Hakim Bey: Jeszcze raz o dżihadzie

W połowie lat dziewięćdziesiątych zaproszono mnie na dużą konferencję filozoficzną w Libii. Przygotowałem krótkie wystąpienie na temat wpływu „neosufizmu” na pułkownika Kadafiego i jego Zieloną książkę. Zastanawiałem się, czy Libijczycy pozwolą mi je wygłosić. W końcu Kadafi zdobywając władze w 1969 r. obalił króla, który był mistrzem sufickim. Może nie przyznałby, że sufizm wpłynął na jego życie i myśl?

Okazało się, że Libijczykom bardzo podobało się wystąpienie. Powiedzieli mi, że miałem rację: w pewnym sensie rewolucja libijska była inspirowanym przez reformowany sufizm zrywem przeciwko skażonemu sufizmowi. Niestety, Pułkownik nie pojawił się na konferencji, by potwierdzić lub zaprzeczyć, ale jestem pewien, że Libijczycy mieli rację.

Neosufizm pojawił się w XIX w. jako odpowiedź na sufizm epoki kolonialnej i sam kolonializm. Antyfrancuskim ruchem w Algierii kierował wielki emir Abdel Kader, przywódca partyzantów i wybitny szajch suficki ze szkoły Ibn Arabiego.

Zwolennicy neosufizmu zerwali ze średniowieczną koncepcją wszechpotężnego „mistrza”. Poszukiwali inicjacji poprzez marzenia senne i wizje. W Afryce Północnej, zakony Sanussi i Tidżani założone zostały przez poszukujących, którym inicjacji w czasie snu miał udzielić sam prorok Mahomet.

Ruchy neosufickie do pewnego stopnia powstawały także jako ruchy reformatorskie wewnątrz islamu, konkurencyjne zarówno wobec modernizmu i sekularyzmu, jak i neopurytańskiego „islamizmu” salafitów i wahabitów. Libijski zakon Sanussi podkreślał problemy takie jak edukacja, opieka zdrowotna i alternatywy gospodarcze wobec kolonializmu. A kiedy wybuchła walka zbrojna przeciwko panowaniu włoskiemu, na czele powstania stanęli derwisze Sanussi.

Na czele zakonu w niepodległej Libii stanął król Idris I. Muammar Kadafi urodził się w wiosce Sanussi, w rodzinie członków zakonu, uczęszczał do szkół prowadzonych przez grupę. Podczas pobytu w Anglii w latach sześćdziesiątych przeczytał Outsidera Colina Wilsona i przyjął część idei Nowej Lewicy, w tym „komunizm rad” i koncepcję Spektaklu (patrz „Zielona książka”, w szczególności rozdział o sporcie).

Islam libijski nie jest „fundamentalistyczny”, jak uważa wielu Amerykanów. W rzeczywistości jest antyfundamentalistyczny. Islamiści nienawidzą Pułkownika, uważając go za heretyka, modernistę i krypto-sufiego. Libijscy ulemowie ogłosili, że tradycje przekazane w hadisach nie mają charakteru kanonicznego, co jest wybitnie „liberalnym” stanowiskiem. W Libii wciąż istnieje Rada Zakonów Sufickich i zakon Sanussi (jak powiedział mi delegat libijski, likwidacji uległa tylko gałąź kierowana przez króla).

Jednak gdzie indziej w świecie islamskim, neosufizmowi nie udało się skutecznie wpłynąć na paradygmaty duchowości i polityki. Okcydentalizacja i islamizm – jej lustrzane odbicie – zwyciężyły. Stare ideały sufizmu – poszanowanie różnorodności, głęboka kultura i sztuka pokoju są, jak ocenia tunezyjski poeta Abdelwahab Meddeb w książce „The Malady of Islam”, głęboko pogardzane zarówno przez świeckich modernistów, jak i agresywnych neopurytanów.

