„Potrzebujemy 140 tysięcy imigrantów. I to co roku!” – Gazeta Wyborcza
W zalewie pobieżnych i tendencyjnych opinii, w zgiełku mediów głównego nurtu, wśród szpiegowskich paranoi i wojennej histerii, w cieniu wydumanej a wyczekiwanej przez niektórych „wojny z Rosją” – w zasadzie niezauważona pozostaje szara rzeczywistość i twarde fakty związane z teraźniejszym kształtem Państwa Polskiego. Taki stan rzeczy nie jest przypadkiem, a zamierzoną strategią obliczoną na konkretne cele, z których najważniejszym jest masowy, cichy napływ imigrantów ze Wschodu, zwłaszcza z zachodniej Ukrainy, do Polski.
Jednogłos systemu – propaganda i przemilczenia
Od początku obecnego kryzysu państwa ukraińskiego, to jest wraz z początkiem wystąpień na tzw. Euromajdanie w Kijowie, uderza zaskakująca jednomyślność wszystkich postsolidarnościowych partii głównego nurtu – zarówno rządzących, jak i opozycyjnych. Natychmiast porzuciły one pozory sztucznie rozdmuchiwanych konfliktów pomiędzy sobą i zaczęły prześcigać się w przeciąganiu Ukrainy do bloku państw zachodnich, nie cofając się przy tym przed największymi manipulacjami i podłościami (z których wymienić warto skandaliczne wystąpienie prezesa partii opozycyjnej u boku epigonów banderyzmu, oraz dwuznaczną rolę odegraną przez polskiego ministra spraw zagranicznych w faktycznym zamachu stanu dokonanym w Kijowie). Myliłby się jednak ten, kto ów chór – z osobliwie podobnie brzmiącymi solistami z „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej” – wziąłby za wyraz „polskiej racji stanu”, „interesu narodowego”, czy też po prostu głos zdrowego rozsądku. Błąd ten popełnił szereg ugrupowań pozasystemowych – zarówno prawicowych, lewicowych jak i „trzeciopozycyjnych”, przy okazji skutecznie falsyfikując twierdzenia o swojej rzekomej antysystemowości. Demoliberalny system, dewastujący Polskę od 25 lat, udowodnił już bowiem nie raz, że wokół spraw przesądzających o jego przetrwaniu – i poparciu ze strony swych zagranicznych mocodawców – jest w stanie przyjmować postać wręcz monolityczną. Tak było w roku 1997, gdy przeforsowano wstąpienie Polski do NATO, tak było w 2004 gdy wepchnięto nas do Unii Europejskiej. Rok 2014 niczym się pod tym względem nie różni. Znów umiejętnie rozegrano polskie słabości i resentymenty, grając na patriotycznych uczuciach w rytm przebrzmiałej, antyrosyjskiej melodyjki. Polskę przedstawiono jako „adwokata Ukrainy”, a jak najszybszą akcesję tego kraju do Unii Europejskiej utożsamiono z naszym interesem narodowym. Jest to oczywiście propagandowe kłamstwo, tak jak kłamstwami były rzekome korzyści z członkostwa w NATO i UE. Służy ono zamaskowaniu prawdziwego, przemilczanego celu tych działań, znów stanowiącego o „być albo nie być” systemu.
Spóźniony trend – armia rezerwowa kapitału
Odsuwając na bok rozważania czysto ideologiczne, warto poświęcić uwagę analizie dominującego w Republice Okrągłego Stołu makro-trendu ekonomicznego i demograficznego (czyli dotyczącego „bazy”). Ujmując rzecz syntetycznie i w przybliżeniu: szokowe i błyskawiczne rozgrabienie gospodarki („prywatyzacja”), głównie przez podmioty zagraniczne, wytworzyło próżnię socjoekonomiczną, skutkującą zahamowaniem wzrostu demograficznego w warunkach rzeczywistej pauperyzacji społeczeństwa, przykrytej pozłotką popkultury, marketingu i konsumpcjonizmu. Dezintegracja środków produkcji stanowi o dominacji „sektora usług”, gdzie jedyną cechą konkurencyjną naszego kraju jest w zasadzie nieograniczona dostępność tanich w zatrudnieniu i nisko opłacanych, niewykwalifikowanych (bo niezatrudnionych w swych wyuczonych zawodach lub posiadających niepraktyczne wykształcenie) wyrobników. Rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami płacowymi młodego Polaka kończącego studia a rzeczywistami ofertami rynku pracy – zdominowanego przez różnorakie „call centers”, obsługującymi zagraniczne korporacje – jest