Czy ktoś zwrócił uwagę, że wszystkie amerykańskie interwencje zbrojne po Iraku – faktyczne i proponowane – niemal zawsze były rezultatem nagłego „kryzysu humanitarnego”? Partia Wojny wobec powszechnej nieufności i wyrażanego wprost sprzeciwu Amerykanów, których w wyniku kłamstw posłano na wojnę której nigdy nie należało zaczynać, teraz dostarcza innego uzasadnienia – „jeśli natychmiast nie interweniujemy, zginą tysiące ludzi”.
Tak było w Libii, gdy powiedziano nam, że bez interwencji po stronie oszalałych dżihadystów zwanych „powstańcami” co najmniej sto tysięcy ludzi zostanie zmasakrowanych w Bengazi przez „najemników” Kadafiego. Okazało się to kompletną bzdurą (delikatnie mówiąc), ale Partia Wojny osiągnęła cel, czego rezultaty widzieliśmy we wszystkich mediach.
Chcieli powtórzyć to w Syrii, kilka razy, także wymyślając historię o rzekomym użyciu przez Baszara Asada „broni chemicznej” przeciwko oszalałym dżihadystom, którzy masakrują jego kraj – ale okazało się to być kolejnym sfabrykowanym scenariuszem, na który nawet Amerykanie nie dali się nabrać. Zamiast słuchać tych samych co zawsze błaznów przedstawiających się jako eksperci od polityki zagranicznej, Amerykanie wstali i powiedzieli „Nie! Nie! Po tysiąckroć nie!” Nasz niepozbawiony politycznego sprytu prezydent przegrał, więc przerzucił odpowiedzialność na Kongres, który najszybciej jak to możliwe ukręcił sprawie łeb.
Partia Wojny teraz próbuje powtórzyć te sztuczki, tym razem w Iraku. I wygląda na to, że się jej udało. Wiadomo na pewno, że ugrupowanie znane jako Islamskie Państwo Iraku i Lewantu (ISIL), które najechało i opanowało sporą część Iraku obecnie zagraża jazydom, wyznawcom słabo znanej u nas religii łączącej elementy islamu, chrześcijaństwa i zaratusztrianizmu.
Tak jest, kolejna „katastrofa humanitarna” zagląda nam w oczy. My zaś nie mamy wyboru, musimy wkroczyć i ocalić ludzi. Niezależnie od tego, czy Obama zdecyduje się pójść na całość, wysłaliśmy już do Iraku setki żołnierzy sił specjalnych,którzy mają „doradzać” niemal nieistniejącej irackiej armii, na której zbrojenie i szkolenie wydaliśmy miliardy. Infrastruktura militarna już tam jest i czeka na nas.
Co zatem powinniśmy zrobić, by pomóc Irakowi odeprzeć inwazję ISIL, które zagraża ok. 40 tysiącom jazydów na północy kraju? Odpowiedź brzmi: nic. Nie każdy problem da się rozwiązać. Nie każdy błąd, a błędem było przede wszystkim najechanie Iraku, można wymazać. Złudzenie bycia „supermocarstwem” doprowadziło nas do tego, że wierzymy, iż możemy wszystko. Ale rzeczywistość jest brutalna: Wuj Sam to nie Superman, który potrafi latać tak szybko, że przebija się przez barierę czasu, cofa w przeszłość i zapobiega katastrofom, które z powodu ludzkiego szaleństwa są nieuniknione. Za swoje szaleństwo musimy zapłacić, niestety razem z nami zapłaci też wielu innych.
Przy okazji, jak wielki jest ten „kryzys”? Czy jazydzi naprawdę mogą zostać ofiarami „ludobójstwa”, jak informują nasi podekscytowani dziennikarze? Czy ISIL z zimną krwią wymorduje 40 tysięcy osób? W jaki sposób mu to pomoże? Nie wygląda to na posunięcie budujące dobrą reputację.
W każdym wypadku, pod rządami ISIL jazydów czeka niewesoła przyszłość. Ale mogliśmy o tym pomyśleć, zanim wzmocniliśmy sunnickie plemiona w Iraku podczas tak zwanej „arabskiej wiosny”, kiedy to uzbroiliśmy, szkoliliśmy i dawaliśmy łapówki tym, którzy teraz z otwartymi ramionami witają ISIL. Zwycięstwo ISIL jest możliwe dzięki wsparciu z USA, które John McCain niezmiennie uznaje za nasz sukces. Ci sami ludzie teraz chcą ratować jezydów przed sunnickimi fanatykami. To naprawdę dobry dowcip. Wszystkim, którzy nieszczerze biadolą teraz nad losem jazydów, należy powiedzieć: trzeba było o tym myśleć, zanim zaczęliście zbroić „naszych” dżihadystów, którzy w naszym imieniu mieli obalić Asada, a potem przeszli do ISIL.
ISIL używa broni przeciwlotniczej i innego ciężkiego sprzętu do walki z iracką armią i przecenianymi kurdyjskimi peszmergami. Dziennikarze mówią, że broń tę zrabowano z irackich arsenałów po zajęciu Mosulu, ale są powody, by uważać, że dostarczyły ją Stany Zjednoczone, zanim wielu „naszych” dżihadystów przeszło do ISIL. Pamiętacie jak John Kerry podczas debaty w kongresie na temat interwencji w Syrii wychwalał ich pod niebiosa? A co z tajemniczym statkiem, który miał wypłynąć z Bengazi miej więcej, wtedy gdy nasz ambasador zginął tam z ręki libijskich „bojowników o wolność”? Według niektórych doniesień przewoził on duże ilości broni pochodzącej z rozkradzionych arsenałów Kadafiego. Wszystkie elementy układanki pasują do siebie.
