rundzie (druga odbędzie się14 czerwca). W tym wypadku, biorąc pod uwagę nieobecność 67% głosujących, prezydenta wybrałoby 16,5% elektoratu.


Na Ukrainie kijowska junta ogłosiła, że w wyborach wzięło udział 60% uprawnionych. Nie uwzględniono tu mieszkańców Krymu, który Kijów dalej uznaje za swoje terytorium. Prezydent elekt Poroszenko zdobył 54% głosów. Jednak, jeśli uwzględnić wszystkie tereny, do których rości sobie pretensje Kijów, poparło go jedynie 27% uprawnionych.


Niskie standardy Grupy Londyńskiej nie powinny dziwić. W ostatnich wyborach do europarlamentu (25 maja) frekwencja była wyjątkowo niska (w Czechach zaledwie 13%). Wybory bez wyborców uznano jednak za w pełni demokratyczne.

Rola mediów atlantyckich 2011-12


Wojnę przeciw Syrii rozpoczęto w 2011 r. jako wojnę czwartej generacji. NATO zamierzało obalić rząd nie środkami konwencjonalnymi, lecz poprzez skłonienie ludzi do tego, by nie chcieli się bronić. Główne media międzynarodowe (al-Dżaziraal-Arabija, BBC, CNN, Sky, France24) koordynowane przez Sojusz miały sprawić by świat i sami Syryjczycy uwierzyli, że mają do czynienia z rewolucją a władze z pewnością zostaną obalone. Szczytowy punkt tej operacji przypadł na początek 2012 r. kiedy rozpowszechniano fałszywe informacje o ucieczce Asada i powołaniu „rządu tymczasowego”. Operacja została jednak ujawniona i skończyła się fiaskiem. W czerwcu 2012 r. Rosja i USA doszły do porozumienia w sprawie pokoju w Syrii i podziału wpływów w regionie.


Jednak Francja, Izrael i część administracji Obamy (Hillary Clinton, David Petraeus, James Stavridis) podjęli wojnę w innej formie. Tym razem kraj zaatakowano za pomocą czynników pozapaństwowych, na wzór renesansowych kondotierów czy bardziej współczesnych Contras z Nikaragui. Podczas tego etapu media atlantyckie i sojusznicze dalej opisywały wyimaginowaną rewolucję przeciwko okrutnej dyktaturze, a w Syrii naród skupiał się coraz bardziej wokół władz. Kiedy zaczęła się kampania prezydencka media relacjonowały ją w zupełnie odmienny sposób, zależący od tego, czy wywodziły się z krajów NATO i Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej czy nie.
Jak zatem atlantyckie media poradziły sobie z wyborami?

Atlantycka strategia ataków na Asada w 2014 r.

W dniach poprzedzających głosowanie używano kilku argumentów dyskredytujących proces wyborczy.

„Wynik jest z góry znany”, grzmiały media. Istotnie, nie było wątpliwości, że urzędujący prezydent Baszar Asad zostanie wybrany na trzecią kadencję. Z tego powodu media uznały, że wybory nie będą uczciwe.
Jednak jeśli przeprowadzić porównanie sytuacji w Syrii i Europie, jest ona zbliżona do wydarzeń z końca II wojny światowej. 26 sierpnia 1944 r. gen. Charles De Gaulle, stojący na czele francuskiego rządu tymczasowego powołanego w Algierze kilka dni przed lądowaniem w Normandii przybył do Pałacu Elizejskeigo witany przez nieprzeliczone tłumy. Nie było wtedy wyborów, ale nikt nie podważał legitymizacji De Gaulle’a który jako pierwszy polityk odmówił kolaboracji i stanął po stronie ruchu oporu. Francuzi widzieli w nim człowieka, który przeciwstawił się fatalizmowi i powiódł ich do zwycięstwa. Podobnie widziany jest Asad w Syrii – jest człowiekiem, który postawił tamę kolonizacji kraju i prowadzi naród do pokonania wrogów.

„Pozostali kandydaci to figuranci” twierdzą atlantyckie media implikując, że kraj dalej jest jednopartyjny a wybory to szopka.
Cech systemu wielopartyjnego jest jednak możliwość głosowania na kandydata którego się wybiera. W wielu wyborach, wyborcy nie identyfikują się z żadnym z nich. Mogą wstrzymać się od uczestnictwa jeśli uznają system za wadliwy, oddać głos nieważny, gdy chcą wyrazić wsparcie dla systemu bez wspierania żadnego z kandydatów, albo poprzeć niszowego kandydata, by zmniejszyć wynik prawdopodobnego zwycięzcy.


