8 listopada w Warszawie środowisko tzw. kawiorowej lewicy oraz „antify” zorganizowało „marsz antynacjonalistyczny”. Mimo szerokiego rozpropagowania w mediach głównego nurtu oraz buńczucznych zapowiedzi, na marszu wyruszającym spod Uniwersytetu Warszawskiego stawiło się raptem kilkaset osób.
Przed rozpoczęciem pochodu doszło do ciekawego i znamiennego incydentu: grupa osób związanych ze środowiskiem „Komunistycznej Młodzieży Polski” (która stawiła się na marszu z flagami organizacyjnymi z symboliką komunistyczną, a także flagą Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i flagą z wizerunkiem Lenina) została zaatakowana przez innych uczestników marszu. Członkowie „antify” oraz (jak wynika z materiału wideo) wmieszani między nich działacze… warszawskiej „Młodzieży Wszechpolskiej”, ramię w ramię brutalnie napadli jedną z komunistycznych aktywistek, bijąc ją i wyrywając jej trzymaną flagę, a także poprosili o interwencję ochraniających marsz policjantów, mówiąc między innymi: „(…) takie symbole są zakazane… Zakazane jest propagowanie komunizmu.”, „(…) te symbole są na równi ze swastyką” oraz „(…) chcę żebyś poszła siedzieć za propagowanie symboli totalitarnych”.
Jak poinformowała na swej stronie „Komunistyczna Młodzież Polski”, obecni podczas incydentu działacze zostali zatrzymani. Jak powiedział PAP rzecznik komendanta stołecznego policji Mariusz Mrozek, wobec trzech osób dodatkowo będą wszczynane czynności w kierunku propagowania ustroju totalitarnego.
W efekcie na „marszu antyfaszystów” nie było symboliki komunistycznej, gościło za to „queer kommando” (sic!) zboczeńców z różowo-czarnymi flagami oraz bannerem o kuriozalnej treści.
Na podst. inf. własnych
Komentarz Redakcji: Szczery i żarliwy „antykomunizm” zaprezentowany przez działaczy „antify” i innych bojowników „queer kommando” wskazuje jednoznacznie, że utożsamiają się oni w pełni z liberalnym systemem, chcąc jedynie pogłębienia jego immanentnych cech w tzw. sferze obyczajowej. Przepaść pomiędzy liberalną, postmodernistyczną lewicą a tradycyjną „lewicą autorytarną” jest oczywista, podobnie jak ta pomiędzy liberalną, postmodernistyczną prawicą a środowiskami rewolucji konserwatywnej. Mająca swe podstawy w filozofii Karla Poppera narracja anty-totalitarna, której wyrazem w polskim prawodawstwie jest artykuł 256 kodeksu karnego (z którego karze się „ekstremistów” tak z lewa jak i z prawa), jest jednym z fundamentów liberalnej demokracji. Oczywiście, po bezprecedensowym globalnym zwycięstwie liberalizmu, w XXI wieku nie ma już i nie może być ani komunizmu (i komunistów), ani faszyzmu (i faszystów), a próby bezpośredniego odwoływania się do tych teorii politycznych zawsze będą nosiły znamiona nie „totalitarnej groźby”, a teatralnej farsy. Podobnie uzasadnianie swej działalności jedynie „antykomunizmem” czy „antyfaszyzmem” jest w istocie działaniem na rzecz liberalnego ustroju i jego (odpowiednio) prawego lub lewego skrzydła. Tymczasem mieszanką śmiertelną dla liberalizmu w każdej jego formie, wypróbowaną przez niezliczone ruchy narodowowyzwoleńcze, jest synteza interwencjonizmu państwowego w ekonomię i rozbudowanego systemu socjalnego (komponent „lewicowy”) z silnym zakorzenieniem w narodowej i etnicznej tożsamości oraz kulturowym tradycjonalizmem (komponent „prawicowy”).









10 komentarzy