14 stycznia przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz próbował wyjaśnić intencje leżące u podstaw jego wcześniejszych wypowiedzi o sytuacji politycznej w Polsce, które wywołały w naszym kraju oburzenie. I rzeczywiście wyjaśnił.
– Strategia, by interpretować zwycięstwo wyborcze jako mandat do transformacji kraju i podporządkowania wszystkiego prerogatywom zwycięskiej partii, nie powinna być realizowana w kraju członkowskim UE. To miałem na myśli. (…). Jako niemiecki polityk widzę szczególną odpowiedzialność mojego kraju za stosunki polsko-niemieckie. – powiedział Schulz.
Źródło: onet.pl
Komentarz Redakcji: W powyższych słowach na uwagę zasługują dwa elementy. Po pierwsze, fakt, iż Schulz zdjął wreszcie maskę ponadnarodowego urzędnika Unii Europejskiej stojącego na straży bezstronnych standardów i przyznał otwarcie, że w sprawie Polski wypowiada się „jako niemiecki polityk”, czyli prezentuje partykularny niemiecki, a nie urojony „europejski” punkt widzenia. Po drugie, stwierdzenie, że obozowi politycznemu, który wygrał wybory w swoim kraju, nie wolno reformować państwa w sposób zgodny z jego programem czy przedwyborczymi obietnicami. Musi najpierw prosić o pozwolenie Unię Europejską i zrezygnować, jeśli Unia Europejska nie da mu zielonego światła. A o tym, na co pozwala Unia Europejska, a czego zabrania i komu, decyduje Berlin. Mandat wyborczy nie ma tu żadnego znaczenia. Latem przekonał się o tym grecki rząd Aleksisa Ciprasa. Obecnie może się o tym przekonać rząd Polski. (A.D.)









4 komentarze