Tomasz Wiśniewski: Ostatni bastion logiki sakralnej

W ostatnim czasie śmierć dotknęła przywódcę jednego z ostatnich państw świata nie poddanych jeszcze reżimowi demokratyczno-liberalnemu. Zwierzchnik Korei Kim Dzong Il opuścił posterunek na oczach wrogiego sobie świata, który nie zdobył się nawet na ułamek powściągliwości i całkiem bezwstydnie okazywał euforię z powodu tej śmierci. Jeszcze niedawno taką euforię mogliśmy ujrzeć w przypadku linczu na dyktatorach obalanych zbrojnymi metodami opłacanej dywersji, jeszcze pół roku wcześniej z honorami podejmowanych przez „przywódców” państw „wolnego” świata.

Śmierć Kim Dzong Ila wzbudza na świecie rozliczne kontrowersje, z których część przepłynęła również w wewnętrzne dyskusje środowisk mieniących się „antysystemowymi”. Głównym przedmiotem tej burzy w szklance wody, nieustannie obijającym się o cienkie ścianki tej ciasnej nory, jest przyświecająca koreańskiemu przywódcy i jego państwu ideologia komunizmu. Z powodów historycznych znaczna część tzw. prawicy również i dziś przejawia alergię na komunizm oraz jako pierwsza zgłasza się do jego zwalczania. Odejście jednego z ostatnich czerwonych satrapów, pamiętającego jeszcze czasy sprzed roku 1989, wzbudza ich spazmatyczną radość oraz łechce wciąż niewygasłą chęć dokonywania rozliczeń.

Moim zamierzeniem jest przede wszystkim naświetlenie pewnej pociągającej interpretacji owego koreańskiego „komunizmu”, zwłaszcza w relacji do opresyjnie nam panującego globalistycznego systemu. Wiąże się z tym odparcie pewnych argumentów rzucanych głupio przeciwko Korei, podczas gdy w rzeczywistości świadczą one na jej wielką korzyść. Nie mając wiedzy co do formalnej istoty ideologicznej substancji przyświecającej Korei, oprę się głównie na dobitnych i weryfikowalnych obserwacjach, na zjawiskowej stronie wydarzeń.

Zacznijmy od sposobu przekazywania władzy. Jeśli wszystko pójdzie wedle przewidywań i władzę obejmie Kim Dzong Un, to będzie on reprezentował już trzecie pokolenie swojego rodu. Wielu uważa takie funkcjonowanie koreańskiego systemu za faktyczną monarchię dziedziczną. Trzy pokolenia to jednak zbyt krótko na wypracowanie jasnych i stabilnych zasad sukcesji. A. Wielomski już chciałby widzieć w tym jakiś „legitymizm”, opierając się na samym przekazywaniu władzy w obrębie rodziny. Legitymizm to kwestia zupełnie innego rzędu. Prędzej powinniśmy mówić o istnieniu w Korei linearnej formy nepotyzmu czy rodzinnej autokracji. Na obecnym poziomie rozwoju sytuacji istotna jest też arbitralność przy wyznaczaniu następcy.

Pojęcie „legitymizmu” nie opisuje obiektywnie funkcjonującego w danym państwie sposobu przekazywania władzy. Legitymizm jest wykształconą w kontrrewolucyjnych polemikach doktryną charakteryzującą się posiadaniem wyznaczników prawowitości władzy w tradycji danego kraju. Podnosi je na skutek zburzenia domyślnego ładu przez konstruktywistyczną rewolucję i oponuje jej dokonaniom z pozycji zdecydowanej afirmacji właśnie wyartykułowanych kryteriów tradycyjnej prawowitości. Jakiegoś ustroju nie można określić jako ideologicznie „legitymistycznego” – kwestia pochodzenia i sprawowania danej władzy nie jest tu zasadniczą, ale jedną z wielu, a intencje samego legitymizmu mają naturę korygującą, doprecyzowującą czy weryfikacyjną.

