Zestrzelenie rosyjskiego Su-24 i późniejsza postawa władz Turcji wobec tego wydarzenia stało się przyczyną protestów antytureckich w Grecji i Bułgarii. W Atenach kilkadziesiąt osób przeszło z Placu Konstytucji pod ambasadę turecką gdzie spłonęły flagi USA i Turcji. Obecny na manifestacji lider lewicowej Partii Jedność Ludowa Panagiotis Lafazanis nazwał działania władz w Ankarze „niczym nie uzasadnionym i niemożliwym do przyjęcia aktem wojny powodującym kolejne niebezpieczeństwa w regionie.” Postulaty demonstrantów wyraził Andreas Zafiris z ruchów Ocalić Syrię przed NATO i Ocalić Donbas: „Chcemy pokoju w regonie, zarówno w Grecji, w Turcji, w Syrii, ale też w Kurdystanie i na Ukrainie. Pragniemy pokoju i prawa ludzi do określania swojego losu, bez interwencji z zewnątrz”.
W Sofii demonstrację pod ambasadą turecką zorganizowała nacjonalistyczna partia Ataka. Jej przewodniczący Wolen Siderow tak komentował ostatnie wydarzenia: „W obecnej sytuacji Rosja walczy z terroryzmem. Co więcej, czyni to skutecznie. Przez dwa miesiące rosyjskie siły zbrojne dokonały tyle, ile Amerykanie, Francuzi, Niemcy i inni nie osiągnęli przez półtora roku. Co to oznacza? Rosja stała się poważnym graczem geopolitycznym, a Amerykanie nie mogą się z tym pogodzić.” Uczestniczy protestu nieśli m.in transparenty z hasłami „Okupanci z USA i NATO – precz z Bułgarii”, „Przyjaciele Rosji i świata prawosławnego” i odnoszący się do wojny rosyjsko-tureckiej po której Bułgaria odzyskało niepodległość „Nie zapomnieliśmy, zemścimy się”.
(na podst. RT)









3 komentarze