Michał Mazur: Gdzie jest granica zła? Część II. Dalsze przykłady i źródła ukraińskiego wsparcia dla ekstremizmu islamskiego

Pół roku temu napisałem artykuł poświęcony problemowi sympatyzowania części środowisk ukraińskich z radykałami islamskimi (w Xportalu pojawił się on później, na początku lutego br., pod tytułem Gdzie jest granica zła? Źródła ukraińskiego wsparcia dla Państwa Islamskiego). Początkowo można było odnieść wrażenie, że jest to tendencja chwilowa, wynikająca ze słabości ukraińskiego państwa, z moralnego zagubienia społeczeństwa, zaskoczonego zarówno „rewolucją” jak i wojną na wschodzie kraju – i sam przez długi czas też tak to odbierałem. Niestety, wygląda na to, że sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż oprócz tych osób, środowisk i ich postaw, które najtrafniej określa słowo „aberracja” pojawiają się także wątki związane z najgłębszymi, immanentnymi treściami kultury ukraińskiej. I co ciekawe, w takim spojrzeniu utwierdziła mnie także opinia kogoś, kto wcześniej jednoznacznie zadeklarował się po stronie Majdanu.

Przyznaję, nie spodziewałem się, że problem na który zwróciłem uwagę wcześniej okaże się jedynie wierzchołkiem góry lodowej. W ostatnich miesiącach dowiadywałem się o różnych dziwnych i szokujących sprawach, toteż postanowiłem napisać kontynuację artykułu nt. pro-ISISowskich (tudzież pokrewnych) sympatii ukraińskich nacjonalistów, podając także pewne przykłady afirmacji oraz głoszenia idei, których esencję stanowi porównywalnie wielkie zło. A zatem, po kolei (a poniekąd także chronologicznie) – najpierw dokończmy temat różnorakich aberracji ukraińskich, później przejdziemy do źródeł ideowych dla tychże (tzn. wskazując je dla tych przykładów, gdzie można pokusić się o wskazanie jakiejkolwiek podbudowy ideowej).

Dość wymownym przykładem podobieństw ideologicznych miedzy ISIS a neonazistami na Ukrainie jest to, co wydarzyło się w lipcu 2015 r. w Szyrokino pod Mariupolem, gdzie „patrioci” z Misanthropic Division (wchodzący w skład Azowa) publicznie spalili ikony i Biblię. Na zdjęciach tradycyjnie pokazują swoje flagi z napisem Toten fur Wotan – „Zabijać dla Wotana”, ten sam motyw pojawia się w ich grafikach i innych materiałach propagandowych. Warto przypomnieć, że już od początku otwartego konfliktu zbrojnego na Ukrainie o funkcjonowaniu tamże grup skrajnych, reprezentujących tendencje antychrześcijańskie, informowali m.in. ks. Isakowicz-Zaleski, środowiska kresowe oraz Xportal (patrz notka Ukraina: „Azow” przeciw chrześcijaństwu). Niestety, sympatię dla elementów antychrześcijańskich, skrajnych islamistów itd. mogliśmy dostrzec także u wysokich rangą oficjeli ukraińskich jak Anton Heraszczenko, doradca ministra spraw wewnętrznych Ukrainy (o sprawie jego skandalizującego wpisu na FB następnego dnia informował Xportal, bodajże jako pierwsze z polskich mediów). W tym miejscu chciałem zwrócić uwagę, że podobne poglądy mogły reprezentować także szersze kręgi rządowe Ukrainy: z ciekawą sytuacją mieliśmy do czynienia pod koniec lutego br., gdy rosyjski projekt rezolucji w sprawie Syrii został zablokowany przez trzech członków stałych Rady Bezpieczeństwa – USA, Francję i Wielka Brytanię (czyli przez państwa, którym zależało od samego początku na destabilizacji Syrii), a oprócz tego przez trzech członków niestałych, w tym Ukrainę (która jest członkiem niestałym Rady Bezpieczeństwa ONZ od 1 stycznia 2016 roku, obok Egiptu, Japonii, Senegalu i Urugwaju). Na Kremlu decyzję Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie rosyjskiego projektu rezolucji przyjęto ze smutkiem; jak wyraził to rzecznik Pieskow, „W takim przypadku można jedynie wrazić swój żal w związku z tym, że nie poparto projektu rezolucji”, podkreślając jednak, że Rosja będzie kontynuować swoją politykę w sprawie walki z terroryzmem (źródło: RIA/KRESY.PL). Widocznie ekscesy ISIS i innych terrorystów w Syrii nie tylko nie budzą sumień przedstawicieli ukraińskiego rządu (tudzież rządów zachodnich), ale stają się dlań wręcz okazją do „odegrania się” na Rosji. Szkoda tylko, że w wyniku tak bezdusznej, głupiej i małostkowej polityki konflikt w Syrii potrwa dłużej i pochłonie więcej niewinnych ofiar.

