Rafał Sawicki: Kości zostały rzucone?

30 września 2015 roku Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej wyraziła zgodę na udział wojsk rosyjskich w syryjskiej wojnie domowej. Interwencja będzie w pełni legalna, gdyż Rosja będzie wspierać syryjski rząd Baszara al-Asada na jego własną prośbę. Fakt ów każe zastanowić się nad przyczynami i konsekwencjami zaangażowania Kremla w bliskowschodni konflikt. Zasadnicza motywacja Władimira Putina jest oczywista – chce wesprzeć swojego wiernego sojusznika, dając jednocześnie sygnał światu, że nie będzie więcej tolerować prób naruszania międzynarodowego porządku za pomocą rozmaitych „kolorowych rewolucji”. Przy okazji rosyjski przywódca ma zamiar wyrwać swój kraj z dyplomatycznej izolacji, będącej skutkiem ubiegłorocznej aneksji Krymu i udzielenia wsparcia atakowanym przez kijowskie wojska ludowym republikom Zagłębia Donieckiego. Powrotowi Moskwy do społeczności międzynarodowej sprzyja również masowy napływ uchodźców na terytorium Starego Kontynentu, który wzbudza przerażenie nawet wśród lewicowo-liberalnych elit Unii Europejskiej. Powszechnie wiadomo, że proces ten można powstrzymać jedynie przez likwidację jego przyczyny, jaką jest terror Państwa Islamskiego i przeciągające się wskutek względnej równowagi sił działania wojenne. Dlatego też Europejczycy traktują posunięcie Kremla co najmniej z życzliwą neutralnością. Inicjatywa Putina wychodzi również naprzeciw koncepcyjnej słabości Białego Domu, który zdaje się być sparaliżowany złożonością sytuacji, w jaką sam się wpędził wskutek nieudanej próby zastąpienia Baszara al-Asada prozachodnią marionetką z Wolnej Armii Syrii. W tym kontekście najbliższa prawdzie zdaje się być opinia tych ekspertów, według których Waszyngton jest gotów nieoficjalnie oddać inicjatywę każdemu, kto gotów będzie posprzątać tę stajnię Augiasza. Wobec powyższego perspektywa udanej kontrofensywy dyplomatycznej Kremla wydaje się być bliska.

Zagadką pozostaje natomiast kwestia, czy intencje Putina sprowadzają się wyłącznie do chęci podreperowania pozycji międzynarodowej Rosji. Środowiska nieżyczliwe naszemu wschodniemu sąsiadowi zwracają uwagę na fakt, że ze strategicznego punktu widzenia najbardziej opłacalne dla Kremla może być przeciąganie się wojny w nieskończoność. Uniemożliwi to bowiem konstrukcję obu konkurencyjnych gazociągów – arabskiego i islamskiego. Oba mogą stanowić zagrożenie dla interesów Rosji, gdyż sprzyjają dywersyfikacji dostaw energii dla Europy. Za takim scenariuszem miałby przemawiać fakt, iż Rosja interweniuje dopiero w piątym roku konfliktu, gdy siły lojalne wobec al-Asada są w defensywie. To pozornie logiczne rozumowanie ma jednak sporo słabych punktów. Koszt wieloletnich zmagań wojennych byłby niemożliwy do udźwignięcia dla rosyjskiej gospodarki, podupadającej wskutek sankcji i rozmaitych strukturalnych problemów, takich jak zbyt duże uzależnienie od cen surowców naturalnych. Rosyjskie elity doskonale pamiętają przegraną wojnę w Afganistanie, a przecież Związek Radziecki miał o wiele większe możliwości niż współczesna Rosja. Ponadto przeciągający się w nieskończoność konflikt, wraz ze wszelkimi jego konsekwencjami dla losu ludności cywilnej, mógłby spowodować pogorszenie reputacji Rosji w oczach światowej opinii publicznej, podobnie jak to miało miejsce z USA w okresie wojen Busha. Jeśli zaś chodzi o same gazociągi, to będące konsekwencją wygranej wojny zwiększenie obecności rosyjskich wojsk na terytorium Syrii mogłoby zapewnić Moskwie kontrolę nad przesyłem gazu z Bliskiego Wschodu do Europy. Przysłowiowy „kurek” pozostałby w rękach włodarza Kremla. Wobec powyższego przekonanie o chęci przedłużenia przez Putina konfliktu należy uznać wyłącznie za wykwit bujnej wyobraźni niechętnych Rosji kręgów.

