Obóz Hobbitów

Od Redakcji: Prezentujemy Czytelnikom archiwalną relację z włoskiego Campo Hobbit z 1991 r., spisaną przez jego polskiego uczestnika. Autor plastycznie odmalował koloryt ówczesnej zachodnioeuropejskiej radykalnej prawicy, ze wszystkimi jej atutami (skala działania, poważne aktywa w kontaktach międzynarodowych) i obciążeniami (subkulturowość, gadżeciarstwo). – A.D.

Miłośnicy fantasy (a w Italii prawie każdy nacjonalista jest miłośnikiem Conana i tym podobnych herosów) wiedzą, że hobbici to jeden z ludów występujących w powieści J.R.R. Tolkiena Władca pierścieni; tym razem nazwa ta posłużyła jako szyld „święta wspólnoty nonkonformistycznej” (festa della comunita nonconformiste), zorganizowanego w dniach 12-15 września 1991 r. przez włoskich faszystów.

Właśnie: włoscy towarzysze nie ukrywają się za szyldami typu „prawica” czy „nacjonalizm”, ale mówią o sobie z dumą – „jesteśmy faszystami”. Inna rzecz, że Włosi inaczej rozumieją faszyzm, nie będąc obciążeni stereotypami bolszewickiej propagandy. Dla nich faszyzm to nie dyktatura i ludobójstwo, ale idealizm, nonkonformizm, heroizm, humanizm.

Dokładnie rzecz biorąc, wśród uczestników obozu można było wyróżnić cztery orientacje: „faszyści historyczni” (ortodoksyjni wielbiciele Mussoliniego i jego Włoskiej Republiki Socjalnej, RSI), narodowi rewolucjoniści (na ogół młodzież starającą się dostosować doktrynę faszystowską do realiów Europy końca XX wieku), „tradycjonaliści” (o poglądach bliskich polskiej endecji lat 30-tych, ale… antykatoliccy jak ich mistrz Evola) i naziści. Ci ostatni, afiszujący się swastykami i ryczący w czasie posiłków „Sieg Heil!”, byli przez resztę uważani za niepoważnych pomyleńców. Jak wiadomo, włoski nacjonalizm jest bardzo antyniemiecki ze względu na spór o Tyrol, dlatego nieliczni wielbiciele Hitlera we Włoszech są zaliczani do folkloru politycznego.

Oprócz Włochów w „święcie nonkonformistów” brali też udział Irlandczycy (Sinn Fein), Arabowie z Sahary Zachodniej (Front POLISARIO), Chorwaci (Gwardia Narodowo-Rewolucyjna) i Polacy (Przełom Narodowy).

Oficjalnie organizatorami Campo Hobbit były różne prawicowe organizacje kulturalne, studenckie i ekologiczne; w rzeczywistości za tą inicjatywą krył sie tzw. Obóz Narodowo-Ludowy (Area Nazional Popolare). „Anapo” to radykalne skrzydło partii faszystowskiej, którego przywódcą jest legendarny Pino Rauti (założyciel organizacji Ordine Nuovo, zdelegalizowanej w 1973 r. pod zarzutem terroryzmu).

Na miejsce zlotu wybrano normański zamek z XI stulecia, malowniczo położony na skalistym brzegu Morza Tyrreńskiego. Średniowieczne budowle ozdobiono niecodzienną scenografią: olbrzymia statua wojownika z runicznym znakiem Yggdrasill na piersi, flagi wyzwalających sie narodów Europy Wschodniej, Irlandii, Sahary Zachodniej i Palestyny, najrozmaitsze transparenty z hasłami i rysunkami (np. faszyści jako rycerze walczący ze smokiem współczesnego przemysłu), wszechobecna symbolika faszystowska: kołomiry, toporły, świąszczyce, runy. Obok zamku rozpościerało się pole namiotowe – tak jakby mini-Jarocin, tyle że nad każdym namiotem powiewała flaga z krzyżem celtyckim: białym na czarnym tle, czarnym w białym kole na tle czerwonym, czarnym na tle żółtego słońca, trójkolorowym na włoskiej fladze narodowej…

Stare mury wypełnił tłum około dwustu ludzi (na poprzedni Campo Hobbit w 1981 r. przybyło ponad 1000 osób; tym razem frekwencję obniżyła deszczowa pogoda, brak reklamy i rozłam w partii). Uczestnicy obozu byli na ogół młodzi, większość miała po 20-30 lat, choć były też i nastolatki, młode małżeństwa z dziećmi, posiwiali weterani. Strój normalny, choć niedbały; najpopularniejsza fryzura à la Schwarzkopf, choć było też sporo długowłosych i kilku skinheadów. Uwagę zwracała duża ilość kobiet, z reguły ładnych, jak to Włoszki. Panie obnosiły swą złotą i srebrną biżuterię w kształcie krzyżyków (celtyckich oczywiście), swastyk i znaków runicznych.

