Rafał Sawicki: Pieśń o spustoszeniu umysłów

Narodowe Święto Niepodległości stanowi doskonałą okazję do rozważań nad przyczynami wydarzeń, które postawiły Polaków przed tragedią rozbiorów, w efekcie których straciliśmy własną państwowość na okres ponad stu lat. Jak to możliwe, że mocarstwo zajmujące ogromną przestrzeń w centralnej części kontynentu tak gładko załamało się pod naporem sąsiednich krajów, które u szczytu jego świetności były, przynajmniej w przypadku Rosji i Prus, ledwie pionkami na europejskiej szachownicy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Złożone wydarzenia historyczne zwykle nie posiadają jednej konkretnej przyczyny. Przeciwnie, zazwyczaj są wypadkową wielu czynników, spośród których część ma charakter egzogeniczny, niezależny od woli elit organizmu politycznego, którego one dotyczą. W przypadku naszego kraju można tutaj wspomnieć o wyłaniającym się na przełomie XV i XVI wieku dualizmie ekonomicznym Europy, w wyniku którego Polsce przypadła rola peryferium, dostarczającego bogatym krajom Zachodu zboża i produktów gospodarki leśnej. W efekcie tej niekorzystnej struktury handlu międzynarodowego Rzeczpospolita z każdą dekadą coraz bardziej odstawała od najsilniejszych gospodarczo ośrodków wczesnej nowożytności, co w końcu przyczyniło się do bankructwa królewskiego skarbca i upadku państwa. Jest to z pewnością ważny czynnik, aczkolwiek nie decydujący. Wystarczy wspomnieć Rosję, która była jeszcze bardziej zacofana, ale jednak potrafiła wykrzesać z siebie energię witalną, dzięki której została czołowym mocarstwem kontynentu, pomimo wątłych fundamentów materialnych. Co więcej, rola Polski w europejskim systemie nie była z góry zdeterminowana. Jak się okazuje, kluczowa w tym względzie była polityka wewnętrzna szlachty, która upatrzyła swój grupowy interes w nastawieniu potencjału wytwórczego gospodarki narodowej na produkcję płodów rolnych, sprzedawanych następnie zachodnioeuropejskim kupcom bez pośrednictwa lokalnego mieszczaństwa. Należy zatem uznać, że zasadnicze powody upadku Rzeczypospolitej musiały mieć charakter endogeniczny i to właśnie im zostanie poświęcony niniejszy tekst.

Dostępny nam dzięki badaniom wybitnych uczonych materiał historyczny nie pozostawia wątpliwości, że praprzyczyną upadku Rzeczypospolitej było zjawisko prywaty i dominacji partykularnych interesów nad dobrem wspólnym. Poskutkowało to powstaniem niewydolnego ustroju politycznego, symbolizowanego przez nieszczęsne liberum veto. Kiedy absolutystyczne monarchie sąsiednich państw potrafiły doprowadzić do centralizacji władzy i odpowiedniego wyważenia interesów poszczególnych stanów, Polska stała się przedmiotem dominacji jednej grupy społecznej. Powstała w ten sposób republika szlachecka była na tyle niewydolnym tworem, że musiała się załamać pod naporem lepiej zorganizowanych sąsiadów. Właśnie ów anarchizujący ustrój wielu historyków wymienia jako podstawową przyczynę upadku państwa polskiego w XVIII wieku. Do najbardziej zaciekłych krytyków takiego klimatu społecznego, jeszcze w okresie Złotego Wieku, należał Jan Kochanowski, czemu dał wyraz w wierszu pt. „Pieśń o spustoszeniu Podola”. Opowiada on o zapatrzonej we własne dworki szlachcie, która zamiast płacić podatki na utrzymanie wojska, woli wydawać pieniądze na srebrną zastawę stołową. W efekcie tego polskie szlachcianki są brane w jasyr przez Tatarów, by służyć bisurmańskim psom za nałożnice. Jak pokazała późniejsza historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów, obserwowany przez poetę z Czarnolasu problem był dopiero przygrywką dla nieubłaganej erozji polskiej państwowości, która zakończyła się rozbiorami.