Mebbed zauważa też, że islamistów w żaden sposób nie można uznać za kierujących się „wartościami antymaterialistycznymi”. Wielbią techologię i Kapitał tak samo, jak ludzie Zachodu, rzecz jasna pod warunkiem, że jest to „islamska” technologia i „islamskie” pieniądze.

Synteza mistycyzmu i socjalizmu stworzona przez antykapitalistycznych i antysowieckich myślicieli lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jak Irańczyk Ali Szariati czy pułkownik Kadafi wydaje się straconą sprawą, podobnie jak cały „trzecioświatowy socjalizm” czy polityka „neutralności Trzeciego Świata”. Same terminy są puste: jak możemy mówić o Trzecim Świecie, jeśli „drugi świat” zapadł się i znikł?

Konferencja w Trypolisie okazała się ciekawą paradą „straconych spraw”. Byli tam dwaj anarchiści z Nowego Jorku (witani jak bohaterowie z powodu przeciwstawienia się zakazowi podróży do Libii), niezliczeni przedstawiciele afrykańskich frontów wyzwolenia, interesujący francuski filozof „Nowej Prawicy” Alain de Benoist, australijscy „czerwono-brunatni”, para przesympatycznych tureckich Zielonych, słoweński anarchista, grupka maoistów z Paryża i inni, oraz cały zastęp gościnnych Libijczyków, wszyscy napędzani hektolitrami kawy. Lekarz z Niemiec przedstawił referat o użyciu zubożonego uranu w Iraku. Wtedy większość z nas słyszała o tym po raz pierwszy. Podobnie było z prywatyzacją wody, o której opowiadał delegat z Nowej Zelandii.

W pewnym momencie usłyszałem jak jeden z paryskich maoistów powiedział, że prawdziwym, obiektywnie istniejącym wrogiem ludzkości nie jest neoliberalizm/globalny kapitalizm, lecz USA. W owym czasie uznawałem ten pogląd za błędny, częściowo z powodu entuzjazmu dla zapatystów, częściowo dlatego, że słowa maoisty brzmiały staromodnie.

Wtedy neoliberalizm był na fali wznoszącej i zniuansowana globalna odpowiedź wydawała się bardziej potrzebna od antyamerykanizmu z epoki wojny wietnamskiej.
W swoim zbiorze esejów Millennium, rozważałem potrzebę znalezienia nowego wyrazu dla strategii antykapitalistycznej w sytuacji po Spektaklu. Skoro zapatyzm mógł połączyć duchowość Majów z wpływami anarchizmu, może coś podobnego mogłoby zajść w wypadku sufizmu. Islam zawiera w sobie potencjał socjalistyczny – spójrzmy na bezwzględny zakaz lichwy i wspólnotowy idealizm (jak twierdził Ali Szariati). Część nurtów sufizmu i niektóre herezje islamskie posiadają aspekty anarchistyczne.

Myślałem wtedy, że islamizm więdnie.

Sufizm jest niekiedy definiowany jako „wielki dżihad”, podczas gdy święta wojna jest „małym dżihadem”. Walka o to by „stać się tym, kim jesteś” ma pierwszeństwo nawet przed najbardziej słuszną sprawą.

Nie zawsze jednak ezoteryzm islamski miał charakter kwietystyczny. Sufi wzniecali rewolucje, w tym walki z kolonializmem i imperializmem w XIX i XX w. Być może marzyłem wtedy, że nadszedł czas na swego rodzaju islamski zapatyzm. Zaproponowałem to wprost w przedmowie do tureckiego wydania swojej, dość leciwej, Tymczasowej Strefy Autonomicznej.

Od 1996 r. w tak zwanym końcu historii zaszły dwie istotne zmiany. Najpierw pojawił się neokonserwatywny neoliberalizm to jest USA jako jedyne supermocarstwo i hegemon triumfującego globalnego kapitału to jest Imperium.

