Od Redakcji: Przedstawiamy wywiad z Guillaumem Lenormand, francuskim nacjonalistą i ochotnikiem walczącym najpierw w Donbasie, a teraz w Iraku.
Najpierw Donbas, teraz Irak. Dlaczego?
Chciałem walczyć z wahabitami i takfirystami. Kiedy zacząłem myśleć o tym poważnie, w 2012 r., cała uwaga była skupiona na Froncie al-Nusra. Daesz powstało w Iraku i chociaż działania w Syrii sprawiły, że grupa ta jest tak znana, to właśnie Irak pozostaje miejscem jej założenia i główną bazą.
W 2014 r. byłem w Donbasie, zyskałem umiejętności i doświadczenie. Nie chciałem ich zmarnować, lecz mądrze wykorzystać. Tam wojna już się skończyła, przynajmniej dla nas, żołnierzy. Zostało jeszcze trochę pracy, ale raczej przeszkadzalibyśmy w niej niż nieśli pomoc (co częściowo zamierzam wyjaśnić w książce o tej małej przygodzie, która ukaże się niedługo).
Nie mogłem się zdobyć na zakończenie podobnych działań, więc zmieniłem teren pracy. Poza tym, zawsze chciałem jechać do Iraku. To piękny kraj o długiej historii.
Jak wygląda sytuacja na miejscu?
Jestem tu od niedawna, więc nie mam pełnego obrazu sytuacji. Jesteśmy na terenie kontrolowanym przez peszmergów, gdzie część mieszkańców stanowią szyici posiadający własne oddziały ochronne. Czasami dochodzi między nimi do napięć i starć. Peszmergowie koncentrują się na wzmocnieniu linii fortyfikacji. Chcą, żeby była to „ostateczna” granica ich terytorium. Front jest względnie spokojny, pozycje Daesz są jakieś trzy kilometry od nas. Atakują korzystając z warunków pogodowych – deszczu, mgły – tak jak w noc w którą przyjechałem.
Dlaczego dołączyłeś do tego oddziału? Jak wygląda tam życie?
Wybrałem ich, bo wedle mojej wiedzy to, peszmergowie są jedyną (oprócz Daesz!) grupą przyjmującą ochotników z Zachodu. W tej samej brygadzie służy też inna grupa ochotników z Francji. Przyjechali wcześniej, udało im się już sporo dokonać i bardzo pomogli nam w aklimatyzacji.
Brakuje nam sprzętu, musimy zdobywać go sami. Zbieramy go z pola walki, kupujemy, montujemy samemu – jak w Donbasie. Różnica jest taka, że tu zachęca się nas do poprawy sytuacji, nikt nas nie blokuje.
Kurdowie są znacznie lepiej zorganizowani niż bojownicy z Donbasu. To zresztą nic niezwykłego – walczą o wiele dłużej. Są też przyzwyczajeni do działania z ludźmi z Zachodu, więc sprawy posuwają się do przodu szybciej niż z Rosjanami (ale i tak jest zupełnie inaczej niż w zachodnich armiach).
Jakie są twoje zadania? Brałeś już udział w walkach?
Wieczorem, kiedy przyjechaliśmy, nagle posłano nas na front, żeby utrzymać pozycje. Brygada cudzoziemska służy jako siły szybkiego reagowania. To zaszczyt i dość ważne zadanie. Ale jak mówiłem, przyjechałem dopiero niedawno. Inni ochotnicy z Zachodu byli tu znacznie wcześniej, niektórzy służą np. jako eskorta wyższych oficerów. Wiemy, że niektórzy dowódcy próbują trzymać cudzoziemców na tyłach, to nieuniknione i możliwe do przewidzenia w tego typu konflikcie. Ale inni dowódcy chcą używać nas w działaniach operacyjnych. Chcemy się przydać i prędzej czy później wziąć udział w walkach. Już jesteśmy lepsi niż w Donbasie. Ostatecznym celem naszej grupy (Qalubna Maa’kum) jest stworzenie batalionu i mobilnej jednostki medycznej do działań na “szarych” odcinkach frontu. Ranni bardzo często umierają w drodze do szpitali i musimy mieć możliwość ustabilizowanie ich stanu zanim tam dotrą. Chcemy też blisko współpracować z ludnością cywilną i nie dać się wciągnąć w konflikty wyznaniowe. Ostatecznie, Irak zostanie ocalony przez Irakijczyków (niezależnie czy są Kurdami, szyitami, jezydami, sunnitami czy chrześcijanami) a nie przez nas. My jesteśmy tylko skromnym wsparciem.
Czy władze francuskie nie depczą Ci po piętach z powodu udziału w walkach za granicami kraju?
Póki co, nie. Nie dostajemy pieniędzy, zatem nie można uznać nas za najemników. Francja (co prawda na papierze) jest sojusznikiem peszmergów, a my nie robimy nic sprzecznego z prawem.
Osobiście patrzę na to raczej jak Amerykanin (posiadam obywatelstwo USA) niż jak Francuz. Amerykanie są przyzwyczajeni do udziału w wojnach w odległych krajach, to nikogo nie szokuje. Dopóki nie dołączą do grupy uznawanej za terrorystyczną, nie mają powodów do obaw. Dla Francuzów to nieco bardziej skomplikowane, zwłaszcza przy obecnej polityce rządu i stanie wyjątkowym. Rząd francuski nie potrzebuje mocnych argumentów, żeby uprzykrzać życie tym, których chciałby wyeliminować.
Źródło: breizh-info.com
Tłumaczenie: Redakcja Xportal.pl