Natomiast wśród bojowników formacji „ochotniczych” na Ukrainie znalazło się wielu takich, którzy wcale nie zamierzali ukrywać swoich sympatii w stosunku do fanatyków islamskich: w czerwcu ub. roku świat obiegła informacja, że ludzie z rozformowanego w czerwcu ub. roku batalionu „Tornado” fotografowali się z flagami ISIS (info tu). Konwersja na islam w wydaniu ISIS jednego z nich, wyróżniającego się okrucieństwem jegomościa o nazwisku Liaszuk, była faktem dość szeroko znanym na Ukrainie (Liaszuk ukrywał się później przez ponad dwa miesiące, został jednak złapany i ukraińska prokuratura wojskowa postawiła mu zarzuty gwałtów, porwań i torturowania jeńców). Złota myśl ich dowódcy „Bez tortur życie byłoby nudne” byłaby zapewne bardzo bliska także oprawcom z ISIS… Z biegiem czasu stało się jasne, że w szeregach wszystkich w zasadzie tzw. batalionów ochotniczych na Ukrainie można spotkać sympatyków ISIS i innych radykałów, bynajmniej nie tylko wśród Czeczenów (dla Tatarów ukraińskich tego typu idee są bardziej odległe, choć niektórzy z nich radykalizują się poprzez związki z Turcją, gdzie mieszka część diaspory krymskotatarskiej), lecz także wśród ukraińskich konwertytów na ICH wersję islamu. Niebezpieczna sprawa. Być może pod bokiem Polski, w środowiskach ukraińskiej ekstremy rośnie sobie mały „kalifat”. Skąd biorą się takie konwersje? Przyznam, że nie wiem dokładnie – choć w mniej więcej tym samym czasie dowiedziałem się od pewnej dobrze poinformowanej osoby o zjawisku… konwersji na islam w rodzinach ludzi związanych ze służbami PRL. Z jednej strony niby trudno pojąć, jak element ateistyczny mógłby uwierzyć w cokolwiek innego niż ideologię opartą mocno na materializmie, z drugiej strony… ludzie ceniący bezwzględną siłę i likwidowanie fizyczne przeciwników mogą sympatyzować z również ceniącymi (a nierzadko także stosującymi) je ludźmi/środowiskami. Natomiast pełni niechęci do chrześcijaństwa, biorąc też pod uwagę zjawisko „głodu duchowego” – teoretycznie tacy ludzie mogliby pójść w stronę czegoś takiego jak np. radykalizm islamski.