W istocie, dawna Rzeczpospolita była poligonem doświadczalnym libertariańskiej koncepcji państwa minimum. Przywiązana do „złotej wolności” szlachta narzucała kolejnym królom przyznanie coraz to większych przywilejów w zamian za akceptację ich elekcji. W efekcie tego z biegiem lat znaczenie polityczne królewskiego dworu ulegało stopniowej atrofii, co skrzętnie wykorzystywała opływająca w luksusy magnateria. Wielmożowie gromadzili majątki wielokrotnie przewyższające zasobność monarszego skarbca, a ich prywatne armie były częstokroć silniejsze od wojsk podległych królowi, dodatkowo osłabionych na mocy artykułów henrykowskich z 1573 roku, które pozwalały władcy trzymać pod bronią w czasie pokoju kuriozalną liczbę trzech tysięcy zbrojnych mężów. Polityka zagraniczna została sparaliżowana klauzulą o konieczności uzyskania przez władcę aprobaty Sejmu dla każdego kroku w dziedzinie dyplomacji. Co gorsza, była ona w pierwszej kolejności wypadkową interesów ekonomicznych panów herbowych, które nijak się miały do uwarunkowań strategicznych. Żądza ukraińskich czarnoziemów skierowała ostrze ekspansji na wschód, co wpędziło nas w krwawe konflikty z Rosją, Turcją, Chanatem Krymskim i zaporoską kozaczyzną, umacniając dodatkowo peryferyjną rolę kraju w europejskim systemie gospodarczym. Co gorsza, działo się to kosztem żywotnych interesów Polski nad Bałtykiem. Zaniechano likwidacji państwa pruskiego, zadowalając się niewiele znaczącym w praktyce hołdem, który miał miejsce w 1525 roku. Dodatkowo w 1618 roku zezwolono na sukcesję brandenburską, co poskutkowało powstaniem prężnego organizmu państwowego na północnych obrzeżach Rzeczpospolitej. Wytworzyło to niebezpieczną konfigurację geopolityczną w regionie nadbałtyckim, ponieważ od tego momentu Hohenzollernowie z oczywistych względów dążyli do fizycznej unifikacji swych włości poprzez aneksję Prus Królewskich. Nic więc dziwnego, że w kolejnym stuleciu nasz lennik walnie przyczynił się do rozbiorów swojego niedawnego hegemona. Przyczyny takiego posunięcia były bardzo prozaiczne. Zazdrosna o swoją pozycję szlachta nie życzyła sobie inkorporacji zdominowanych przez mieszczaństwo Prus Książęcych.

Był to tylko jeden z wielu przypadków niechętnej miastom polityki nadwiślańskiego ziemiaństwa. Celowo osłabiano mieszczan prowadzeniem interesów z Holendrami ponad głowami polskich kupców. Żeglarze rodem z Amsterdamu sprzedawali później kupione w Gdańsku płody rolne na swym rodzimych rynku z 300-400% zyskiem, który przy mądrzejszej polityce handlowej mógł stanowić podstawę pod akumulację polskiego kapitału, rozwój lokalnego przemysłu i floty wojenno-handlowej. Gdy Europa Zachodnia prowadziła mądrą politykę merkantylizmu, nasi Sarmaci wprowadzali w życie ideały wolnego handlu, które mają sens jedynie w przypadku wysoko uprzemysłowionych gospodarek. Nawet stawiani za wzór leseferyzmu Brytyjczycy zdecydowali się na liberalizację handlu dopiero po zakończeniu rewolucji przemysłowej w drugiej połowie XIX wieku. Co gorsza, typowa dla elit kolonialnych chęć wyróżnienia się od reszty społeczeństwa skłoniła herbowych panów do niepohamowanego konsumpcjonizmu wytwarzanych za granicą dóbr luksusowych. W efekcie tego mocno ucierpiał bilans handlowy, będący kluczowym czynnikiem wpływającym w dłuższym okresie na siłę materialną państwa. Za sprawą tych katastrofalnych decyzji rozwój miast, stanowiących katalizator kapitalistycznej fazy rozwoju krajów gospodarczego centrum, został nad Wisłą stłumiony w sposób, który przywodzi na myśl najgorsze tradycje latynoamerykańskich elit kompradorskich.