Włoscy towarzysze okazali się wspaniałymi ludźmi – inteligentnymi, wesołymi, życzliwymi. A co najważniejsze – normalnymi. W Polsce skrajna prawica to w większości zdziwaczałe dziadki albo wygolone szczeniaki, bardziej interesujące się chlaniem i rozróbami niż polityką. Włochom głębokie zaangażowanie w idee faszyzmu (np. jeden z nich nadał nawet swej córce imię Runa) nie przeszkadza unikać dziwactw i dewiacji. Polityka nie przeszkadza życiu rodzinnemu i zawodowemu.

Panowała wspaniała atmosfera – jak na pikniku dobrych przyjaciół. Każdy posiłek na stołówce przedłużał się do dwóch, trzech godzin, bo co chwila któryś z biesiadujących chwytał za gitarę i zaraz rozbrzmiewał śpiew. Śpiewano faszystowskie piosenki, stare, pamiętające Mussoliniego, i nowe: o „rewolucji, która jest jak wiatr”, o najemniku walczącym w Katandze, o bojowcu faszystowskiej partyzantki miejskiej zabitym przez policję. Ręce same unosiły się w rzymskim pozdrowieniu. Gdy nie śpiewano, to skandowano, waląc przy tym pięściami w stoły: Europa – Nazione – Rivoluzione (Europa Naród Rewolucja) albo Yankee Go Home (Jankesi do domu). Włoscy faszyści są fanatycznie antyamerykańscy.

Raz chóralne śpiewy w późną noc przyciągnęły patrol karabinierów. Jeden z chłopaków popchnął gliniarza i zrobiła się z tego wielka afera zamek otoczyło szczelnym kordonem kilkanaście bud policyjnych.

Oczywiście program obozu nie ograniczał się do spotkań towarzyskich tudzież śpiewów przy winie i gitarze. Jego podstawą były liczne wykłady i dyskusje; ich tematy to walka narodów o niepodległość, zjednoczenie narodów a regionalizm, wojna w Zatoce, ekologia, dyskryminacja amerykańskich Indian, przyszłość ruchu narodowo-ludowego we Włoszech wobec krachu komunizmu. Najciekawszą wydawała się dyskusja o amnestii: faszyści (w przeciwieństwie do reszty prawicy) domagają się aktu łaski dla ex-terrorystów zarówno prawicowych, jak lewicowych.

Miały być też filmy, rozgrywki sportowe i koncerty rockowe to wszystko jednak uniemożliwił deszcz, lejący (wierzcie lub nie) przez całe te cztery dni. Obóz połączony był ze swego rodzaju kiermaszem. Swoje stoiska miały najróżniejsze organizacje: począwszy od Fronte della Gioventu (młodzież faszystowska) i Fare Fronte (studenci-faszyści) poprzez ruch obrony Indian i Fare Verde (eko-faszyści) aż do Włoskiego Stowarzyszenia Spadochroniarzy. Kwitł handel. Można było kupić faszystowskie czasopisma: „Segnavia”, „Avanguardia”, „Andare Oltre”, „Il Sabato”, „Pagina Libra”, „Incursione”, „La Contea”, „Proposta”, „Orion”, „Orientamenti e Ricerca”, „Voce della Fogna”, „Morbillo” (faszystowskie pismo dla dzieci!). Faszystowskie książki: od „Mein Kampf” Hitlera po „Zieloną Książkę” Kadafiego, od wierszy Tolkiena i powieści Mishimy po rozprawy naukowe Evoli i Eliadego. Faszystowskie T-shirty: „Wolna Irlandia” i „Kocham Europę Narodów”, smurf z pałką w dłoni i kołomirem na kasku. Kasety: przemówienia Mussoliniego, stare faszystowskie marsze, nowe ballady, celtycka muzyka ludowa. Biżuteria: od partyjnych oznak MSI i taniutkich cynowych wisiorków do złotych i srebrnych kolii o wiadomych kształtach…

Tak się robi politykę w „wielkim świecie”.

/…/

P.S. „Fryzura à la Schwarzkopf” – nie chodzi o firmę produkującą kosmetyki, ale o amerykańskiego generała Normana Schwarzkopfa.

 

Źródło: „Błyskawica”,  1992, nr 2-3.

 

Leave a Reply