Od kilku lat do najczęściej wspominanych przez młodych Polaków problemów życiowych należy osławiony „kredyt”. Wśród tych spośród nich, którzy nie zamierzają emigrować na zmywak, powszechnie przyjęło się przekonanie, że nieuchronnie trzeba zaciągnąć kredyt hipoteczny na zakup mieszkania, bez którego niemożliwe jest ustabilizowanie sytuacji życiowej w stopniu umożliwiającym założenie rodziny. W młodszej części polskiego społeczeństwa kredyt uchodzi obecnie za naturalny i oczywisty etap w życiu („ty już masz kredyt, czy dopiero będziesz brał?”). Z niespodziewaną krytyką takiego myślenia wystąpił prof. Krzysztof Rybiński, ekonomista znany dotąd z głoszenia agresywnego lumpenliberalizmu i bycia doradcą PiS. Prof. Rybiński wskazuje:
Wielu młodych ludzi stara się dostać pracę w korporacji albo w urzędzie. Potem trochę popracują i wezmą kredyt na „własne” mieszkanie. Banki w Polsce udzieliły już ponad 350 mld zł kredytów na kupno nieruchomości, zatem taka ścieżka życiowa jest powszechna. Logika takiego postępowania jest dosyć prosta: mam stałą pracę, więc mam stały dochód, czyli będę w stanie spłacać kredyt. Obecnie, przy niskich stopach procentowych miesięczna rata kredytu rozłożonego na 30 lat jest nieznacznie większa od kosztów wynajmu. Zatem lepiej jest spłacać kredyt przez 30 lat, przynajmniej na koniec będę miał swoje mieszkanie, niż płacić za wynajem, bo po 30 latach płacenia nic nie będę miał. A poza tym mieszkanie to świetna lokata kapitału. Analitycy oczekują, że trend spadkowy cen mieszkań został zahamowany i że teraz będą drożały. To idealny moment, żeby wziąć kredyt.
Niestety, ten wywód jest błędny, a decyzja o kupnie mieszkania na kredyt w większości przypadków skończy się utratą możliwości bogacenia się i szybszego rozwoju zawodowego. Osoba zatrudniona w korporacji lub w urzędzie ma comiesięczny stały dochód, co jest dla niej naturalnym przedłużeniem młodości, bo wtedy miała stałe kieszonkowe od rodziców lub stypendium na uczelni. Dopóki nie ma kredytu, nie ma też ryzyka, że w danym miesiącu musi ponieść stratę, czyli mieć wydatki wyższe niż dochody z pracy. Ale gdy taka osoba weźmie kredyt, sytuacja się zmienia. Teraz ma co miesiąc obowiązkową kwotę do spłaty. Co więcej, ta kwota może ulec zmianie, gdy zmienią się warunki finansowe, na przykład kurs złotego do franka lub stopy procentowe. Ponieważ żyjemy w czasach, gdy świat jest przytłoczony nadmiernym zadłużeniem, można się spodziewać, że co jakiś czas będą się pojawiały kryzysy, które w przypadku Polski będą prowadziły do ucieczki kapitału portfelowego, recesji lub stagnacji, silnego spadku wartości złotego i wzrostu stóp procentowych oraz marż bankowych. Czyli raty kredytu będą o wiele wyższe niż obecnie. Jednocześnie w takich czasach korporacje będą zwalniały ludzi. Prawdopodobieństwo, że zestaw tych zdarzeń dotknie osobę, która wzięła kredyt na 30 lat, jest wysokie. A gdy bezrobotna osoba nie spłaca kredytu, może stracić mieszkanie. (…). Warto też pamiętać, że Polska wymiera, już w zeszłym roku ubyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a w ciągu 40 lat ubędzie ponad 6 milionów Polaków. W wymierającym kraju mieszkania będą raczej taniały niż drożały, poza nielicznymi dobrymi lokalizacjami. Zatem w długim terminie może się okazać, że to kiepska lokata kapitału. Pracownik na etacie z dużym kredytem mieszkaniowym staje się narażony na ryzyko strat, na które podatna jest także osoba prowadząca własną firmę, czyli w czasach dekoniunktury może ponosić małe straty co miesiąc lub jedną gigantyczną (utrata mieszkania). Ale przedsiębiorca może szybko zakończyć działalność przynoszącą straty, a kredyt mieszkaniowy trzeba spłacać.
Źródło: forsal.pl
Komentarz Redakcji: Choć prof. Rybiński kończy swoją wypowiedź zupełnie inną konkluzją, zaznaczmy, że istnieje tylko jeden realistyczny sposób rozwiązania problemu głodu mieszkaniowego wśród młodych Polaków, jeżeli mają oni jeszcze wydźwignąć nasz kraj ze stanu katastrofy demograficznej – a jest to sposób stricte etatystyczny: mieszkania budowane przez państwo, za które należność, nieobciążoną komercyjnymi odsetkami (jak w przypadku kredytu hipotecznego), nabywca będzie spłacał państwu w formie czynszu, uzyskując pełny tytuł własności z chwilą całkowitej spłaty określonej w umowie sprzedaży wartości mieszkania. Cena za mieszkanie byłaby w ten sposób znana z góry, nie zawyżona o łupieżczy zysk lichwiarza (stanowiący sto i więcej procent wysokości kredytu) oraz niezależna od wahań na rynku spekulacji walutowych. Rozwiązanie problemu głodu mieszkaniowego w Polsce wymaga więc zasadniczych przekształceń istniejącego w naszym państwie ładu ekonomicznego. Tym samym będzie niemożliwe, dopóki w Polsce nie dojdzie do władzy siła polityczna zdecydowana takich przekształceń dokonać. (A.D.)









12 komentarzy