Polska: Schizofrenia brania kredytów

Od Redakcji: Dawniej długi były synonimem kłopotów finansowych i życiowych. Obecnie są synonimem bogactwa, przynależności do elity, spełnionych marzeń. Jak doszło do tak absurdalnego odwrócenia pojęć, wyjaśnia publicysta „Dziennika Gazety Prawnej” Rafał Drzewiecki w artykule, którego fragmenty polecamy uwadze Czytelników.

Kiedyś gniło się za niego w więzieniu, dziś wynosi na salony. Kiedyś był dowodem nieporadności, dziś zaradności. Dług – świadectwo moralności nowych czasów.

Cała światowa gospodarka zależy od konsumenta. Jeśli przestanie on kiedyś wydawać pieniądze, których nie ma, na rzeczy, których nie potrzebuje, będzie po nas – kpi William Bonner, amerykański autor książek ekonomicznych, założyciel największego w USA wydawnictwa konsumenckiego Agora Inc., wskazując, że państwa budują dziś swoją potęgę na pożyczaniu pieniędzy. Ostrzega, że światowa gospodarka stała się zakładnikiem konsumpcjonizmu, który sama stworzyła, zszywając ludzką chciwość, próżność, krótkowzroczność i lenistwo. Jednak to dziecko okazało się oszalałym tworem Frankensteina, który im więcej je, tym więcej chce jeść. Jego wciąż rosnący, niezaspokojony apetyt jest odporny na krótkotrwałe głodówki wywołane kryzysami, wojnami czy kataklizmami. Gdyby jednak nagle dostał anoreksji, wywołałby globalne załamanie, którego powojenny świat jeszcze nie widział. Dlatego armie bankierów i polityków – niezależnie od tego, czy na rynkach jest bessa, czy hossa, nie zważając na koszty społeczne – nieustannie tkają pajęczą sieć finansowego uzależnienia, zarzucając konsumentów, tych biednych i tych bogatych, coraz to nowymi ofertami: pożyczek, kredytów, rat, leasingów, współfinansowań, debetów, wsparć, limitów, chwilówek, odnawialnych linii. Byle sięgali po pieniądze, których nie mają, byle wydawali na rzeczy i usługi, których nie potrzebują, by pochwalić się przed znajomymi i sąsiadami, których nie lubią. Ten narkotyczny przemysł działa tak powszechnie i tak perfekcyjnie, że zdołał całkowicie odwrócić społeczne relacje. Porzuciliśmy kulturę oszczędności, by radośnie wkroczyć w kulturę kredytu.

(…)

Ta łapczywość w sięganiu po oznaki bogactwa i luksusu to m.in. skutek błyskawicznego przyspieszenia świata, zwłaszcza po wynalezieniu internetu. Kapitalizm zaczął się zmieniać i obok potrzeby inwestowania, która dotąd napędzała gospodarkę, pojawił się nowy sposób zarabiania pieniędzy – potrzeba aspiracji, chęć podwyższania statusu. Trafiło to na podatny grunt – ludzkiej próżności. Nikt już nie chciał czekać całe pokolenia, by awansować w społecznej hierarchii, skoro banki zaproponowały, że prestiż można sobie kupić. I to nawet nie mając na to środków.

W kulturze pośpiechu każdy chce mieć wszystko od razu. Epoka cyfrowa wymusza, by każda nasza decyzja, każde zachowanie dawały natychmiastowy efekt, bo od razu podlega to publicznej ocenie. Wymiana informacji następuje błyskawicznie i globalnie. Na serwisach społecznościowych człowieka ocenia się przez pryzmat liczby lajków, które są miarą jego osiągnięć. Młodzi ludzie stali się zachłanni, muszą nieustannie błyszczeć, zaskakiwać, zdobywać coraz większą popularność. Inspirują się nimi ich rodzice, by nadążyć za tym nowym światem. Nikt już nie ma czasu na pracę od podstaw. By nadążyć, trzeba mieć tu i teraz. A dług stał się instrumentem zaspokajania tych potrzeb. – tłumaczy dr Mirosław Haponiuk.