Istnienie władzy osobowej i rodzinnej jest czynnikiem zdecydowanie pozytywnym. Niesiona na sowieckich karabinach rewolucja komunistyczna przywiodła Kimów do władzy w sposób analogiczny do germańskich ludów wydzierających sobie ziemie pod własne państwa na terenach dekadenckiego Rzymu a podążających tam będąc pchanymi przez huńską nawałę. Poszczególni wodzowie dziesiątkami lat wydzierali sobie władzę, w końcu stabilizacja jej obejmowania w ramach jednego rodu pozwoliła na sformułowanie mitów ją legitymizujących. Amalowie czy Merowingowie opierali swoje panowanie na podaniach głoszących wysokie pochodzenie ich rodów – i do pewnego czasu było to przekonujące. Po drugich z nich zostało również prawo salickie, obowiązujące w niektórych krajach romańskich bez mała półtora tysiąca lat. Na Merowingach gwałt uczynili Karolingowie, ale ich czyn został usprawiedliwiony i uzyskał legitymizację od samego papieża. Tak ufundowana monarchia francuska aż do końca XVIII wieku miała niekwestionowane prawo społeczno-politycznej egzystencji na własnych zasadach.

Nasze czasy w niczym nie są ani lepsze ani gorsze od wieków poprzednich. Tak jak wówczas tak i dziś w proch może rozpaść się dominujący system, na gruzach którego triumfujący likwidatorzy czy samozwańczy sukcesorzy będą toczyć bezlitosny bój o byt, swoją władzę wywodząc z zupełnie odmiennych źródeł. Pycha człowieka nowoczesnego – człowieka Zachodu – doprowadziła go do przekonania o „końcu historii”, że to jemu przypadło zadanie zakończenia bolesnych i nieprzyjemnych dziejów świata oraz wprowadzenia go w bezczasowy bezmiar szczęśliwości. Nic bardziej mylnego, co z pewnością już niedługo zemści się na zachodnich zgnuśnialcach, od których rytualnej eksterminacji żywotni przybysze z Trzeciego Świata z pewnością rozpoczną swój własny, nowy eon.

A więc prawa historii stoją zdecydowanie po stronie Kimów, których postępowanie miało w przeszłości liczne precedensy. Jeśli ów stabilizacyjny prąd sukcesji się utrzyma i doprowadzi do wytworzenia dynastii, powinniśmy być zadowoleni. Zadowoleni i pełni szacunku dla społeczności, która w dzisiejszych zracjonalizowanych i zdesakralizowanych czasach ma szansę na trwanie w rytmie autentycznej równowagi ciała i ducha.

Obrazki rozpaczających Koreańczyków można łatwo wpisać w opisywaną przez M. Eliadego umysłowość archaiczną. Człowiek archaiczny dobrze wie o niesamodzielności swojego bycia w świecie. Nie ma on tu żadnych zasług, lecz wszystko zawdzięcza „dobrym kontaktom” z siłami nadprzyrodzonymi. Obdarowawszy w czasach mitycznych świat istnieniem, samego dzieła Stworzenia dokonały one w sposób szczególny, naznaczając je wzorami, których powtarzanie – będące obowiązkiem człowieka archaicznego – ma za zadanie powstrzymać świat przed upadkiem. W przypadku Korei takim wydarzeniem początkowym byłaby rewolucja komunistyczna, która w miarę upływu czasu utraci swój wymiar historyczny i stanie się wzorcowym „onym czasem”, illud tempus, od którego wyrwania się z chaosu i nicości datuje się powstanie wszystkiego i jego sens.

Kolejni Kimowie uosabiają siłę podtrzymującą istnienie kosmosu (po chrześcijańsku: są najprawdziwszym Katechonem). Stale powtarzają zakodowane zachowania, są strażnikami pamięci o rewolucji i wykonawcami jej ideałów. Od ich opiekuńczej działalności zależy usensownienie koreańskiej ekumeny. Ich bogata w oprawę rotacja to dobitny przykład manifestacji mitu wiecznego powrotu opartego na życiowych cyklach kosmicznych. Wiecznym prezydentem, transcendentnym patronem koreańskiego kosmosu jest fundator ładu Kim Ir Sen. Kim Dzong Il dotychczas należycie wypełniał jego posłanie; należy mieć nadzieję, że tak samo będzie z Unem i że stanie się to regułą na przyszłe wieki. Jestem przekonany o ontologicznej wartości koreańskich wzorców ideologicznych. Dla nas zaś katechontyczność Kimów objawia się tym, że podtrzymują oni istnienie ostatniego chyba skrawka świata wolnego od inwazji dyskursu demokratyczno-liberalnego.

