Znanemu liberalnemu profesorowi i salonowemu autorytetowi stało się coś dziwnego, bo nagle zaczął mówić, jak jest naprawdę: polską scenę polityczną okupują dwie kompletnie bezideowe i postpolityczne partie, które już nawet przestają udawać, że się od siebie czymś różnią; obie mają do zaproponowania narodowi tylko żałośnie nudną i płaską mieszczańską wizję życia; większość wyborców nie ma pojęcia, na kogo oddaje głosy; w powszechnym przekonaniu akt głosowania jest bez znaczenia, bo wybory i tak nic nie zmieniają w polskiej polityce, której największymi bolączkami są: zabójcza „stabilizacja”, czyli brak sił dążących do radykalnej zmiany i traktowanie polityki publicznej tylko jako dodatku do – liberalnie pojmowanej – gospodarki; lewackie straszenie nadejściem PiS jest bezpodstawne, bo to kolejna partia, która boi się prawdziwej decyzji politycznej. Poniżej przedrukowujemy fragmenty wywiadu z prof. Marcinem Królem, przeprowadzonego przez dziennikarza gospodarczego i antyliberalnego publicystę Rafała Wosia.
Rafał Woś: Marzy się panu u nas Singapur lub technokracja rodem z UE?
Marcin Król: A co to za różnica? Już teraz mogę sobie wyobrazić, że w Polsce zamiast rządu PO-PSL lub PiS z kimkolwiek innym politycy powołują gabinet złożony z dobrze opłacanych menedżerów. Bo politycy nie znają się dobrze na niczym oprócz polityki. A współcześni politycy nawet na polityce się nie znają lub jej się boją. I z punktu widzenia obywatela wyszłoby na to samo. Może nawet na lepsze.
– Teraz to pan przesadził.
– Żeby pokazać sytuację, w której się znaleźliśmy. W powszechnym przekonaniu pójście na wybory jest działaniem pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia. Najczęściej stawiamy krzyżyk przy nazwisku bliżej nieznanego nam człowieka. Nie wiedząc nawet, jakie ma poglądy na temat wielu istotnych spraw.
– Po to są partie polityczne, które mają programy i reprezentują czyjeś interesy albo typy wrażliwości.
– To fikcja, za pomocą której sami się oszukujemy. I partie nas oszukują. Coraz częściej głosujemy nie tyle na jakąś partię, lecz przeciw sile politycznej, której rządy uważamy za niewskazane. Oddajemy głos z pobudek emocjonalnych, instynktownie, z racji estetycznych lub pod wpływem perswazji. Poza tym, czymże są partie? PO i PiS to ugrupowania liczące po 20–30 tys. członków. Te ugrupowania nie mają innego oblicza niż pewien styl czy ton. Na dodatek już nawet nie udają, że prowadzą między sobą jakiś głęboki ideowy spór. Dlatego gdy idę na wybory, wydaje mi się, że wchodzę do fatalnie zaopatrzonego sklepu, w którym mam wybór ograniczony do kilku towarów. I z czego tu się cieszyć? Nie ma ani wyraziście zarysowanych poglądów ideowych, ani aksjologii. Jest wiele ostrych sformułowań nastawionych wyłącznie na najniższe namiętności. Nuda, nie demokracja.
(…)
– Kto winien? Rząd czy opozycja?
– I jedni, i drudzy. PO zawsze była pod względem ideowym partią marną. Ona zatrzymała się na etapie Tuskowej ciepłej wody w kranie i nie jest w stanie się zdobyć na cokolwiek więcej. Przekonana, że musi reprezentować interesy umiarkowanego elektoratu. Względnie interesy ludzi zadowolonych z tego, co udało się osiągnąć przez 25 lat III RP. Prezydent Komorowski szlachetnie i w pełni ucieleśniał to nastawienie. Zwłaszcza gdy na pytanie o to, jaka jest jego wizja polityczna, mówił: „Wizja? Jak ktoś ma wizję, to niech idzie do lekarza”. Właśnie ten brak wizji, a nawet jej ostentacyjne odrzucenie to jedno ze źródeł demokratycznej nudy. Oceniam ideowość PO na 3+. Niektórzy mogą być z takiej noty nawet zadowoleni, ale… Życie na 3+ jest nie do zniesienia.
– A PiS? Oni chcą pogonić tych nudziarzy z Platformy.
– Problem z PiS polega na tym, że oni nigdy na poważnie nie zakwestionowali tej zabijającej radość z demokracji platformerskiej opowieści o ciepłej wodzie. Ba, mało tego – pamiętam jak kilka lat temu Jarosław Kaczyński snuł wizje, jak to Polacy dzięki jego rządom w 2020 r. będą tłumnie wypoczywać na plażach Egiptu i Tunezji. Jeszcze jeden pomysł na 3+. Nie zaproponował zasadniczo odmiennego sensu uprawiania polityki. Nie powiedział: „Polacy! Obudźcie się! Życie społeczne to coś więcej niż tylko grill, piwko i przyjemna muzyczka na dobrej jakości sprzęcie grającym”. PiS przez te wszystkie lata spędzone w opozycji dobrze opanował sztukę robienia Platformie na złość. Ale nigdy nie sformułował programu, który mógłby porwać Polaków. Nieważne – lewicowego czy prawicowego, ale pełnego pozytywnej pasji, a nie wyłącznie chęci negacji i niszczenia. Kaczyński boi się pasji i prawdziwego życia, dlatego woli niszczyć, a nie budować. Kaczyński boi się też polityki i prawdziwych politycznych decyzji.
(…)
– Narzeka pan na rodzimych polityków, ale może nie ponoszą oni całej winy za ten stan rzeczy. Bo tak naprawdę niewiele mogą. Zwłaszcza w kraju takim jak Polska, gdzie trudno jest prowadzić naprawdę inną politykę. Załóżmy, że taki polityk chciałby postawić na keynesowskie albo opiekuńcze rozwiązania gospodarcze – to Bruksela natychmiast nakłada na nas karę za łamanie kryteriów z Maastricht. Albo spróbuje nasz polityk przykręcić podatkową śrubę najbardziej zamożnym, to zaraz usłyszy, że wystraszy zagraniczny kapitał.
– Oczywiście. Tylko proszę zwrócić uwagę, że to też jest efekt braku wielkiego ideowego sporu w polityce. Przecież jeszcze nie tak dawno wszystkie partie – od PO przez PiS po SLD – jak jeden mąż głosiły pochwałę państwa minimalnego. I nie kwestionowały sztandarowej neoliberalnej opowieści, że wystarczy pozwolić najbardziej przedsiębiorczym się bogacić, a oni już na pewno pociągną za sobą słabszych. Polityka ekonomiczna III RP dobrze pokazuje, jak fatalne skutki niesie za sobą prymat demokracji proceduralnej. Która eliminuje wielkie spory ideowe. Dlatego apeluję: przywróćmy wielkie ideologiczne spory!
– Ale Polacy nie lubią sporu. Wszędzie wokół słychać narzekanie, że politycy tylko się kłócą.
– Bo te spory są prowadzone na poziomie bardzo prymitywnym. Politycy traktują nas jak głupców. Dominują tematy zastępcze. Ale to nie znaczy, że spór trzeba wyeliminować. Odwrotnie.
(Na podstawie forsal.pl opracował A.D.)









2 komentarze