Dyrektor europejskiego oddziału firmy Google nie przyznał się przed komisją śledczą, ile wynosi jego wynagrodzenie. Choć informacja była istotna dla brytyjskich organów prawnych, Matt Brittin ograniczał się tylko do zapewnienia, że nie ma pojęcia, jak kwotowo wygląda jego miesięczna pensja.
Rozmowa została przeprowadzona w ramach przesłuchania komisyjnego – krajowi prawodawcy chcieli przebadać spółkę i jej sytuację w sprawie zaległości podatkowych, jakich Google dopuścił się w Wielkiej Brytanii. Choć w zeszłym miesiącu firma zgodziła się na uregulowanie należności, Brytyjczycy nie są zachwyceni z wyniku sprawy, a Brittin po raz kolejny trafił na nagłówki gazet – donosi serwis CNN Money.
Zgodnie z umową z organami podatkowymi, Google zgodził się zapłacić 130 milionów funtów w celu pokrycia nieopłacanych od 2005 roku podatków. Umowa wzburzyła nieco krew Brytyjczykom, którzy nazwali ją „uroczą umową”, bo w ich opinii Google powinien zapłacić znacznie więcej brytyjskiemu fiskusowi.
Oliwy do ognia dolało tylko przesłuchanie Brittina, który zapewniał komisję, że jeśli jego wynagrodzenie jest istotne w sprawie, to je dostarczy, ale na daną chwilę nie ma pojęcia, ile konkretnie zarabia.
To wyznanie wzbudziło na sali salwę śmiechu. Wyraził zgodę jedynie na prywatne podanie kwoty. Jego wynagrodzenia brakuje nawet w rocznym raporcie całej spółki.
Za: Bankier.pl