Śmierć Kim Dzong Ila wpędziła jego naród w zrozumiałą żałobę. Odeszła wcielona siła powstrzymująca rozpad wszechświata. Trzeba ją godnie pożegnać, stawić czoła wymaganiom chwili i zacząć wszystko od nowa. To obrót spraw równie naturalny jak cykliczne następstwo pór roku – nie może dziać się inaczej. Zakończenie cyklu przejawia się w płaczu, smutku i żalu, ale zaraz nastanie radość z powodu rozpoczęcia się nowego. Siła tych przekonań imponuje człowiekowi z zewnątrz. Można powiedzieć, iż to społeczeństwo koreańskie jest nienaruszoną przez okcydentalny racjonalizm ostoją umysłowości archaicznej; przemyślną do tego stopnia, że zorganizowaną w państwo skutecznie działające na zasadach współczesnej polityki.

Warto tu zwrócić uwagę na wyczerpujący zachodni racjonalizm aspekt marksizmu i komunizmu w ogóle – niezależnie od swoich założeń, w sferze politycznej praktyki i fenomenologii objawia i demaskuje on szaleństwa rozumu, obala go, i na nowo tworzy w ludzkiej świadomości miejsce dla mitów (uważany nieraz za prekursora postmodernizmu reakcjonista J. de Maistre z pewnością byłby rad z takiej autodekonstrukcji). Człowiek Zachodu ulega w tym miejscu konfuzji – nauczono go postrzegać komunizm jako ideologię świecką i materialistyczną. Zobaczy on tylko „kult jednostki” i polityczny totalitaryzm – etykietki na miarę jego intelektu. Oto kwintesencja okcydentalnego racjonalizmu – zapoznanie konieczności symbolicznej emanacji bytu i sacrum.

Komunizm koreański przejawia zapewne jakieś punkty wspólne wszystkim odmianom tej ideologii, a więc naprawdę jest świecki i materialistyczny. Co to jednak oznacza? Na pozór byłoby to zwłaszcza uznanie się za wyraz „naukowego ateizmu”, przez nas rozumiane jako zanegowanie duchowej strony życia. Z powyższych akapitów wynika jednak, że sfera mityczna i symboliczna jest silnie zakorzeniona w życiu człowieka orientalnego – przede wszystkim nie dokonał on pochopnego radykalnego rozdziału sacrum od profanum, a rzeczywistość pozostaje dla niego integralną całością. To zdesakralizowany świat Moderny widzi w tym komunizmie jakąś „świeckość”. Korea w rzeczywistości jest awangardowym bastionem Tradycji.

Nieważne jest przy tym obchodzenie się koreańskiego państwa ze wspólnotami religijnymi. Mówi się o prześladowaniach chrześcijan – dobrze, jest to więc uczciwa metoda postępowania. Komunizm wszak to odrębna religia i firmowanie go przez jakiegokolwiek chrześcijanina zahaczałoby o apostazję. Poza tym komunizm to religia szczególna, bardzo młoda i nieuformowana. Do pewnego momentu sytuowała się w horyzoncie duchowym człowieka Zachodu, kiedy została ufundowana na deformacji jego eschatologicznych nadziei. Wtedy należało postrzegać komunizm jako kolejną, daleką i radykalną herezję, walczącą o przyśpieszenie rozpadu eonu chrześcijaństwa i ustanowienie nowego. Prekursorem tamtej walki był liberalizm, racjonalizm, a komunizm – czyli wyidealizowana forma powszedniego socjalizmu – dokończył jego odczarowującego dzieła i ugruntował przejście do eonu postchrześcijańskiego.