Procent uczestniczących jest zatem ważniejszy od wyników poszczególnych kandydatów. W Syrii w warunkach wojny i okupacji części kraju przez co najmniej 90 tysięcy zagranicznych najemników, mimo wezwania do bojkotu przez Syryjską Koalicję Narodową zagłosowało 73,42% uprawnionych. Jest to wynik lepszy niż we wszystkich wyborach do europarlamentu we Francji (od 1979 r.) i wszystkich wyborach parlamentarnych od 1986 r., choć mniejszy niż w wyborach prezydenckich (80,34%). Różnica oczywiście polega na tym, że we Francji panuje pokój.

Kraj jest poważnie zniszczony a walki wciąż trwają zapewniają atlantyckie media. Wybory toczyłyby się więc w warunkach wojennych. AFP dodaje, że rząd kontroluje jedynie 40% terytorium kraju, na których znajduje się 60% ludności.

Frekwencja była wyższa niż 60%, należy więc uznać dane AFP za wyssane z palca. Kontrola Syryjskiej Armii Arabskiej rozszerza się cały czas. Najemnicy ciągle są obecni przy granicy z Turcją i niektórych izolowanych terenach. Dla przykładu spośród 18 000 km2 prowincji Damaszek 75 km2 jest kontrolowanych przez Contras, ale AFP twierdzi, że cała prowincja jest pod kontrolą „rewolucjonistów”. Co więcej, na niektórych terenach nieobecna jest armia, ale pozostają tam urzędnicy państwowi. Tak jest na terenach kurdyjskich, które same dbają o bezpieczeństwo jednocześnie uznając Republikę. Wreszcie, większość terytorium Syrii stanowi niezamieszkała pustynia. Kiedy jednak Contras próbują ją przemierzać są atakowani z powietrza.


Pokazywanie zdjęć zniszczeń z Homs nie oznacza, że „rząd bombarduje własny naród”. Znów odnosząc się do II wojny Światowej możemy porównać metody Contras do walk w Stalingradzie. Aby nie zginąć na ulicach snajperzy tworzą przejścia między budynkami przebijając się przez ściany i kopiąc tunele.

Wreszcie, podczas bombardowania pozycji wroga przez Syryjską Armię Arabską mogą ucierpieć cywile. Tak samo alianci zbombardowali Lisieux, Vire, Le HavreTilly, Villers-Bocage, Saint-Lô, Caen I inne miejscowości podczas lądowania w Normandii. Jednak nikt nie oskarża ich o rozmyślne zabicie 20 tysięcy francuskich cywili.


Konsekwencje wyborów

Wszystkich zaskoczyła ogromna frekwencja, także na terenach kurdyjskich które według atlantyckich mediów miały bojkotować głosowanie.

Musimy zatem wysnuć następujące wnioski:


Zarzuty o dyktatorskie rządy i tortury to fikcja. W żadnym państwie na świecie ludzie nie głosują na prześladujących ich dyktatorów. NSDAP w Niemczech nigdy nie zdobyła więcej niż 43,9% Głosów (marzec 1933 r.) przed Likwidacją systemu wielopartyjnego.


Syryjczycy we własnym kraju z pewnością lepiej wiedzą co się w nim dzieje niż Koalicja Narodowa tworzoną w większości przez ludzi, którzy od 20 lat przebywają na emigracji. Nie wierzą w amerykańską narrację ani wczesną (o dzieciach rzekomo torturowanych przez policję w Dara) ani obecną (o dziesiątkach tysięcy ludzi głodzonych i maltretowanych w więzieniach „reżimu”).

Syryjska Koalicja Narodowa nie reprezentuje narodu. Koalicja stworzona przez służby francuskie, sterowana przez Arabię Saudyjską a wcześniej Katar została przez Grupę Londyńską uznana za „jedyną reprezentację narodu syryjskiego”. Mimo wezwań do bojkotu w wyborach nie wzięło udziału jedynie 26.58% uprawnionych, co wydaje się wynikać głównie z okupacji części kraju przez Contras.

Wciąż jest niejasne, w jaki sposób twór posługujący się flagą z czasów francuskiego kolonializmu miałby zdobyć poparcie Syryjczyków.


Kolaboranci sił kolonialnych zostali zdyskredytowani. W wystąpieniach telewizyjnych członkowie Koalicji tłumaczyli, że z powodu lat dyktatury nie ma nikogo kto mógłby się stać alternatywą dla Baszara Asada jako przywódca. Dziś jak widzimy, w Syrii wcale nie ma dyktaturyGdybyśmy mieli wyprowadzić kolejne porównanie, brak rywala dla Charlesa De Gaulle’a w 1944 r. nie świadczył o zaprowadzeniu dyktatury, lecz jedynie o nieufności wobec klasy politycznej po jej współpracy z nazistami. Dlatego żaden uczestnik Koalicji Narodowej nie może w przyszłości odegrać żadnej roli w polityce kraju.

Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl
Źródło: Voltairenet.org

SYRIA-CONFLICT-POLITICS

2 komentarze

Leave a Reply