Jeszcze gorszy los spotkał chłopów. W oczach pazernej szlachty jedynym panaceum na gospodarcze bolączki państwa było zaostrzenie obowiązków pańszczyźnianych, co jeszcze osłabiało i tak już pożałowania godną pozycję mieszkańców wsi w piramidzie społecznej Rzeczypospolitej. Warto odnotować, że w opinii historyka Jana Rutkowskiego był to jeden z czynników słabości polskiej armii. W zachodnioeuropejskich absolutyzmach, gdzie interesy poszczególnych stanów były równoważone przez silną władzę królewską, warstwa włościańska stanowiła jedną z podpór państwa, co umożliwiało formowanie większych sił zbrojnych. Tymczasem w Polsce wyzyskiwane do granic możliwości chłopstwo nie utożsamiało się z władzą, co zresztą bardzo mocno wrosło w naturę polskiego społeczeństwa i do dziś ciąży na jego mentalności. Symbolem tej postawy może być zachowanie bohatera noweli Stefana Żeromskiego pod tytułem „Rozdziobią nas kruki i wrony”, który ograbia ciało martwego powstańca, nie odczuwając żadnego szacunku dla sprawy, dla której nieboszczyk oddał życie.

Kiedy na Zachodzie poprawa losu wieśniaków przyczyniła się do wzrostu wydajności rolnictwa, co wraz z rozwojem miast stworzyło fundament pod narodziny przemysłu, to w tym samym czasie polscy ziemianie uzyskiwali korzyści ekonomiczne dzięki krótkowzrocznej polityce gnębieniu ludu pańszczyzną i celowego wykluczania mieszczaństwa z obrotu gospodarczego. W konsekwencji tych dwóch odmiennych dróg rozwoju zwiększały się wpływy podatkowe państw zachodnich, a skarbiec polskiego króla cierpiał na chroniczny brak funduszy. Jan Wimmer obliczył, że budżet Rzeczpospolitej stanowił 3% środków finansowych pozostających w dyspozycji monarchy francuskiego, 4,2% budżetu króla Anglii, 5% wpływów tureckiego sułtana i 50% zasobów władcy malutkiej Danii. Wynikało to nie tylko z braku choćby zalążka sektorów gospodarki wytwarzających produkty o wysokiej wartości dodanej, ale również z niechęci do płacenia podatków przez samą szlachtę. Jan Rutkowski oszacował obciążenia fiskalne warstwy ziemiańskiej na około 5-6% ich dochodu.

Efekty takiego stanu rzeczy nie były trudne do przewidzenia. Podczas gdy sąsiednie monarchie dysponowały dużymi i sprawnymi armiami zaciężnymi, Polska nadal opierała się głównie na zaciągu towarzyskim, zaś dodatkowe środki na zatrudnienie żołnierzy najemnych uchwalano ad hoc, w przypadku nagłego zagrożenia wojną. Dopiero Sejm niemy wprowadził stałe podatki na wojsko, jednakże w założeniu miało to umożliwić utrzymanie raptem 18 tysięcy żołnierzy w Koronie i 6 tysięcy na Litwie. Jeszcze bardziej mizernie przedstawiał się stan polskiej artylerii. Gdy Alojzy Fryderyk Brühl przejmował nad nią pieczę, naliczył się „aż” sześciu armat. Z upływem czasu było jeszcze gorzej. Jak wskazuje Władysław Konopczyński, po 1775 roku udało się utrzymać zaledwie 18,5 tysiąca żołnierzy, chociaż mocarstwa ościenne pozwoliły Polsce na posiadanie pod bronią 30 tysięcy ludzi. Dopiero reformy Stanisława Augusta Poniatowskiego pozwoliły zwiększyć wpływy podatkowe okrojonego już wówczas państwa, co pozwoliło w 1792 roku wystawić na wojnę z Rosją 56-tysięczną armię. Niemniej jednak stało się to zbyt późno, by dało się powstrzymać upadek Rzeczpospolitej.