ogromny. Niezadowolenie to nie przełożyło się jednak bynajmniej na bunt (a przynajmniej nie ten artykułowany w kategoriach politycznych), lecz stało się motorem drugiej fazy omawianego makrotrendu: masowej emigracji. Związana jest ona z optymalizacją (raczej homeostatyczną niż bezpośrednio sterowaną) globalnej gospodarki, w której krajowi pracownicy są chętnie i masowo zastępowani przez imigrantów – jako tańszych i mniej roszczeniowych, a przy okazji umożliwiających rozgrywanie społeczeństw podług zasady „dziel i rządź”. Jest to dokładnie ta sytuacja, której od kilkudziesięciu lat doświadczają państwa Europy Zachodniej, szczegółowo i błyskotliwie opisana przez francuskiego myśliciela narodowo-rewolucyjnego, Alaina de Benoist, w eseju „Imigracja – armia rezerwowa kapitału”. W kraju, który doświadczył zahamowania wzrostu demograficznego a następnie masowej emigracji znacznej części obywateli w wieku produkcyjnym, powstała próżnia zostanie niechybnie wypełniona przez „armię rezerwową” – masową imigrację z krajów świeżo zdewastowanych przez globalizm, które przekonano do „otwarcia granic”. Dla Polski źródłem takiej masowej imigracji nie będą oczywiście państwa arabskie czy afrykańskie (jak przypuszczają co bardziej ociężali umysłowo), lecz Ukraina (a także Białoruś i Rosja, jeśli Zachodowi uda się je zdewastować politycznie i ekonomicznie) błyskawicznie zmierzająca w kierunku modelu „państwa upadłego”. Imigracja ta jest niezbędna z punktu widzenia kapitalistycznego systemu w lokalnej odmianie, ponieważ zapewni stały dopływ wspomnianych wyrobników – jeszcze tańszych i mniej żądających, zapobiegając gwałtowniejszym wstrząsom możliwym w sytuacji ich niedoboru lub zorganizowanego oporu.
Psychologiczne kondycjonowanie – fałszywy patriotyzm a niemożność buntu
Należy zwrócić uwagę, że również w sferze „nadbudowy” – czyli ideologii i retoryki politycznej głównego nurtu, obowiazujących od 25 lat – Polska jest doskonale przygotowana na rolę ofiary „rezerwowej armii kapitału”. Wykorzystując resentymenty i resztki narodowej dumy, wbrew logice, za to głośno, jako przyczynę zagmatwanej sytuacji w regionie wskazuje się nie jej rzeczywistych autorów – Brukselę, Berlin i Waszyngton – a Rosję. Absurdalny w obecnych realiach antykomunizm wykorzystywany jest do tłumienia zasadnych postaw i postulatów antykapitalistycznych. Tym samym indukuje się toporny ciąg skojarzeń prowadzący do wniosku, że masowo napływający do Polski Ukraińcy to ofiary nie posługującego się socjoekonomicznym ciśnieniem globalistycznego trendu (a także własnego zaślepienia i parcia głośnej mniejszości w objęcia Zachodu), a rzekomej rosyjskiej agresji. Tlące się uczucia narodowe Polaków ma mile łechtać fakt, iż po raz kolejny (po osławionych „czeczeńskich uchodźcach”) okazujemy się azylem dla „ofiar kacapów”. Wojowniczy resentyment ma oczywiście uniemożliwić pytanie o kwestie ekonomiczne i demograficzne, będące podstawą egzystencji narodu. Tym fałszywym, płytkim i hałaśliwym patriotyzmem posługuje się zarówno prawa jak i lewa strona demoliberalnego systemu, zaś ultra-liberalne poglądy popularne wśród części młodych Polaków skutecznie uniemożliwiają im myślenie w kategoriach obrony dobra wspólnego (bo to „socjalizm”, „kolektywizm” i „totalitaryzm”). Ich w zupełności zadowoli retoryka mówiąca, że „dzięki imigrantom polscy przedsiębiorcy osiągają większe zyski”, nawet jeśli frazę taką usłyszą w radiu zmywając naczynia w knajpie gdzieś na West Endzie. Demoliberalny system osiąga swój cel: jego podstawy pozostają nienaruszone i dobrze bronione, i to z wykorzystaniem uczuć, które pokierowane racjonalnymi podstawami okazałyby się zgubne dla niego samego. Odpowiedzią może być tylko całkowite odrzucenie postsolidarnościowego paradygmatu w każdym aspekcie i totalna krytyka „Republiki Okrągłego Stołu”, z twardym i bezkompromisowym wskazaniem na wspomniane socjoekonomiczne podstawy.