Na obszarze Zachodu aberracje wojującego komunizmu doprowadziły w XX wieku do przejścia w postmodernizm. Liberalizm wpierw wprowadził rozdział ducha od materii; komunizm oparł się wyłącznie na materii, przyniosło to jednak mocno przesadne efekty; w postmodernizmie zatarto granicę między duchem a materią i uchylono się od wszelkich rozstrzygnięć w którym z nich spoczywa prawda. To całkowicie nowa historia i epoka myśli człowieka Zachodu.

Istniał jednak i istnieje nadal wielki obszar „peryferyjny” – a może transferowy – nie przynależący całkowicie do Zachodu, czyli Rosja. To w niej komunizm zatriumfował najpełniej i poniósł swoją robotniczą „ewangelię” do krajów Azji. To kultury rządzące się zupełnie innymi prawami niż europejskie, czego nie zdołała zmienić wąska w zasięgu i krótka w czasie osmoza. Komunizm utracił tutaj swój wymiar heretycki, był za to całkowicie nowym impulsem umysłowym. Komunizmy wschodnie, azjatyckie w XX wieku to szybko różnicujące się sekty analogiczne do tych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Nie wiadomo jeszcze, która z nich zatriumfuje i wywrze decydujący wpływ na oblicze tej nowej religii.

Dochodzimy do sedna tej religioznawczej sprawy. Komunizm azjatycki to całkowicie odrębny i nowy świat duchowy (tak, duchowy), integrujący treści pochodzące od jednej z europejskich doktryn politycznych z żywym, masowym i zdyscyplinowanym przeżywaniem sacrum. Formalny ateizm to obcy a tonujący egzaltację wtręt. Dodatkowo jest to cecha pomocna dla faktu, że komunizm azjatycki jest otwarty na ewangelizację (sic). Nie jest formacją heretycką, a więc nie posiada zdeformowanego pojęcia Objawienia. Posiada za to autentyczne treści duchowe, w których życie człowieka, zwłaszcza w jego aspekcie wspólnotowym, jest silnie przesycone poczuciem odpowiedzialności za losy świata. Świata rozumianego nie jako suma materii ożywionej i nieożywionej, ale jako natura objawiająca w swoim działaniu pierwiastki transcendentne. Która nie zdaje swojego istnienia na łaskę przypadku, ale pomaga w kształtowaniu woli doskonalącej życie człowieka i nie tylko jego.

Zejście się komunizmu i chrześcijaństwa w niedalekiej przyszłości byłoby podobne do wielkiego fermentu umysłowego późnej starożytności, kiedy to wśród pobudzonej religijnie ludności Imperium Rzymskiego niepowstrzymanie krążyły duchowe nauki rozmaitego pochodzenia: greckie, syryjskie, irańskie etc. – a wśród nich chrześcijaństwo. Ludziom ówczesnym wspólna była nowa wrażliwość, wyrosła w opozycji do rytualnego formalizmu i skostniałości starego pogaństwa. Ów nowy rodzaj wrażliwości uczynił umysły rzesz ludzkich otwartymi na przyjęcie Prawdy. Walkę z chrześcijaństwem przegrały rewitalizowane na sposób mistyczny filozofie greckie oraz bliskowschodnie kulty słońca – a Ojcowie Kościoła umieli rozpoznać i wybrać z nich to, co prawdziwe. Sposoby rozumowania tych „konkurentów” z powodzeniem zasiliły duchowe arsenały Kościoła.

