Polska: Wolny rynek zbydlęcenia

Dziennikarz gospodarczy Rafał Woś w obszernym artykule opisuje, jak „wolny rynek kolonizuje sektor publiczny w Polsce”, jak destruktywny wpływ wywiera kultura gospodarcza liberalizmu na ten ostatni, a także na więzi społeczne i mentalność Polaków. Oto fragmenty artykułu:

W bardzo podobnym kierunku idą najnowsze publikacje anarchizującego antropologa z LSE Davida Graebera, który dowodzi na przykład tego, że klasy lepiej sytuowane są po prostu… gorsze. Mniej empatyczne (co podpiera badaniami) i niegotowe, by dostrzec cokolwiek poza swoim własnym interesem. To dlatego tak bardzo zwalczają solidarność społeczną. Bo jej nie rozumieją i nie jest im ona do niczego potrzebna. W końcu wszystko, czego potrzebują, mogą mieć za pieniądze (które mają).

W Polsce tak ostre wystąpienia wymierzone w klasowe status quo ciągle należą do rzadkości. Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Takiego zdania jest psycholog Michał Bilewicz z Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się właśnie problemem dehumanizacji. Bilewicz przeprowadził niedawno następujący eksperyment. Rozdał grupie badanych opis wypadku drogowego. Teksty różniły się jednym szczegółem. W jednej wersji jego ofiara została opisana jako robotnik pracujący na budowie, a drugą był biznesmen, członek rady nadzorczej. Wynik był zaskakujący. Okazało się, że badani w naturalny sposób zakładali, że rodzina biznesmena dużo głębiej będzie przeżywała stratę niż bliscy robotnika. Dla psychologa to był wyraźny przejaw dehumanizacji. – I dowód, że dehumanizacja ma również wyraźny wymiar klasowy – mówi Bilewicz.

Jego spostrzeżenia można jeszcze uzupełnić najnowszymi badaniami Greka Tilemachosa Iatridisa, które pokazują, że dehumanizacja działa zazwyczaj w jedną stronę. To znaczy, że biedni nie odmawiają bogatym pełni człowieczeństwa (przeżywania uczuć wyższego rzędu, jak miłość, melancholia czy nostalgia). Natomiast odwrotnie to już jak najbardziej. A dlaczego klasy wyższe dehumanizują te niższe? – To nie jest wcale przejaw ich złej woli. Raczej coś w rodzaju reakcji obronnej. Im bardziej mamy wobec kogoś poczucie winy lub kogoś krzywdzimy, tym silniej mechanizmy dehumanizacyjne starają się przywrócić nam dobre samopoczucie. Że przecież nic się nie stało, bo „tamci” nie czują tego tak mocno – tłumaczy Bilewicz.

(…)

Jarosław Urbański za kluczowy moment uznaje uchwalenie (w 2003 r.) ustawy o zatrudnieniu pracowników tymczasowych. To miało być remedium na plagę dochodzącego do 20 proc. bezrobocia, które zaczęło nękać Polskę na przełomie wieków. Ustawa – jak na ironię stworzona przez określający się jako lewicowy rząd Leszka Millera – otworzyła jednak pierwszą furtkę do psucia polskiego rynku pracy, z którego skutkami zmagamy się dziś. Zdaniem Urbańskiego stały się symbolem zmian instytucjonalnych na polskim rynku pracy. I chodziło nie tylko o upowszechnienie się zjawiska pracy tymczasowej, a więc z założenia niepewnej i chwilowej (w 2004 r. agencje pośredniczyły w zatrudnieniu 266,5 tys. osób, w 2008 było ich już 842 tys. Dziś w agencjach zarejestrowanych jest 1,8 mln osób).

Lecz również o to, że stworzona została „rezerwowa armia bezrobotnych”, której podstawowym celem jest zbijanie kosztów siły roboczej do poziomu najniższego z możliwych. Lansowanie wzorca pracownika elastycznego, osamotnionego i dyspozycyjnego. Żyjącego w ciągłym przeświadczeniu, że na jego miejsce czyha 10 innych chętnych. Jeszcze tańszych i bardziej dyspozycyjnych. Ta rezerwowa armia w naturalny sposób zaczęła naciskać na cały rynek pracy. Również na państwowe instytucje, którym w międzyczasie kazano zwiększać swoją konkurencyjność. W ten sposób polski rynek pracy zaczął się ostatecznie psuć.

Tekst w całości można przeczytać pod adresem:

http://forsal.pl/artykuly/831030,wolny-rynek-kolonizuje-sektor-publiczny-w-polsce.html

(A.D.)

capitalism

16 komentarzy

Leave a Reply