„Humanitarni” z naszej administracji, jak i ci wśród neokonserwatystów mówią dziś o zajęciu przez ISIL ostatnich chrześcijańskich miast Iraku, co ma być powodem, dla którego musimy tam wrócić. Brzmi to jak paskudny żart, bo kiedy chrześcijańskie miasta w Syrii były zajmowane przez wspieranych przez USA islamistów, tych samych, którzy teraz szaleją w Iraku, ci ludzie nie zająknęli się nawet słowem.
Można by powiedzieć, że zapewnienie jezydom bezpieczeństwa jest naszym moralnym obowiązkiem, bo to z naszej winy znaleźli się w obecnej sytuacji. Ten argument nie wytrzymuje jednak krytyki, jeśli zadamy sobie pytanie, kto ma najlepsze warunki do tego, żeby naprawdę im pomóc. Turcy i inni sąsiedzi Iraku – tak, mam na myśli Iran – są znacznie lepiej predestynowani do odegrania roli „wybawcy” niż Waszyngton i wynika to nie tylko z geografii.
Dla ISIL byłoby idealnie, gdyby mogli przedstawić się jako walczący z Amerykanami: zdziała to cuda w przyciąganiu ochotników z całego świata. Może też zjednoczyć pod ich sztandarem irackich sunnitów.
Od czasów Donalda Rumsfelda, nasza strategia w regionie polega na popieraniu sunnitów i podsycaniu ich konfliktu z szyitami. Od Libii, przez Egipt po Syrię dążyliśmy do zjednoczenia sunnickich dżihadystów przeciwko temu, co uznaliśmy za głównego wrogi: Iranowi, centrum szyizmu. Taktyka ta obróciła się przeciwko nam, szczególnie w Iraku, co obciąża nie tylko Busha i jego ekipę. Była sednem działań Hillary Clinton w departamencie stanu, co widzieliśmy w Libii, Egipcie i Syrii: odeszła po tym, jak odrzucono jej plan ataku na Syrię.
Cokolwiek zrobi prezydent, będzie to pierwszy krok na niebezpiecznej drodze do ponownej interwencji na pełną skalę w regionie. Parę uderzeń z powietrza nie zatrzyma ISIL: potrzeba ludzi na ziemi, a jak widzimy, iracka armia niezbyt się do tego nadaje.
Czy obecna administracja tym razem powie Amerykanom prawdę o znaczeniu „akcji” USA w Iraku? Oczywiście, że nie. Dla nich kłamstwo jest tak naturalne, jak syczenie dla węży.
Okaże się dopiero czy ta „katastrofa humanitarna” przekona Amerykanów do poparcia działań rządu i „ratowania” Iraku. Podejrzewam, że jeśli Partii Wojny uda się wywołać emocjonalną histerię, będzie ona krótkotrwała: gdy tylko ludzie zobaczą jak ci sami neokonserwatyści co kiedyś mówią, że należy znowu najechać Irak, doznają nieprzyjemnego deja-vu i kongres zostanie zalany protestami, tak jak, wtedy kiedy Obama uznał, że chce zbombardować Syrię.
Obrzydliwość hipokrytów którzy chcą ratować niewinnych cywilów zrzucając bomby dodatkowo podkreśla fakt, że Waszyngton nie tylko stał i patrzył jak jego izraelscy władcy sojusznicy mordowali dzieci i kobiety w Gazie, ale wysłał Tel Awiwowi świeża partię broni do wykonania pogromu. Kongres przyjął uchwałę chwalącą izraelski mord i wyrażającą bezwarunkowe poparcie dla niego. Teraz mamy wracać do Iraku i „ratować” ofiary naszej własnej polityki? Trudno wyobrazić sobie bardziej odrażający przykład moralnego bankructwa. A jednak, w tym szaleństwie jest metoda…
Pamiętajmy, że Kurdowie to najlepszy – i jedyny – sojusznik Izraela w regionie. Peszmergów szkolą izraelscy doradcy, a pierwsze krople ropy wydobytej z kurdyjskich regionów upadającego Iraku popłynęły prosto do państwa żydowskiego. Jak słyszymy, ISIL stoi u bram Ibril, siedziby rządu Kurdystanu. Dlatego Partia Wojny głośno domaga się interwencji. Chcą ratować kluczowego sojusznika Izraela, a nie jazydów.
Jak pisałem na samym początku amerykańskiej awantury w Iraku, wojna ta była toczona dla dobra Izraela. Powtórka oznacza ten sam scenariusz. Plan długofalowy zakłada destabilizację regionu i danie państwu żydowskiemu Lebensraum, by mogło zrealizować stare marzenia syjonistów o państwie od Nilu do Eufratu. Wchodzimy w jego drugą fazę. Ich krzykacze domagają się teraz Amerykańskiej interwencji. Czy im się uda? Obserwujcie uważnie…
Źródło: antiwar.com
Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl

Jeden komentarz