Skoro już przyjęliśmy za wiarygodne założenie, że Putin rzeczywiście pragnie zakończyć syryjski konflikt, warto skupić się na potencjalnych przeszkodach, które mogą stanąć na drodze do tego celu. Głównym problemem wydaje się być fakt, że Państwo Islamskie wykluło się na terytoriach sunnickich, które za sprawą nonszalancji brytyjskich imperialistów, wyznaczających granice bliskowschodnich krajów za pomocą ołówka i linijki, znalazły się pod władaniem dwóch różnych państw, zamieszkanych przez ludność niejednorodną pod względem wyznaniowym i etnicznym. Utrzymanie pokoju w takich warunkach było możliwe jedynie dzięki wypracowaniu formuły politycznej opartej na zakopywaniu podziałów między poszczególnymi narodowościami i grupami religijnymi. Przez dłuższy czas rolę tę spełniał baasizm, jednak wskutek amerykańskiej interwencji w Iraku i sponsorowanej przez Zachód „arabskiej wiosny” doszło do faktycznego upadku tej doktryny politycznej. Na terytorium Iraku próżnię po rządach Saddama Husajna wypełnił system demokratyczny, pasujący do świata arabskiego niczym pięść do nosa. W warunkach liczebnej dominacji szyitów doprowadził on do marginalizacji sunnickiej mniejszości. Tym samym wytworzył się bardzo kruchy układ, który musiał legnąć w gruzach wskutek pierwszego lepszego politycznego tąpnięcia. Stało się nim właśnie powołanie w 2013 roku samozwańczego kalifatu. Niewiele lepiej było na terenie sąsiedniej Syrii. Co prawda rząd Baszara al-Asada zdołał się utrzymać w zachodniej części kraju, to jednak eksplozja etnicznych i religijnych animozji może utrudnić lub wręcz uniemożliwić rekonstrukcję przedwojennego ładu politycznego. Tym samym rosyjskie wojska interwencyjne stają naprzeciw niezwykle złożonej mozaiki ugrupowań o charakterze etnicznym, bądź sekciarskim.

I tutaj właśnie leży drugi problem. Interwencja w syryjskim konflikcie Rosji, która przez setki lat była tradycyjnym protektorem chrześcijańskich mniejszości w krajach muzułmańskich, może podziałać na radykalnych islamistów jak czerwona płachta na byka. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że tego właśnie oczekują samozwańczy kalif Abu Bakr al-Baghdadi i jego świta. Przedstawienie rosyjskiej operacji w islamistycznej propagandzie jako krucjaty pozwoliłoby ekstremistom zmobilizować miliony wyznawców proroka na całym świecie. Zaniepokojone rosyjskim wsparciem dla krajów szyickiego półksiężyca Turcja, Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej mogą udzielić żądnym walki fanatykom nieoficjalnego wsparcia, choćby w postaci łatwego tranzytu. Moskwa może również stanąć wobec poważnego zagrożenia wewnętrznego, gdyż terytorium Federacji zamieszkuje kilkanaście milionów muzułmanów. Okres wytchnienia od dręczących niegdyś Rosjan zamachów terrorystycznych mógłby w takim wypadku dobiec końca. Ponadto ewentualne zniszczenie Państwa Islamskiego mogłoby doprowadzić do otoczenia tego tworu nimbem legendy, podobnie jak to miało miejsce z wciąż jeszcze żywym w niektórych kręgach radykalnej lewicy mitem Komuny Paryskiej. Niemniej jednak gra jest warta świeczki, choćby ze względu na przypadającą w tym roku setną rocznicę rzezi Ormian. Wobec makabrycznych zbrodni islamistów na chrześcijańskiej ludności Bliskiego Wschodu ktoś musi podjąć porzucony przez carów sztandar protektora orientalnych kościołów.

