Siódmego stycznia doszło do perfidnego, odrażającego aktu terroru. Samochód pułapka wybuchł w tłumie na zatłoczonym placu w Sanie, stolicy Jemenu. Zginęło trzydzieści osób dwa razy tyle zostało rannych. Ofiarami byli mężczyźni chcący wstąpić do policji, studenci pobliskiej uczelni i zwykli przechodnie. Za atakiem stoi najprawdopodobniej Al-Kaida Półwyspu Arabskiego. Jednak w Polsce i Europie nie usłyszymy o tej tragedii i rozerwanych na pół umierających. Dzieje się tak, ponieważ wszyscy będziemy zbyt zajęci „byciem Francuzami.”
Wszyscy byliśmy już Amerykanami, kiedy zawalały się dwie wieże World Trade Center, byliśmy Hiszpanami po zamachach na pociągi w Madrycie, a nawet Norwegami opłakującymi efekty działania „obrońcy białej Europy.” Zawsze, kiedy dochodzi do podobnej tragedii, media i politycy wmawiają nam bajki o solidarności i współczuciu. Nigdy nie „jesteśmy” jednak Palestyńczykami ginącymi od bomb z białym fosforem i kul „przyczółka cywilizacji zachodniej na Bliskim Wschodzie”. Nie jesteśmy palonymi żywcem demonstrantami z Odessy. Nie jesteśmy Syryjczykami czy Irakijczykami – któż by ich zliczył. Nie warto nawet wspominać o śmierci w tych krajach, jeśli jednorazowo nie zginie co najmniej pięćdziesiąt osób. Co prawda media dostrzegły przed kilkoma tygodniami tragedię w Peszawarze, gdzie pakistańscy talibowie zamordowali ponad 130 osób, głównie dzieci, ale Internet i prasa szybko przeszły do tematów naprawdę ważnych: plotek z życia aktorów i piosenkarek, wieszczenia rychłego upadku Rosji i tym podobnych opowieści, które tak lubi publika. Oto mamy kolejną okazję do solidaryzowania się z białymi mieszkańcami krajów zachodnich.
Tym razem dostarczyli jej nieznani sprawcy, choć już kilka godzin po ataku mówi się o „Państwie Islamskim”. Czterech mężczyzn z automatami odwiedziło paryską redakcję pisma „Charlie Hebdo” zabijając co najmniej 12 osób – głównie pracowników tygodnika. Powodem miały być opublikowane w piśmie karykatury samozwańczego „kalifa” znanego obecnie jako Abu Bakr al Bagdadi. Kim byli ludzie, z którymi będziemy się solidaryzować i opłakiwać ich śmierć, owi męczennicy wolności słowa, demokracji, pluralizmu, wolności i innych fetyszy czczonych przez zachodnią cywilizację? Pobieżny przegląd okładek pisma i zamieszczanych w nim rysunków dostarcza krótkiej odpowiedzi: prymitywami lżącymi resztki wartości pozostałych we Francji. Finansowane przez oligarchów polityczne striptizerki z Femenu były dla nich bohaterkami. Muzułmanie – bandą prymitywnych i – o zgrozo! – brodatych barbarzyńców. Kościół i księża – zakłamanymi zboczeńcami. Jak 90% Francuzów redaktorzy wyśmiewali nieudolnego prezydenta Hollande, lecz nie tak radykalnie jak dopasowaną do wszelkich reguł liberalnej demokracji Marine Le Pen, którą „Charlie Hebdo” rytualnie porównywało do Hitlera, czy poczciwego komika-antysyjonistę Dieudonne’a, którego nawet mieszane pochodzenie nie chroni przed wściekłością policji poprawności politycznej. Zaryzykować można twierdzenie, że rysunki satyryczne z „Nie” Jerzego Urbana są nie tylko zabawniejsze, ale i bardziej taktowne i stonowane.
Oczywiście, zbrodnia pozostaje zbrodnią. Choćby dlatego, że gdyby każdy przypadek chamstwa był karany śmiercią, ciężar nakładany przez Homo sapiens dawno już przestałby przygniatać ziemię. Nie ma jednak najmniejszego sensu robić z zabitych męczenników za jakiekolwiek wartości (jednak ich „świecka kanonizacja” wydaje się nieunikniona). Równie dobrze można by zmuszać się do łez, gdyby podobne nieszczęście dotknęło redakcje szmatławców liberalnych, w rodzaju wspomnianego „Nie” i „Gazety Wyborczej”, czy szmatławców adresowanych do odbiorców prawicowych, czy katolickich, w rodzaju „Gazety Polskiej” i „Fronda.pl”. Zresztą od dawna wiadomo, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
O wiele ważniejsi od ofiar są w omawianym wypadku sprawcy. Nieświadomie (?) wpisali się w narrację propagowaną przez swoje cele. Wydarzenia z Paryża to woda na młyn tych wszystkich, którzy wzywają do rozprawy z muzułmanami i bombardowania z powietrza wszystkiego co się rusza, wyznaje islam i mówi po arabsku. Zrobili wspaniały prezent wszystkim, którzy gardłują za kolejnymi interwencjami na Bliskim Wschodzie. Żądni krwi „wszyscy będący Francuzami” nie będą przecież patrzeć, czy bomby lecą na „Państwo Islamskie”, Iran ajatollahów, którego nauczono ich nienawidzić, czy armie świeckich i nacjonalistycznych rządów. Może nawet usłyszymy kolejne bajki niskiego sortu o broni masowego rażenia i sponsorowaniu terroryzmu, tak jak przed inwazją na Irak. Wtedy zadziałało. Zyskają ci sami, co zawsze – syjoniści, którzy znów przedstawią się, jako reprezentanci demokracji i zapora broniąca biednych, lichych i miękkich Europejczyków przed islamem.
Warto poruszyć jeszcze jeden wątek. Nie tylko redaktorzy „Charlie Hebdo” stworzyli warunki do ataku. Odpowiadają za nie także władze Francji. Hollande, a wcześniej Sarkozy tolerowali wahabickich fanatyków. Zadanie mieli ułatwione. Polityka ich poprzedników sprowadziła do Francji „rezerwową armię kapitału”, której kolejne pokolenia nie widząc dla siebie perspektyw zwróciły się ku wynaturzonemu wahabickiemu radykalizmowi. Rezydenci Pałacu Elizejskiego zbroili ich, pozwalali im się szkolić w państwach sojuszniczych. Współpraca szła doskonale. Udało się obalić Kaddafiego i zamienić kwitnącą niegdyś Libię w chaos i pogorzelisko. Teraz Francja czeka kto wywalczy sobie kontrolę nad terenami roponośnymi, by namaścić zwycięzców na „prawowite władze” i podpisać kontrakt na eksploatację „czarnego złota”. W Syrii też miało się udać. Teraz francuski prezydent może zrobić głupią minę (jest to jedyna rzecz, która wychodzi mu doskonale) i publicznie pytać dlaczego wyhodowany przez niego wściekły pies ugryzł go w rękę.
Czy można podsumować jednym słowem całą opisaną powyżej menażerię? Podziurawionych kulami paszkwilantów, wahabickich terrorystów, politycznych karłów będących we własnym mniemaniu mężami stanu, islamofobów, którzy wkrótce zaczną z zemsty atakować w większości spokojnych i nieszkodliwych ludzi i „wszystkie będące Francuzami” beksy, które będą nas raczyć lamentami nad ginącą wolnością słowa? Najodpowiedniejsze byłoby chyba określenie „frajerzy.” Jedni skończyli, inni dopiero zaczynają.

12 komentarzy