Kontrastuje to z nauką płynącą z dziejów wielkich imperiów, które przez setki lat dominowały nad ogromnymi obszarami świata właśnie dzięki doskonałej organizacji aparatu państwowego z wojskiem na czele. Rzymska Republika w okresie swej świetności opierała swoją siłę militarną na obywatelach-rolnikach, którzy w obliczu zagrożenia byli w stanie stworzyć duże armie. Dzięki takiemu rozwiązaniu Rzym potrafił w błyskawicznym tempie podnieść się nawet z najcięższych klęsk. Hannibal i Pyrrus mogli odnosić swoje krwawo okupione zwycięstwa nad wojownikami znad Tybru, ale za sprawą siły rzymskiego ducha i zasobności ich państwowego skarbca musieli w końcu ustąpić. W 105 roku przed Chrystusem Rzymianie zostali rozgromieni przez Cymbrów i Teutonów pod Noreią i Arausio, ale już trzy lata później pod wodzą Mariusza wycięli w pień te germańskie ludy w walnej bitwie pod Aquae Sextiae. Co prawda wraz z upływem czasu, w wyniku presji zamożnych senatorów, doszło do stratyfikacji majątkowej w łonie rzymskiego społeczeństwa, co osłabiło bazę rekrutacyjną armii, to jednak tworzony w międzyczasie system fiskalny zaczął dawać owoce. Jedną z charakterystycznych cech epoki Cesarstwa było funkcjonowanie stałej armii zawodowej, która wzorem swej republikańskiej poprzedniczki stanowiła prawdziwie morderczą machinę wojenną. Po zagładzie trzech legionów w Lesie Teutoburskim udało się bez większych problemów zorganizować ekspedycję karną pod dowództwem Germanika, która skutecznie odebrała germańskim barbarzyńcom chęć do walki. Nawet w okresie chaosu, jaki zapanował po śmierci Marka Aureliusza, imperium potrafiło niewzruszenie panować nad Morzem Śródziemnym z przyległościami, co trwało aż do upadku samego systemu fiskalnego wskutek utraty na rzecz Wandalów bogatych prowincji Galii i Afryki.

Polacy zupełnie nie potrafili wyciągnąć lekcji z tej historii i nie zadbali o wzmocnienie fundamentów swej państwowości, przez co zaprzepaścili nienaruszalną zdawać by się mogło pozycję Rzeczpospolitej Obojga Narodów na mapie wczesnonowożytnej Europy. Ostatecznie doszło do rozbiorów Polski, w których partycypowały trzy ościenne mocarstwa. Wśród nich znalazły się Prusy, które dzięki doskonałej jak na ówczesne czasy organizacji państwa, ze szczególnym uwzględnieniem systemu fiskalnego, stały się lokalną potęgą. Podczas gdy król Stanisław August Poniatowski nie był w stanie znaleźć środków na wystawienie 30-tysięcznej armii, daleko mniejsze państwo Fryderyka Wielkiego zdołało utrzymać 200-tysięczne wojsko, na co wystarczyły dochody z samego tylko Dolnego Śląska, zajętego przez armie Starego Fryca podczas wojny o sukcesję austriacką. Trudno o większy kontrast. W tym momencie nadchodzi czas na kluczowe dla niniejszego tekstu pytanie: czy płynąca z tej historii lekcja może przemówić do wyobraźni Polaków? Czy jesteśmy w stanie się zmobilizować do odbudowy państwowości z prawdziwego zdarzenia, by Polska przestała być „państwem teoretycznym”? Pozostaje wyrazić obawę, że ta historyczna argumentacja może nie odnieść skutku. Ów pesymizm wynika z dwóch przesłanek.