Proces przejścia całych kultur z etyki oszczędności na etykę konsumpcji ma oczywiście różne tempo w zależności od regionu świata, a nawet poszczególnych państw. Wolniej dokonuje się np. w Japonii, gdzie etos pracy wciąż jest bardzo silny, lecz młodsze pokolenia wzorem swoich rówieśników z Ameryki czy zachodniej Europy nie zamierzają już jak ich rodzice dorabiać się powoli, przez całe życie i rozwijać karier od najniższego szczebla mimo ukończonych dobrych szkół. Chcą sięgać wyżyn od razu. Wystarczy spojrzeć na wiek turystów z Kraju Kwitnącej Wiśni – całkiem niedawno z autokarów wysypywali się tylko skośnoocy emeryci, obwieszeni drogimi aparatami fotograficznymi. Dzisiaj równie często można spotkać zwiedzającą europejskie zabytki japońską młodzież.

Jednak najszybszy przeskok z oszczędzania do pożyczania dokonał się w państwach postkomunistycznych. Był to proces tak nagły, tak dynamiczny, że polskie społeczeństwo dostało od tego czkawki – jak wskazują wyniki badań CBOS, zdaniem większości Polaków o udanym życiu najbardziej świadczą dziś zdrowie (dla 49% ankietowanych) i pieniądze (46%), przy czym osoby najmniej zamożne uznają tylko pieniądze za gwarancję szczęścia. I jedynie co trzeci z nas uważa, że ważna jest praca.

Kapitalizm gwałtownie wrzucił nas na wolny rynek w burzliwych latach dziewięćdziesiątych. Nie byliśmy do tego przygotowani, bo w czasach PRL po prostu nie mieliśmy takiej technologii. Fizyczny pieniądz, banknot czy monetę trudniej było wydać, bo miała namacalną wartość. Gdy jednak w naszych kieszeniach pojawiły się karty płatnicze, popędziliśmy na zakupy, zapominając, ile zarabiamy. – podkreśla ekspert z lubelskiego UMCS.

Rozgrzane niczym w piecach hutniczych oczekiwania polepszenia statusu, ambicje osiągnięcia sukcesu, który w etyce konsumpcji ma wymiar głównie finansowy – jestem kimś, jeśli dobrze zarabiam – doprowadził do nieustającego wyścigu szczurów, tyle że z odwróconymi regułami. Szczury już na starcie swojego życia zdobywają cele – kupowane na kredyt mieszkania, samochody, meble, wakacje i złudne poczucie prestiżu. Potem rusza wyścig w stronę wejścia do labiryntu – starają się utrzymać w pracy, by przez resztę życia to wszystko spłacać. Jednak labirynt konsumpcjonizmu zmienia swój kształt w trakcie gry, czyniąc ją znacznie bardziej ryzykowną niż dawnymi czasy. Można oczywiście kontestować taki świat, stanąć na uboczu, odrzucić grę i jeść roślinki z lasu, lecz chcąc pozostać w głównym nurcie życia, musimy ryzykować jak inni. Prawdopodobieństwo, że po szkole będziemy pracować w tym samym miejscu do emerytury, jest bliskie zera, a kilkadziesiąt lat temu zbliżało się do 100%. Teraz nikt i nigdzie nie ma takiej pewności. Ba, problemem jest nawet zdobycie jakiejkolwiek pracy. Nawet w stabilnych do niedawna Niemczech gwarancje zatrudnienia upadły.

(…)

Banki preferują np. obrót bezgotówkowy. To nic innego, jak oddzielenie klienta od fizycznych pieniędzy. Brak kontaktu z gotówką jest trikiem, który pozbawia ludzi poczucia, że wydają pieniądze. Albo raty czy pożyczki na zero procent – pozwalają lepiej się poczuć, mieć wrażenie, że się otrzymało coś za darmo albo przynajmniej na lepszych warunkach. – tłumaczy dr Jarosław Kulbat ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.

Dług stał się narzędziem do sfinansowania marzeń, zaspokojenia aspiracji, osiągnięcia prestiżu i uznania w grupie, do której chcemy przynależeć. Masowo skorzystały i korzystają z tego kręgi społeczne, które – zwłaszcza w Polsce – dzięki nagłej zmianie okoliczności społeczno-gospodarczych mogły w ten sposób polepszyć swój status. Na rynku pojawiły się całe grupy, które uzyskały zdolność do wzięcia kredytów. Dawniej np. chłop pańszczyźniany nie miał takich możliwości.