Chodzi więc o to, że neutralny aksjologicznie, a życzliwy strukturalnie komunizm jest, dzięki swojemu niezanieczyszczeniu, obiecującym polem dla posiania chrześcijańskiego Słowa. Nie mając konkretnego a subiektywnego rozumienia spraw transcendentnych jest on czysty i podatny na konfrontację całościowych wizji kosmologicznych i antropologicznych. Nie ma wyartykułowanej swojej wizji tych spraw – a więc nie może przeciwstawić temu swoich wyobrażeń; może tylko przyjąć nasze. Filozoficzna i teologiczna argumentacja wyjaśniająca funkcjonowanie spraw doczesnych nie znajdzie w komunizmie paradygmatycznego odpowiednika, lecz sama wpłynie na jego ukształtowanie. Formalny ateizm to grunt znacznie lepszy niż genetyczna heretyckość, poczuwająca się do bycia interpretacją przynajmniej uprawnioną.

Dodam, że chciałbym uważać niedawną i obecną karierę Korei jako analogiczną do powstania rzymskiego dominatu, torującego drogę epoce konstantyniańskiej. Rzymscy cesarze byli ubóstwiani i posiadali tytuł Pontifexa Maximusa. A jednak doprowadziło to do Konstantyna, powstania Państwa Kościelnego i przejścia owego tytułu na papieży. Po drodze był oczywiście Julian oraz herezje… ale historia dopiero się zaczyna, będzie jeszcze wiele takich zmian.

Wracając jeszcze do pochówku Kim Dzong Ila. Ujęcia z zachowaniami Koreańczyków najpełniej i najgłębiej wyrażają religijny charakter panowania Kimów. Co każdy musi przyznać, oglądając te filmy: to nie jest zjawisko polityczne, to jest zjawisko religijne (jak w swoim czasie rumuńska Żelazna Gwardia, tak na marginesie). W świecie Zachodu reakcje w analogicznych sprawach nawet przy swoim zewnętrznym podobieństwie byłyby mocno racjonalizowane. W ciągu ostatnich paru lat mieliśmy do czynienia ze zbliżonymi sytuacjami w Polsce. W tym kraju żałoba po śmierci JŚw. bł. Jana Pawła II oraz po smoleńskim wypadku rządowego samolotu Republiki Okrągłego Stołu przybrała formy poważnej masowej histerii. Było to podsycane przez media, usiłowało przekształcać się w konteksty społeczne i polityczne. Wszystkie te zachowania uznawano i uznaje się też dziś za normalne i usprawiedliwione; całkiem poważnie i oficjalnie się z nimi solidaryzowano. Ludzie ci – przeważnie zoologiczni antykomuniści, a raczej bezpłodne koncepcyjnie sieroty po opozycji wobec dawnego systemu – nabijają się dziś z żałoby Koreańczyków, dokładając tylko swoje „współczucie” z powodu „prania mózgów” przez propagandę totalitarnej dyktatury.

Dzisiaj Korea pozostaje jedną z niewielu nadziei, być może najbardziej obiecującą z nich. Nowemu Światowemu Porządkowi sprzeciwia się coraz mniej państw – obwieszone złotem macki Wielkiego Szatana wciskają się coraz głębiej pomiędzy bloki antyjankeskiej opoki i ją rozrywają. Nasi sojusznicy nie są idealni – uwikłanie islamu czy greckiej schizmy w spory przeciwko Prawdzie jest wiadome. Jednak tylko jeden z nich, Korea, w swoim negatywizmie zdołał zbliżyć się niemal do samej czystej nicości, gotowej na miłosne objęcie przez Absolut. Niech tylko Kim Dzong Un i jego Koreańczycy uporają się z okupacją południowej części swojego kraju, a ujrzymy wówczas zjednoczony naród gotowy do bycia być może lepszym sługą Prawdy niż wszystkie inne dotychczas. Ich żółta solidność i inteligencja z pewnością dorównuje żydowskiej.

W epoce demokratyczno-liberalnej Apokalipsy, gdy na naszych oczach władze obala się w imię panowania McDonald’s oraz „wolności” oznaczającej zaspokojenie chuci brzucha i lędźwi, na poparcie zasługuje każdy przywódca sprzeciwiający się tym demoralizującym praktykom: Putin, Chávez czy Ahmadineżad, a nade wszystko Kimowie.

Już czas, aby rewolucje przysłużyły się właściwej stronie.


Tomasz Wiśniewski

8 komentarzy

Leave a Reply