Po pierwsze, wbrew znanej łacińskiej sentencji, historia nie jest dla naszych rodaków nauczycielką życia. Choć lubimy się do niej odwoływać, to jedynie w celu racjonalizowania swoich narodowych resentymentów przywoływaniem traumatycznych momentów naszych dziejów, przy jednoczesnym bagatelizowaniu lub wręcz kompletnym ignorowaniu własnych ciemnych kart historii. Najlepszym przykładem jest panująca w Polsce rusofobia, mająca swoje źródła w skądinąd faktycznych zbrodniach kolejnych wcieleń państwa rosyjskiego na Polakach, które jednak nie mają prawa się powtórzyć ze względu na nieodwracalny zanik okoliczności, które niegdyś doprowadziły do polsko-rosyjskich konfliktów. Od momentu utraty przez Polskę ziem ruskich, odziedziczonych po Wielkim Księstwie Litewskim za sprawą Unii Lubelskiej, nie istnieje spór terytorialny między Warszawą a Moskwą. Komunizm skończył na śmietniku historii, więc zasadnicze różnice ideologiczne uległy zatarciu. Mimo tego niewielu Polaków jest zdolnych zdobyć się na głębszą, pozbawioną uprzedzeń refleksję, co mogłoby doprowadzić do zasadniczych przewartościowań we wzajemnych stosunkach. Podobnież niechętnie wspominamy swoje własne przewiny. Wylano już hektolitry krokodylich łez nad wiekami niedoli narodu polskiego pod moskiewskim butem, ale już awantura z Dymitrem Samozwańcem i okupacją Kremla jest zazwyczaj opisywana z nieskrywaną dumą. Zamiast analizować własne błędy i przewinienia, wolimy wypominać sąsiadom, że wykorzystywali naszą słabość, tak jakbyśmy my sami tego nie robili wobec innych krajów. Mimo przeprosin kolejnych rosyjskich prezydentów wciąż czynimy Rosjanom wyrzuty o zbrodnię katyńską, jednocześnie zapominając, że podczas buntu Lubomirskiego to polscy rokoszanie wymordowali kilka tysięcy wziętych do niewoli w bitwie pod Mątwami rodaków, nota bene stanowiących elitę naszego wojska, zaprawioną w bojach z kozactwem zaporoskim, Szwedami i Moskalami. Właśnie ten brak zdolności do krytycznego spojrzenia na własną historię jest kluczowym problemem, który praktycznie uniemożliwia wyciąganie lekcji z przeszłości.

Po drugie, za sprawą traumatycznych doświadczeń w okresie zaborów wykiełkowała w umysłach Polaków nieufność wobec władzy, dodatkowo podsycona w ostatnim ćwierćwieczu za sprawą liberalnej propagandy o prymacie interesu jednostki nad dobrem publicznym. Niemniej jednak podstawowym źródłem anarchistycznej mentalności mieszkańców naszego kraju jest kulturowy balast z okresu Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Szlachcic na zagrodzie przekazał w genach współczesnym mieszkańcom kraju nad Wisłą przywiązanie do „złotej wolności”. Od upodlonego przez egoistyczną szlachtę pańszczyźnianego chłopa odziedziczyliśmy skłonność do permanentnego kombinowania. Wymienione powyżej czynniki znalazły skutek w kompletnym wyjałowieniu umysłów znacznej części naszych rodaków z instynktu państwowego, co zaś wywarło przemożny wpływ na polityczną, społeczną i gospodarczą rzeczywistość III RP.

