Dominika Kazubska: Imigranci a wyciąganie wniosków

Co jakiś czas media karmią Polaków jakąś niebywałą sensacją, którą komentują absolutnie wszyscy. W czasie „mamy Madzi” mówili o niej politycy, celebryci, teściowa przy śniadaniu, ciocia na imieninach, pan w kolejce, znajomi pisali na Facebooku, a dziennikarze (i dziennikarzyny) gdzie się tylko dało. Społeczeństwo grzmiało wspólnym głosem potępienia. Innym tematem, na który każdy miał coś do powiedzenia, była na przykład afera Amber Gold – chociaż już nie tak jednomyślnie. Ważniejsze jest to, że owe wydarzenia wzbudzały ogromne emocje i zwykle niezbyt zainteresowani polityką prorodzinną, socjalną czy ekonomiczną Polacy na ten temat mieli wiele do powiedzenia, chociaż niewielu szukało rzeczywistych przyczyn. Tyle tylko, że obie te afery były tak zwanymi tematami zastępczymi i do życia Kowalskiego niewiele wnosiły.

Ale imigranci to już zupełnie co innego, bo ci ludzie są namacalni i rzeczywiście stoją u bram. Czy znacie kogoś, kto nie ma zdania na ten temat, nie wygłasza go, nie publikuje, nie opatruje swoim komentarzem udostępnianych linków, infografik etc, nie dodaje się do fejsbukowych grup i wydarzeń za lub przeciw? Stateczne panie z biura piszą na swoich tablicach rzeczy, za które w innych okolicznościach same wyzywałyby autora od rasistów i hitlerowców. Nagle wszyscy przypominają sobie o Wiktorii Wiedeńskiej, chociaż ci sami ludzie często nie wiedzą z czym powiązać rok 1918. W jednej chwili niezainteresowani i niepraktykujący bronią chrześcijańskiej tradycji i kultury jak lwice! Teraz wszyscy widzą postępującą islamizację Europy Zachodniej, burki na ulicach Londynu, gwałty na białych dziewczynkach w Skandynawii i brak reakcji ze strony drżących przed łatką ksenofoba urzędników. Teraz już każdy widzi skutki multi-kulti i nie boi się mówić o tym głośno. I to wszystko bardzo dobrze, bo gdybyśmy interesowali się polityką wewnętrzną i międzynarodową na co dzień, pewnie nie dawalibyśmy się oszukiwać i okradać przez ostatnie 25 lat.

Tylko jaki jest pożytek z tego pospolitego ruszenia, skoro temat wałkujemy w tysiącach artykułów, audycji, filmów i dyskusji, a i tak nie jesteśmy w stanie wyjrzeć poza wierzchnią warstwę problemu, tak ochoczo braną pod lupę przez mass media? Dlaczego i w którym momencie daliśmy się tak ogłupić, że nie interesuje nas z jakiego powodu właściwie oni tu są, ryzykują życie żeby przedostać się do Europy? Jakby to miało jakieś znaczenie, czy ojciec martwego chłopca jechał po nowe zęby czy nowe życie. Dziecko nie żyje, a my mamy jego krew na rękach. Nie, nie dlatego, że byliśmy przeciw albo „zbyt mało za” wpuszczeniu tych ludzi do Europy. Dlatego, że byliśmy w najlepszym wypadku obojętni, kiedy Stany Zjednoczone Ameryki najeżdżały kolejne suwerenne kraje Bliskiego Wschodu. Krzyczymy głośno: „Wracajcie do siebie, my biali was tu nie chcemy”, ale pytania: „Więc dlaczego wy biali przyszliście wcześniej do nas i zburzyliście nasz pokój?” już usłyszeć nie chcemy. Milczenie oznacza zgodę, więc teraz czas na wzięcie zbiorowej odpowiedzialności za beztroskę ostatnich dziesięcioleci. Kolejny raz nasz „największy sojusznik” śmieje się Europie w twarz, życząc powodzenia w rozwiązaniu problemu. Szkoda, że USA nie dzielą się tak ochoczo ropą jak negatywnymi konsekwencjami swojej imperialnej polityki.

Temat imigrantów – czy jak kto woli uchodźców – będzie aktualny jeszcze długo i w dalszym ciągu będzie wzbudzał skrajne emocje, a politycy na pierwszych stronach gazet będą przerzucać się winą za przyjęcie takich a nie innych „kwot”. I cała ta szopka, patriotyczne uniesienia i nawet śmierć tych ludzi podczas próby dotarcia do Europy miałyby jakiś sens i pozytywny skutek, gdybyśmy pamiętając o nich wyszli na ulice, kiedy hegemon zza oceanu będzie bombardował kolejne niepodległe państwo w imię demokracji i praw człowieka. Pozwoliliśmy zasłonić sobie oczy wizją dobrobytu przepełnionego rzeczami, których tak naprawdę nie potrzebujemy. Pewnie gdyby Polak kupując dziecku najnowszego iPhone’a zdawał sobie sprawę, że cenę za ten luksus poniesie tak naprawdę nie jego karta kredytowa, ale ludność cywilna kolejnego unicestwionego miasta kilka tysięcy kilometrów dalej, z zakupu by zrezygnował. Tylko, że on nie wie, bo nie chce wiedzieć – tak jest wygodniej. I prawdopodobnie nawet kiedy osiedlony w sąsiedztwie imigrant zgwałci jego córkę, ów obywatel Rzeczpospolitej winą za to obarczy rząd, islam, policję, Kopaczową, prezydenta-pisiora, a może nawet Unię Europejską. Tylko nie siebie – biernego widza kolejnych, kiepsko zagranych, za to zlanych prawdziwą krwią spektakli – „pokojowych interwencji” Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata.

Może nawet w 2015 roku zatrzymamy szturm imigrantów. Oddalimy problem na parę lat. Tylko jak długo będziemy leczyć objawy zamiast eliminować przyczyny? Obudźmy się wreszcie. Kiedy przyjdzie pora, spotkajmy się pod ambasadą USA. Nie zapomnij swojego koktajlu Mołotowa!

Dominika Kazubska

domi

2 komentarze

Leave a Reply