Alain de Benoist: Wojna jest formą wzajemnego szacunku

Po styczniowych atakach w Paryżu, miliony ludzi maszerowały w większych miastach pod hasłem  Je suis Charlie”. W ostatnich dniach, po atakach z 13 listopada widzieliśmy jedynie sporadyczne zgromadzenia, do których doliczyć należy także „narodowy hołd” pod przewodnictwem Françoisa Hollande’a na Placu Inwalidów. Skąd ta różnica?

Alain de Benoist: Ataki ze stycznia i listopada bardzo się różnią. W styczniu, terroryści zmasakrowali dziennikarzy, których oskarżyli o bluźnierstwo przeciwko Mahometowi, a potem zabijali żydów za sam fakt bycia żydami. Protestującym, którzy w znakomitej większości nie byli ani żydami, ani dziennikarzami, łatwo było wyrażać swoją solidarność z „Charlie”. 13 listopada terroryści nie uderzyli w tak określony cel. W klubie Bataclan nie pytali o religię czy pochodzenie. Masakrowali wszystkich, niezależnie od wieku, płci, wyznania, poglądów czy zawodu. Zrozumieliśmy, że każdy stał się potencjalnym celem. Był to dla nas zimny prysznic.

Choć w obu przypadkach sprawcy byli podobni (młodzi i „zradykalizowani”), inne były okoliczności. Atak na „Charlie Hebdo” można nazwać „religijnym”, ten z Bataclan – politycznym. 13 listopada terroryści chcieli ukarać nas za zaangażowanie militarne w Syrii, zaatakowano francuską politykę zagraniczną. Hollande zrozumiał to, natychmiast każąc lotnictwu zintensyfikować operacje i inicjując szereg rozmów dyplomatycznych. Jak napisał Dominique Jamet, „nie możemy toczyć wojny gdzieś daleko i mieć pokoju u siebie”. My walczymy z nimi, oni walczą z nami. To bardzo proste.

Część rodzin ofiar odmówiła udziału w ceremonii na Placu Inwalidów, uznały bowiem, że obecne władze są głównym odpowiedzialnym za ataki. Czy ich reakcję można nazwać przesadną?

Nie. 13 listopada dopiero po kilku godzinach, podczas których dziesiątki osób były mordowane, do Bataclan przybyli antyterroryści. Już to jest problemem. Ale przede wszystkim, należy napiętnować francuski system informacji. Tak zwany „wywiad terytorialny”, zajmujący się gromadzeniem i analizą danych, jest kluczowy dla bezpieczeństwa kraju, bo patrolujący ulice policjanci czy żołnierze zredukowani do roli ochroniarzy swoją obecnością stwarzają jedynie wrażenie bezpieczeństwa, nie chroniąc w rzeczywistości nikogo.

Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DGSI) zastąpił w ubiegłym roku powołane w 2008 r. przez Nicolasa Sarkozyego DCRI powstałe z połączenia sił operacyjnych DST z Wywiadem Generalnym (RG) – służbą informacyjną pozbawioną wielu możliwości. Ten hybrydowy twór kumulujący wady obu komponentów szybko zaczął mnożyć błędy i pomyłki. DGSI, bardziej nadająca się do szpiegowania dziennikarzy niż walki z dżihadyzmem, posiada informacje o tysiącach niebezpiecznych osób, ale z braku poważnego przeszkolenia kryminologicznego nie może zidentyfikować tych, którzy naprawdę są gotowi do podjęcia działań. Co więcej, służby dalej nie rozumieją, że terroryści to już nie bin Laden, ale młodzi bandyci z przedmieść. Rezultatem są ataki z ostatniego roku. W Tunezji po ataku na Muzeum Narodowe zwolniono wszystkich szefów służb wywiadowczych. Należy żałować, że Francji nie było stać na podobne posunięcie.

„Państwo Islamskie” nie ukrywa, że gardzi cywilizacją Zachodu, którą uznaje za zdeprawowaną i dekadencką. Jak na to odpowiedzieć?

Dekadencja dzisiejszego Zachodu jest faktem. Faktem jest też, że interwencje zachodnie na Bliskim Wschodzie od lat dziewięćdziesiątych owocują jedynie wojną i chaosem. Ale gloryfikowanie naszych wad jest najgorszą z możliwych odpowiedzi. Nasza dekadencja sprawia, że nie jesteśmy w stanie naprawdę poradzić sobie z dżihadyzmem, gdyż zawsze jest ona wstępem do upadku. Po styczniowych atakach Hollande wzywał obywateli, by wrócili do „konsumowania”. Teraz mówił, aby „bawić się dalej”. Ceremonia na Placu Inwalidów była wyrazem woli płaczu, nie walki. Ale przez piosenki i zabawę nie można pobudzać odwagi i woli ani stworzyć narodowej jedności. Jak napisał Olivier Zajec, „to narody, a nie konsumpcja czy moralność mogą przywrócić światu formę i znaczenie.”

Wojna jest formą wzajemnego szacunku, w którym zawiera się również stosunek do siebie samego. „By wiedzieć jakie są nasze interesy, musimy najpierw wiedzieć, kim jesteśmy” (Hubert Védrine). W „Zakorzenieniu” Simone Weil pisze: „istoty wykorzenione mogą wybrać tylko dwie postawy: albo popaść w inercję duszy niemal równą śmierci, albo rzucić się w wir działania obliczonego na wykorzenienie, często w wyniku przemocy, tych, którzy całkowicie lub częściowo nie poddali się jeszcze wykorzenieniu”. Wobec uniwersalizmu prowadzącego do wykorzenienia Europa nie ma innego wyboru poza określeniem tego, co jest właściwe.

Źródło: Lafautearousseau (Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl. Tytuł pochodzi od redakcji Xportalu)

 

 

 

 

 

 

Leave a Reply