Współczesnym produktem tej kulturowej spuścizny jest „prawicowy patriota”, którego światopogląd składa się ze sprzecznych elementów: miłości do abstrakcyjnego wyobrażenia ojczyzny i niechęci do jej rzeczywistego ucieleśnienia. Przykładem takiej postawy może być choćby wypowiedź Jarosława Gowina, skądinąd przedstawiciela samozwańczego „obozu patriotycznego”, który wyraził radość z bankructwa aktywnego w polityce społecznej państwa, nazywając je „opresyjnym autorytaryzmem”. Ten mechanizm działa w znacznym stopniu na zasadzie kompensacji. Im bardziej radykalne odrzucenie autentycznego państwa, tym silniejsza namiętność do wyimaginowanej Polski rodem z koszulek firmy „Red is Bad”. Nic więc dziwnego, że za największych patriotów uważają się kibice piłkarscy, na co dzień mający kłopoty z prawem, jawnie deklarujący nienawiść do służb mundurowych, dewastujący należące do narodu pociągi, tudzież szpecący farbą tatrzańskie granie w imię szczeniackiego afektu do klubu sportowego. Nie można przy tym argumentować, że ludzie z zaniedbanych blokowisk posiadają zbyt niski kapitał kulturowy, by zrozumieć miałkość intelektualną swojej postawy, zatem nie mogą być brani za przykład reprezentatywny dla społeczeństwa jako całości. Środowiska kibicowskie mają bowiem silne powiązania z organizacjami o charakterze narodowym, które przynajmniej w teorii powinny zaszczepiać w nich właściwe postawy. Niestety, bardzo chętnie korzystający z poparcia kibiców działacze Ruchu Narodowego nawet nie próbują wychować tej młodzieży w bardziej odpowiednim kierunku. Zamiast tego widzimy proces odwrotny: przesycenie części środowisk nacjonalistycznych stadionową subkulturą ze wszelkimi tego konsekwencjami, również dla stosunku do własnego państwa i jego służb. Co prawda główne ostrze agresji młodzieży z blokowisk kierowane jest w stronę policji, to jednak pośrednio obrywa się również wojsku.

Dzieje się to poprzez kultywowanie tradycji wrogości wobec instytucji publicznych i danin płaconych na rzecz skarbu państwa. Wzorcowi patrioci lubią mówić o sobie, że w razie konfliktu zbrojnego to właśnie oni – w przeciwieństwie do zniewieściałych lemingów w rurkach – staną w obronie ojczyzny. Jednocześnie jednak wyjątkowo często zasilają szeregi entuzjastów Janusza Korwin-Mikkego, który jawnie nawołuje do zniesienia podatków, stanowiących wszak jedyne źródło funduszy na rozwój sił zbrojnych. W jego mniemaniu dobrym rozwiązaniem problemu obronności jest przywrócenie powszechnego dostępu do broni. Analogia do pomachujących szabelkami zaściankowych szlachciców narzuca się sama. W sukurs jegomościowi z muszką idą zaczadzeni amerykańską kulturą prawicowi republikanie. Powołują się często na casus przedwojennej Polski, w której legalny dostęp do broni pozwolił na utworzenie w czasie okupacji zbrojnego ramienia państwa podziemnego. Jakkolwiek nie negują obronnej funkcji państwa, to brak im gotowości do ponoszenia kosztów w wysokości wystarczającej do stworzenia armii zdolnej do obrony granic Rzeczpospolitej. Pozbawione funduszy państwo dopuszcza się desperackich gestów, jak choćby przyjęcia od Niemiec wysłużonych czołgów Leopard, których działa nie są w stanie spenetrować pancerzy najnowocześniejszych wozów bojowych sąsiednich mocarstw. W praktyce takie siły zbrojne będą zdolne jedynie do obrony interesów ekonomicznych wielkiego biznesu i finansjery w obliczu wywołanych neoliberalną terapią szokową niepokojów społecznych.

