Już rok temu George Friedman, szef ośrodka Stratfor, pisał, że chiński model wzrostu oparty o tanią siłę roboczą dobiega końca, a Chiny na gospodarczej mapie świata wkrótce mogą zostać zastąpione inne państwa.
Dziś rzeczywistość dopisuje do tego ironiczną pointę – w Etiopii w poszukiwaniu taniej siły roboczej inwestują chińscy przedsiębiorcy. Nikt by nie przypuszczał, że to właśnie Chiny mogą zdumiewająco dużo płacić robotnikom. Jednak średnia pensja w chińskiej fabryce, sięgająca według Bloomberga 400 dolarów, wydaje się kosmicznie wysoka w porównaniu do 40 dolarów miesięcznych zarobków w chińskiej fabryce butów w Etiopii.
[…]
Chiny, Afryka i globalni detaliści, wszyscy obserwują, czy Etiopia i podobne do niej kraje, jak Tanzania, Rwanda i Senegal, staną się opłacalnymi bazami produkcyjnymi dla produktów wymagających dużych nakładów pracy. Promocja handlu, inwestycje i wzrost zatrudnienia znajdą się wśród tematów pierwszego szczytu przywódców USA i Afryki w Waszyngtonie na początku sierpnia.
Komentarz Redakcji: W ramach niezamierzonego sarkazmu w tym samym artykule Etiopia została określona jako „afrykański kraj, którego gospodarka właśnie powstaje z kolan”. To dobra okazja, by przypomnieć, że kiedy jakieś państwo jest z emfazą nazywane „szybko rozwijającą się gospodarką” przez liberalne zachodnie ośrodki, należy podchodzić do tworzonych na jego temat opinii nader ostrożnie. Liberalne zachodnie ośrodki komplementują bowiem w ten sposób głównie kraje, które posłusznie prowadzą swoją politykę gospodarczą pod zewnętrzne dyktando Zachodu, w wyniku czego niby ponadnarodowe, a tak naprawdę zachodnie koncerny mogą w nich robić, co chcą, zaś w kraju wytwarzają się neokolonialne stosunki ekonomiczne. Z rzeczywistym rozwojem komplementowanego państwa nie musi to mieć nic wspólnego. Wspomniane ośrodki chwalą Nigerię jako „najszybciej rozwijającą się gospodarkę w Afryce”, tymczasem państwo to dosłownie się rozlatuje i nie potrafi obronić własnych obywateli przed salafitami z Boko Haram, którzy bezkarnie uprowadzają w nim z ulic setki dziewcząt oraz wysadzają w powietrze kościoły. Te same ośrodki zapewniają nas, że Polska od dłuższego czasu odnosi gospodarcze sukcesy; jaka jest rzeczywistość, wszyscy wiemy. Wybrzeże Kości Słoniowej pod długoletnimi rządami Feliksa Houphouëta-Boigny (1960-1993) oklaskiwane było za „cud gospodarczy”, polegający na pozostawieniu zachodnim koncernom całkowitej swobody działania, przy czym iworyjski dyktator miał jeszcze jedną istotną zaletę: niewolniczo wypełniał wszelkie polecenia z zakresu polityki zagranicznej napływające z Paryża i Waszyngtonu. Przykłady można by mnożyć. Pożałowania godna sytuacja Etiopii, jednego z najstarszych na świecie centrów chrześcijaństwa, kraju, który wytworzył unikalną cywilizację, a dzisiaj staje się kolonią gospodarczą nawet dla innych kolonii gospodarczych, stanowi jednak logiczne dopełnienie jej dziejów politycznych od niemal stulecia. Pod trwającymi do 1974 r. rządami ostatniego cesarza Hajle Selasje państwo etiopskie było satelitą Wielkiej Brytanii (zarówno przed, jak i po okupacji faszystowskich Włoch), po II wojnie światowej przejętym od niej przez USA. Pod komunistycznymi rządami Dergu i Mengystu Hajle Mariama (1974-1991) Etiopia znalazła się wśród najwierniejszych afrykańskich satelitów Związku Sowieckiego, zagorzale kopiując wzorce z ZSRS. Wreszcie „demokratyczny”, czyli prozachodni, dyktator Meles Zenawi (1991-2012) wprowadził ją ponownie do amerykańskiej strefy wpływów, w której pozostaje do dziś. Przykład Etiopii wymownie pokazuje, że koloniami gospodarczymi zostają państwa, których elity rządzące nie chcą bądź nie umieją prowadzić samodzielnej polityki zagranicznej, ponieważ są mentalnymi klientami wielkich mocarstw i nie uznają suwerenności ideologicznej własnego państwa za cel godny dążenia. Samodzielna polityka zagraniczna i samodzielna polityka gospodarcza warunkują się wzajemnie. Państwo, które pozwoliło pozbawić się jednej z nich, straci i drugą. Polska obecnie nie ma żadnej. (A.D.)









5 komentarzy