Potem okazało się, że purytański islamizm otrzymał nowe życie podczas radzieckiego Götterdämmerung w Afganistanie. Wywiad amerykański znalazł zaczarowaną lampę i potarł ją – raz, drugi, trzeci – a wtedy dżin uciekł i stał się Starcem z Gór. USA najechały później Afganistan i Irak i stały się w pełni dyspozycyjne wobec izraelskiej prawicy. Islamizm stał się nowym Imperium Zła i Czystego Terroru. Stał się także antyamerykański.

Kilka zdezorientowanych osób chwaliło mnie za „przewidzenie” tego nowego dżihadu. Każdy, kto przed 11 września 2001 r. napisał chociaż słowo o islamizmie dźwiga dziś ciężar takich pochwał. W rzeczywistości dżihad który „przewidziałem” (a raczej wyobraziłem sobie) nigdy nie nadszedł. Teraz już chyba za późno.

Z punktu widzenia amerykańskiego imperium, islamizm jest wrogiem doskonałym, ponieważ nie jest tak naprawdę antykapitalistyczny ani antytechnokratyczny. Można go wpisać w wielki obraz Kapitału jako prawa przyrody i jednocześnie używać jako straszaka celem dyscyplinowania mas poprzez lęk przed terroryzmem i używać jako wytłumaczenia dla porażek neoliberalizmu. W tym sensie islamizm jest fałszywą ideologią, baudrillardowskim symulakrum.

Ameryka jest wymarzonym wrogiem dla islamistów, ponieważ amerykanizm też nie jest prawdziwą ideologią. Brutalna siła, kultura McDonald’s i Disneylandu, orwellowski „wolny rynek” i „postprzemysłowa” gospodarka oparta na przerzuceniu całej produkcji do dawnego Trzeciego Świata – wszystko to nie jest w stanie osiągnąć nawet cieszącego się złą sławą statusu „ideologii” – to wszytko symulakrum. Jak głosi ludowa mądrość, „pieniądz mówi”. Pieniądz jest tutaj jedynym panem mowy i mówi tylko do siebie. „Demokracja” oznacza dziś coca-kolonizację przy użyciu bomb odłamkowych, „islam” – emocjonalną chorobę. To nie jest właściwy dżihad.

Obecnie (maj 2004 r.) imperium wydaje się dławić przedawkowaniem własnego uzależnienia od obrazów, głupich kłamstw, ogłupiających mediów i polityki rozumianej jako pornografia śmierci. Zostać w Iraku czy wyjść z Iraku – obie opcje są równie trudne do wyobrażenia. Powtórka z Wietnamu – razem ze zdjęciami zbrodni.

Jeśli zmieni się władza w USA, najlepsze czego możemy oczekiwać to powrót do neoliberalnego globalizmu lat dziewięćdziesiątych. Ale może się to okazać niemożliwe i nic nie wskazuje na to, by demokraci mieli takie plany. Jak można z gracją porzucić imperializm?

Czy paryski maoista miał rację? USA przejęły politykę alienowania Europy i budzenia strachu w świecie islamskim. Z entuzjazmem przyjęło rolę wroga rodzaju ludzkiego porzucając ostatnie pozory bycia obrońcą wolności.

Ale islamizm nigdy nie dostarczy dialektycznej negacji imperium, ponieważ sam w sobie jest jedynie imperium negacji, resentymentu i reakcji. Islamizm nie ma nic do zaoferowania w walce z globalizmem z wyjątkiem inspirowanych ideologicznie wybuchów przemocy.

Amerykanizm i islamizm – obydwa niech będą przeklęte. W kwestii prawdziwego dżihadu więcej dzieje się dziś w Ameryce Południowej i Meksyku niż gdziekolwiek indziej. Może, gdy bracia bliźniacy Bush i Bin Laden będą sobie nawzajem przegryzać gardła (co na żywo pokażą w CNN), coś interesującego wychynie z miast Argentyny lub Wenezueli, albo z dżungli Chiapas.

Tłumaczenie – Redakcja Xportal.pl

814772103

3 komentarze

Leave a Reply