Można domniemywać, że głównie o to im chodzi, gdy mówią o konieczności istnienia resortów siłowych. Fakt, że po 1989 roku przyjęto w Polsce neoliberalny model polityki ekonomicznej nie jest wyłącznie konsekwencją dominującego wówczas klimatu ideologicznego, naznaczonego wolnorynkowymi reformami Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Nie ulega wątpliwości, że doktryna ta trafiła na podatny grunt z uwagi na kulturową spuściznę polskiego narodu. Uważny obserwator naszego życia gospodarczego znajdzie niejedną analogię do okresu Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stosunki między pracodawcami a pracownikami jako żywo przypominają model folwarczno-pańszczyźniany. Młodzi absolwenci muszą odpracować swoje na darmowych stażach i praktykach, by następnie przez długie lata harować w pocie czoła za pensję nie pozwalającą na awans społeczny. Rentowność przedsiębiorstw, podobnie jak to było w przypadku szlacheckich folwarków, opiera się przede wszystkim na niskich kosztach pracy. Utrzymuje się również dualizm gospodarczy na poziomie europejskim. Niderlandzkich kupców, przemierzających nabrzeże Motławy w oczekiwaniu na barki ze zbożem zastąpili niemieccy menedżerowie, doglądający swych nadwiślańskich montowni półproduktów. Tym samym znaczna część łańcucha wartości dodanej pozostaje poza granicami kraju, co wzmacnia pozycję Polski na peryferiach systemu gospodarczego. Sytuację dodatkowo komplikuje przyzwolenie społeczne na wystawne życie przedsiębiorców i unikanie przez nich płacenia podatków. Podczas gdy państwo potrzebuje poważnych inwestycji w edukację, infrastrukturę i obronność, popularni „janusze biznesu” wolą kupować swoim synom najnowsze modele niemieckich bądź japońskich samochodów. Skojarzenie z herbowymi panami, których umiłowanie do zbytków spędzało Janowi Kochanowskiemu sen z powiek, narzuca się samo.

W ramach konkluzji wypada stwierdzić, że cechy narodowe, które doprowadziły do powstania niewydolnego ustroju politycznego i w konsekwencji rozbiorów Polski przetrwały, a nawet umocniły się w mentalności naszego narodu. Uformowane w toku egzystencji w zacofanym ustroju pańszczyźnianym nawyki nie dają się tak łatwo wymazać z ludzkich umysłów. Długie lata zaborów i okupacji pozostawiły po sobie antypaństwowe resentymenty. Nie oznacza to jednak, że historia musi się powtórzyć. Nie jesteśmy skazani na kolejny upadek polskiej państwowości. Można temu zapobiec, wymaga to jednak poczynienia ogromnego wysiłku na polu światopoglądowej formacji młodych pokoleń Polaków w kierunku właściwie pojętego patriotyzmu, statokratyzmu i organicyzmu w duchu nauki społecznej Kościoła. Koniecznie należy również czynnie przeciwstawiać się antypaństwowej propagandzie liberałów, którzy żerują na ludzkiej ignorancji i naiwności, szczególnie widocznej wśród uczniów i studentów, chłonących niczym gąbka choćby najgłupsze elukubracje politycznych celebrytów. W przypadku powodzenia tego przedsięwzięcia Polska przestanie być „politycznym eunuchem”, poszturchiwanym przez globalne siły wielkiego kapitału, odzyskując w końcu pełną suwerenność, a wraz z nią należną mu pozycję lokalnego mocarstwa. Jeśli jednak zaniedbamy ten obowiązek, to zaskarbimy sobie nową przypowieść, że Polak nie tylko przed szkodą, ale i po szkodzie jest głupi.

Rafał Sawicki

rozbior