Bartosz Bekier: Estońskie miraże prezydenta Dudy

Nie milkną echa po pierwszej wizycie zagranicznej nowego prezydenta Rzeczpospolitej. Andrzej Duda, podobnie jak jego poprzednik, w swoją pierwszą podróż zagraniczną udał się do jednego z państw bałtyckich. O ile Bronisław Komorowski wybrał Litwę, pomimo wyraźnie szowinistycznej i hałaśliwie antypolskiej polityki Wilna, tak prezydent Duda lecąc do mniejszej i odleglejszej Estonii zdecydował się pośrednio zamanifestować zniecierpliwienie wobec chronicznej polonofobii naszego sąsiada – co w perspektywie tępej bezkrytyczności poprzednika Dudy należy docenić. Na tym jednak pozytywne aspekty wizyty w Tallinnie się kończą.

Zwrot ku państwom bałtyckim, czy pisząc szerzej, Europie „bałtyckiej”, w historii najnowszej (choć nie tylko) zazwyczaj zdominowany był przez buńczuczną retorykę wojenną o wyraźnym ostrzu antyrosyjskim. Taki właśnie charakter w wydaniu „neutralnym” posiadały propozycje szwedzkie wyartykułowane na konferencji w Sälen, podobny ton w wersji „amerykańsko-natowskiej” przyjmują polskie deklaracje o wspólnocie bezpieczeństwa i zagrożeń wygłaszane w republikach bałtyckich. Nie inaczej było w przypadku ostatniej wizyty prezydenta Dudy w Estonii, gdzie zwierzchnik Sił Zbrojnych RP wezwał w sposób otwarty wojska obcego mocarstwa do wmaszerowania na terytorium Polski i reszty „wschodniej flanki NATO”, do czego gościnnie zachęcał słowami: „zapraszamy i oczekujemy”. Trzeba jednak przyznać, że nowy prezydent potrafi rozładowywać napięcie. Jeśli któremuś z polskich słuchaczy włos się zjeżył na głowie poprzez narzucającą się analogię do wieku XVIII, czy całkiem niedawnej historii stacjonowania na terytorium Rzeczpospolitej wojsk obcego mocarstwa, to uczucie strachu szybko musiało ustąpić zażenowaniu i pobłażliwości, gdy wybrzmiał ponury, prezydencki bon mot, że przecież chodzi o „obecność militarną o charakterze pokojowym”. Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie służy pokojowi, jak prowokacyjne rozmieszczanie obcego żołdactwa i sprzętu wojskowego na swoim terytorium. Prezydent Duda wolał jednak dmuchać na zimne i uspokajał dalej: „Można o Sojuszu Północnoatlantyckim powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że jest on sojuszem agresywnym”. Oczywista oczywistość, proszę o to spytać w byłej Jugosławii, w Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii…

Dobra passa nowego prezydenta trwała jednak w najlepsze. Silną pozycję Polski w Europie zapragnął on bowiem zbudować w oparciu o spowiadanie się mediom ze swojego osobistego myślenia życzeniowego. Chodzi oczywiście o szeroko komentowaną sprawę poszerzenia formuły rozmów pokojowych, mających na celu powstrzymanie rozlewu krwi na Ukrainie. Jak na polskiego patriotę przystało, prezydent Duda zaproponował, aby rozmowy w formacie Niemcy-Francja-Rosja-Ukraina poszerzyć o Stany Zjednoczone. Napomknął też nieśmiało o akcesie do rozmów pewnych „sąsiadów Ukrainy”, którzy byliby zainteresowani udzieleniem wsparcia temu państwu. Podczas gdy prezydent Rzeczpospolitej wypowiadał głośno życzenia wizytując u naszego strategicznego sojusznika (Estonia liczy 1,3 mln mieszkańców i de facto nie posiada sił zbrojnych), prezydent Ukrainy prowadził rozmowy z przywódcami Niemiec i Francji, by w przerwie ogłosić désintéressement propozycjami Dudy i w obecności europejskich potęg symbolicznie ustawić Polskę do kąta. Nawet w przypadku, gdyby strona ukraińska poniewczasie się zreflektowała i zaoferowała jakąś nagrodę pocieszenia, to sytuacja ta dowodzi kompletnego upadku pozycji Polski. Jeśli pierwsza wizyta zagraniczna nowego prezydenta miała być pokazem „nowej jakości”, to należy się zastanowić, czy faktycznie tak się nie stało.

Prezydent Andrzej Duda jest na najlepszej drodze ku temu, by w rekordowym tempie zawieść wszelkie oczekiwania związane ze swoją prezydenturą. Zamiast realnej, pragmatycznej polityki środkowoeuropejskiej (orientacja na Węgry, Czechy, Słowację i Austrię) postawił na mikroskopijne i niewydolne (nawet w skali regionu) państwa Europy „bałtyckiej”, które z uwagi na szereg uwarunkowań (stosunek siły i znaczenia do potencjalnych problemów wewnętrznych i zewnętrznych) stanowią sojusznika nie tyleż rachitycznego, co kłopotliwego. Zastanówmy się, co przykładowo państwa bałtyckie mogą dać Polsce w zamian za kontrolowanie ich „gęstej” przestrzeni powietrznej w ramach rotacyjnej misji „Baltic Air Policing”? W najlepszym razie uścisk dłoni estońskiego prezydenta w muszce, w najgorszym prześladowania Polaków, jak na pominiętej szerokim łukiem Litwie.

Reasumując, jeśli trup „Międzymorza” w wersji „bałtyckiej” został przez doradców prezydenta Dudy wyciągnięty z szafy tylko po to, by straszyć papierową szpicą NATO lub geopolitycznym klinem USA w regionie, to lepiej by było, gdyby w tej szafie pozostał na zawsze. Inna polityka środkowoeuropejska jest jednak możliwa, dlatego nowemu prezydentowi pozostaje życzyć, by wbrew oczekiwaniom jego doradcami i współtwórcami polityki zagranicznej nie zostali wybitni eksperci w rodzaju Pawła Kowala i Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego. W innym razie zamiast sojuszników takich jak Viktor Orban, Robert Fico i Milos Zeman, pozostaną nam partnerzy pokroju Petra Poroszenki, którzy ostentacyjnie plują na państwo polskie i polską historię, jeśli w danym momencie nie muszą zatrudnić Warszawy do jakiejś brudnej roboty, czy kosmopolityczni wygnańcy jak Micheil „Zwiastun Tragedii” Saakaszwili, którzy w swoich ojczyznach zdążyli już wszystko przegrać. Po latach podporządkowania polskiej geopolityki fałszywym dogmatom i szkodliwej aksjologii, największej odwagi wymagałoby ogłoszenie nowej, racjonalnej polityki służącej polskim, a nie amerykańskim interesom – krokiem w tym kierunku byłaby naprawa stosunków z państwami Europy Środkowej, które od Polski oczekują czegoś zupełnie innego, aniżeli prowadzenia ich na kurs kolizyjny z Rosją. Stawka gry o Europę Środkową jest na tyle wysoka, by wynegocjować dogodne warunki jej neutralności. Należy w ten sposób utworzyć grunt ku geopolitycznej emancypacji regionu, która nie byłaby zaledwie iluzorycznym marzeniem, jeśli niezależność Polski i jej sojuszników mogłaby wzrastać bez atmosfery wrogości względem dwóch najpotężniejszych ośrodków geopolitycznych, z którymi Europa Środkowa sąsiaduje.

Bartosz Bekier

BB

3 komentarze

Leave a Reply