Ukraińska imigracja – skala problemu
Jak wynika z szacunków medialnych (zapewne zaniżonych, a będących uwerturą dla bezpiecznego nagłośnienia tematu w myśl powyższego schematu), potencjał emigracyjny Ukrainy to 2,5 miliona osób. Z kolei według informacji podanych w listopadzie przez Eurostat, liczba wydanych obcokrajowcom pozwoleń na pracę w Polsce była w roku 2013 największa w całej UE. Dla części imigrujących Ukraińców Polska stanie się tylko krajem tranzytowym, ale prawdopodobnie większość wybierze językowe i kulturowe pokrewieństwo wraz z zarobkami z ich perspektywy godnymi pożądania. Napływ ten, choć liczony w setkach tysięcy, na razie pozostaje niezauważony przez większość społeczeństwa: sprowadzani do Polski Ukraińcy zatrudniani są głównie przez agencje pracy tymczasowej, wchodząc jako zwarte grupy do niskopłatnych prac o dużej rotacji kadr, nie są również widoczni w życiu publicznym (nie licząc nie nagłaśnianych przez media głównego nurtu incydentów, jak sfotografowanie się z flagą UPA przez „studentów” jednej z przemyskich uczelni). Nie należy zapominać, że w swej masie zachodni Ukraińcy (którzy jako biedniejsi i tradycyjnie antyrosyjscy wybiorą Polskę jako pierwszy cel swej emigracji) stanowią grupę narodowościową ukształtowaną przez zasadniczo antypolsko zorientowaną politykę historyczną, a mieszanka zrozumiałej frustracji i wpojonych resentymentów (poczucia krzywdy, ale też przekonania, że brutalna zemsta jest możliwa) skutecznie uniemożliwi jakąkolwiek asymilację czy choćby pokojowe i spokojne współżycie. Warto bowiem pamiętać, że życie społeczne na Ukrainie już od dawna cechuje się znacznie większą brutalizacją niż jego niemrawy polski odpowiednik. Ponadto młodzi Ukraińcy, którzy liczebnie dominują w imigracyjnej fali, w dużej części są poddani wpływom propagandy neobanderowskiej ze strony ugrupowań takich jak Prawy Sektor czy Swoboda, które tradycje banderowskiej kolaboracji z ośrodkami zachodnimi kontynuują poprzez branie pieniędzy od organizacji kontrolowanych przez Departament Stanu USA, czy też postulowanie otwarcia granic i wstąpienia do UE oraz NATO. Można się spodziewać, że z powodu chęci sprowadzenia jak największej liczby imigrantów w jak najkrótszym czasie, ewentualne przypadki narastania sytuacji konfliktowych będą nadal wyciszane.
Za tożsamością – przeciwko kapitalizmowi, imigrantom i emigracji
Odpowiedzią ze strony polskich środowisk tożsamościowych (to znaczy tych, które akurat nie będą zajęte tak priorytetowymi celami jak „preczowanie z komuną”) powinno być rozwinięcie i prowadzenie zdecydowanej retoryki antyimigracyjnej, skupiającej się jednak nie tylko na skutkach („obcy zabierają nam pracę”) ale przede wszystkim na przyczynach tego stanu rzeczy, bez uciekania się do prymitywnych, etnicznych uprzedzeń. Należy wskazywać na procesy, które w pierwszej kolejności „zrobiły w Polsce miejsce” dla masowej imigracji, a także te, które doprowadziły do upadku państwa ukraińskiego. W miarę możliwości powinno się promować wśród przebywających w Polsce Ukraińców nieszowinistyczne poglądy antyoligarchiczne i antyliberalne, oraz wszelkimi sposobami zachęcać ich do powrotu do własnego kraju (w jakiejkolwiek okrojonej wersji by się on nie ukonstytuował) oraz wskazywać, że z powodu globalistycznego dyktatu liberalnego cierpią wszystkie narody europejskie, zaś największym ciosem zadanym wspólnemu przeciwnikowi będzie kładzenie podwalin antykapitalistycznego ładu i dobrobytu we własnych krajach. Ogromnym krokiem naprzód byłoby powstanie wyłamujących się z postsolidarnościowego dyskursu i niezależnych od układów z wielkim kapitałem partii politycznej i związku zawodowego (zainteresowanego walką o prawa pracownicze większości nie posiadającej swej reprezentacji związkowej, a nie werbalną walką z Putinem), które podjęłyby problem odpływu Polaków i napływu na ich miejsce imigrantów. Przedostatnim stadium tak prowadzonej polityki (przed uzyskaniem bezpośredniego wpływu na stan rzeczy) powinno być koordynowanie wysiłków: antyimigracyjnych w krajach-biorcach oraz antyemigracyjnych w krajach-dawcach. Właściwie ukierunkowane uczucia patriotyczne, promowanie i wykonywanie żmudnej pracy dla państwa i ojczyzny, wreszcie silna, antyliberalna podbudowa ideowa powinny położyć podwaliny pod nową Polskę, której pierwszym zwycięstwem będzie to, że Polacy będą chcieli w niej żyć.
Patryk Łomień
7 komentarzy