Nie tylko muzułmanie mogą robić problemy na własnym podwórku. Tutaj pojawia się trzeci problem – jest nim Ukraina. Wobec gospodarczej słabości Rosji i dużego potencjału rekrutacyjnego Państwa Islamskiego skuteczne zakończenie syryjskiego konfliktu wymaga przeprowadzenia wojny błyskawicznej. Długotrwałe działania zaangażowałyby zbyt duże zasoby materialne, na co Kreml nie może sobie pozwolić. Poza tym przeciągający się w nieskończoność konflikt byłby sam dla siebie katalizatorem, gdyż prowokowałby napływ do Syrii nieprzeliczonych zastępów islamskich fanatyków. Swoistemu „blitzkriegowi” sprzyja zresztą pustynny charakter teatru mających wkrótce nastąpić operacji. Niemniej jednak ich przeprowadzenie wymaga zaangażowania w Syrii najlepiej wyszkolonych oddziałów w liczbie co najmniej 30-40 tysięcy personelu wojskowego, uzbrojonych w wozy pancerne i wydatnie wspieranych przez lotnictwo. Dzięki mediom społecznościowym wiemy, że na Bliski Wschód wybiera się chociażby legendarny Motorola. Oznaczałoby to osłabienie obrony Donbasu, co otworzyłoby przed kijowskim rządem kuszącą perspektywę odwrócenia losów wojny na wschodzie kraju. Poroszenko i Jaceniuk są świadomi, że to byłaby ostatnia szansa na odzyskanie ziem utraconych na rzecz separatystów. W realizacji tego celu istotne byłoby jednak uzyskanie wsparcia Zachodu, a wróbelki ćwierkają, że przywódcy „wolnego świata” przehandlowali już swoją wschodnioeuropejską marionetkę, czego wymownym symbolem ma być ostatni toast Obamy i Putina w siedzibie ONZ. Ukraińcy wyczuli pismo nosem, o czym może świadczyć ich histeryczne zachowanie podczas jubileuszowej sesji Zgromadzenia Ogólnego. Niemniej jednak nie można wykluczyć, że kijowski reżim zechce postawić swoich zachodnich mocodawców przed faktem dokonanym. Istnieje zresztą precedens we współpracy Ukraińców z muzułmańskimi radykałami z Czeczenii, choćby podczas rozruchów na Majdanie i późniejszych walk o Donbas.

Wymienione powyżej problemy, na jakie może natrafić Rosja w toku operacji syryjskiej składają się na węzeł gordyjski, który przeciąć może jedynie przywódca światowego formatu. Gra toczy się o najwyższą stawkę, gdyż porażka w postaci nieudanej interwencji i upadku rządu Baszara al-Asada mogłaby postawić Moskwę przed perspektywą poważnego kryzysu politycznego, gospodarczej zapaści i pogłębienia międzynarodowej izolacji. Z drugiej strony ewentualny sukces mógłby przywrócić Kremlowi status powszechnie uznawanego mocarstwa. Umocnienie na Bliskim Wschodzie przyjaznego Rosji „szyickiego półksiężyca” byłoby ważnym krokiem w kierunku wyzwolenia regionu spod wpływów amerykańskich, co mogłoby obrócić wniwecz wszelkie korzyści, jakie Waszyngton wyniósł ze swoich agresywnych poczynań na Bliskim Wschodzie od 2003 roku. Dodatkowo zapowiadana współpraca z marynarką wojenną Chin – abstrahując od epokowego charakteru interwencji biernego dotychczas na płaszczyźnie militarnej Państwa Środka – byłaby wyraźnym sygnałem w stronę Stanów Zjednoczonych i ich europejskich satelitów, że w nadchodzących dekadach to mocarstwa z grupy BRICS będą rozdawać karty w polityce międzynarodowej. Wreszcie, przypisywany Władimirowi Putinowi przez prawicowych publicystów tytuł katechona nie byłby wyłącznie epitetem stworzonym na potrzeby polskiej metapolityki, ale stałby się jak najbardziej adekwatnym określeniem przywódcy powstrzymującego dzikie hordy salafitów przed brutalną islamizacją ziem będących kolebką chrześcijańskiej wiary, ale także stanowiącego zaporę dla fatalnych w skutkach prób narzucania cywilizacji Orientu niechcianych rozwiązań ustrojowych. Tutaj rodzi się pytanie, który z wymienionych wyżej scenariuszy doczeka się realizacji? Być może już niebawem się o tym przekonamy, gdyż właśnie Rosjanie przekroczyli Rubikon.

Rafał Sawicki

defilada

3 komentarze

Leave a Reply