(…)

Odroczone w czasie konsekwencje masowego wzięcia życia na kredyt musiały w końcu się pojawić. Wyjątkowo medialne były skutki nagłej zwyżki kursu franka szwajcarskiego, kiedy setki tysięcy rodzin z dnia na dzień dowiedziały się, że muszą spłacać po kilkaset złotych miesięcznie więcej. Ale kłopoty ze spłatą mają nie tylko oni – jak wynika z raportu InfoDług, opracowanego przez BIG InfoMonitor, w sumie już prawie 2,4 mln Polaków nie spłaca swoich długów. Ich zaległości na koniec 2014 r. przekroczyły 40 mld zł. Z informacji przekazanych przez Biuro Informacji Kredytowej wynika, że w 2014 r. kredyt miał prawie co drugi dorosły Polak – w sumie ponad 15 mln osób. W ciągu niecałych 10 lat od 2006 r. całkowite zadłużenie polskich gospodarstw domowych z tytułu kredytów hipotecznych wzrosło za 78 mld zł do 350 mld. Według danych Europejskiego Banku Centralnego i Eurostatu stanowi to 21,7% produktu krajowego brutto Polski. Jednak finansjera uspokaja – to wciąż dwa razy mniej niż unijna średnia, która sięga 44%. Na Polaka przypada średnio 2.300 euro kredytu hipotecznego, Brytyjczyk ma 48.500 euro takiego zobowiązania, a Duńczyk ponad 50.000. Bankierzy przekonują, że Polak wciąż jest zadłużony w znacznie mniejszym stopniu niż jego kolega na Zachodzie i że z powodzeniem może jeszcze narobić kolejnych długów.

(…)

To kwestia języka – kontynuuje naukowiec – dlatego określenie „dług” w bankach pojawia już znacznie rzadziej. W windykacji nie mówi się o zadłużeniu, tylko o problemach, restrukturyzacji zobowiązań czy nowych terminach płatności.

Ale i bez leksykalnych zagrywek banków długi są już tak wszechobecne, że ich dawne negatywne konotacje się zacierają. Kiedyś powiedzenie o kimś, że popadł w długi, oznaczało, że ma poważne problemy. Teraz dług stał się elementem normalnego życia. Zatraca się jego znaczenie, zmniejsza waga konsekwencji, bo wszyscy wokół go mają.

Następuje np. redukcja dysonansu, że się nie spłaca kredytu – zaczynamy mówić: winni są banksterzy i że nie można okraść złodzieja. Obwinianie pokrzywdzonego to prosty sposób na redukcję kiepskiego samopoczucia u dłużnika. Dochodzi do tego konformizm informacyjny – dziś wszyscy mówią o swoich niezawinionych kłopotach z długami i złych bankach i nie jest to już – jak kiedyś – powód do wstydu. Pojawia się też konformizm normatywny – skoro inni nie spłacają albo spóźniają się z ratą, to dlaczego nie ja. – dodaje psycholog z wrocławskiej SWPS.

Takie zaczarowywanie rzeczywistości i swoista dewaluacja odpowiedzialności za własne decyzje ma poważne konsekwencje społeczne. Socjolodzy alarmują, że zadłużeni mają krótsze horyzonty czasowe, żyją do pierwszego, przestają myśleć o przyszłości w kategorii życiowych strategii. W efekcie często przekraczają cienką granicę racjonalnego gospodarowania swoim domowym budżetem i wpadają w spiralę zadłużenia.

To się przekłada na organizację całego społeczeństwa. Z ostatnich badań wynika, że największą dynamikę wzrostu zadłużenia notuje się wśród ludzi między 31 a 35 rokiem życia, czyli w grupie, która wkracza w dorosłe życie, autonomizując gospodarstwa domowe. Ci ludzie, nie mogąc utrzymać rodziny z pracy zarobkowej na oczekiwanym, satysfakcjonującym poziomie, a często także – podstawowym, by zapewnić jej ochronę, biorą kredyt na mieszkanie, meble czy samochód, często muszą wynająć nianię, zorganizować opiekę do dzieci, zapłacić za przedszkole. Wzrastają diametralnie codzienne wydatki. Nie dziwi więc proces radykalnego opóźnienia wieku, w którym zakłada się rodzinę.

(…)

Bankowe algorytmy oceniające naszą zdolność do wzięcia kredytu w przypadku pozytywnej weryfikacji są jak rozgrzeszenie. Wystawiają nam swego rodzaju świadectwo moralności. Nie jestem pewny, czy zdolność kredytowa nie ma już wymiaru etycznego. Bez niej jesteśmy co najmniej zawstydzeni, a jeśli ją mamy, świadczy o naszej zaradności, o obdarzeniu łaską bożą. To patologiczny wiek. – kończy naukowiec z lubelskiej uczelni.

Rafał Drzewiecki

Źródło: forsal.pl

548377_318716278195721_2046460860_n

Jeden komentarz

Leave a Reply