Wracając do tematu Ukrainy – nieco później, w listopadzie ub. roku Dmytro Korczyński, jeden z liderów ukraińskich ultra-nacjonalistów, zaproponował, by bojownikom ISIS przyznać azyl, w końcu oni też walczą przeciwko Moskwie. Niesamowite… określił ich dosłownie jako „sojusznika”, na dodatek niedługo po tym, gdy „Zvezda” pisała o bojownikach islamskich, urządzających sobie wczasy na Ukrainie (latem 2014 roku bywało nawet tak, że urlopowani dżihadyści z ISIS i innych organizacji jeździli nad Morze Czarne… na wakacje. Wypatrzyły to media ukraińskie, zrobiło się o tym głośno – i dopiero później władze zaczęły kontrolować). Jednak najgrubsza sprawa wyszła od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy – wg oficjalnego komunikatu na ich stronie internetowej, ukraińskie służby zidentyfikowały na granicy bojowników ISIS, Emiratu Kaukaskiego i Al-Nusry, łącznie 59 osób w samym tylko 2015 roku (komunikat wydano 3-go listopada) – i co? SBU twierdzi, że część deportowali, a część po prostu cofnęli na granicy. Czyli mieli ich w garści, a wypuścili! Co ciekawe, przy tej okazji dostrzeżono, że na Ukrainie ISIS… nie było wówczas uznawane za organizację terrorystyczną, o czym przypomnieli także aktywiści z portalu PolitRussia (ich artykuł przetłumaczony na angielski zamieścił prorosyjski portal Fort Russ. Gwoli wyjaśnienia – na końcu odniesiono się w nim do tego, co opublikowała wcześniej „Zvezda” nt. dżihadystów wypoczywających na Ukrainie). Wygląda na to, że nawet jeśli SBU kłamała, to i tak pewnie było coś na rzeczy, skoro czuli się w obowiązku raportować w ten sposób. Nie wiemy jednak, czy ów komunikat był zgodny z prawdą: jak ich podsumowali Rosjanie, „dziś napiszą, że było to pięćdziesiąt osób, jutro że pięćset – i tak tego nie można zweryfikować w żaden sposób”. Nikomu nic więcej na ten temat nie udało się dowiedzieć, a Ukraina również ma całkiem niezłych dziennikarzy śledczych. Choć może trochę zastraszonych, zwłaszcza po śmierci Buzyny.

Tak czy owak, konkluzja jest jedna – władzom Ukrainy, organom tego państwa nie można ufać.

W połowie stycznia br. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy oficjalnie potwierdziła fakt obecności w szeregach ISIS co najmniej 50 mieszkańców Krymu, głównie Tatarów krymskich. W odpowiedzi na oficjalne zapytanie ukraińskich dziennikarzy SBU oświadczyło wprost, że „na terenie Ukrainy działają pojedyncze grupy zwolenników ideologii ISIS szerzące propagandę wśród swojego otoczenia. Prowadzą one werbunek nowych członków, przerzut osób wcześniej zwerbowanych (w tym pochodzących z krajów Kaukazu i Azji Środkowej) tranzytem przez terytorium Ukrainy i Turcji na tereny Syrii i Iraku, celem udziału w walce po stronie ISIS, a także szlakiem powrotnym. Organizują również materialne i finansowe zabezpieczenie dla bojowników, oferując im miejsca tymczasowego pobytu, paszporty oraz dokumenty przejazdowe”. Nadto, elementy deklarujące sympatię dla radykałów islamskich pojawiły się wśród uczestników nielegalnej blokady Krymu: na zdjęciu mającym „reklamować” zniszczenie energetycznej linii przesyłowej na Krym rozpoznana została Amina Okujewa, żona znanego czeczeńskiego bojówkarza-islamisty (informacje zawarte w tym akapicie pochodzą z artykułu Czas zbudować mur! autorstwa p. Wacława Balcerowicza z Wołynia). O faktach związanych z obecnością sympatyków ISIS i innych radykałów islamskich na Ukrainie, jak również związanych z zagrożeniami wynikającymi z fatalnego stanu Ukrainy jako państwa, w mniej więcej tym samym czasie informował też historyk i wykładowca dr Andrzej Zapałowski – warto zapoznać się z audycją ISIS na Ukrainie i zagrożenia dla Europy oraz jego tekstami tudzież wywiadami z nim (jeden z nich został nawet opublikowany po angielsku).

Również w połowie stycznia media rosyjskie oraz media z Donbasu komunikowały, że na południu Ukrainy i w okolicach Krymu mieli się pojawić jacyś Arabowie. W każdym razie chodziło członków grup zbrojnych, którzy nie posługują się rosyjskim i wyróżniają się bliskowschodnim wyglądem. Doniesienia te sugerowały możliwość jakiejś prowokacji, czy wręcz ataku na Krym. Nie wiadomo skąd po stronie prorosyjskich rebeliantów wzięły się te informacje, równie dobrze mogła to być kolejna akcja dezinformacyjna (jak np. z tymi „polskimi najemnikami” niby walczącymi w wielkich ilościach po stronie Ukrainy – ten motyw wraca jak bumerang. Choć miejscowi już na szczęście przestają w to wierzyć), mająca może na celu wymuszenie „rewolucyjnej czujności” u ludności rosyjskojęzycznej Krymu i Donbasu.

Na początku marca br. portal Fort Russ zwrócił uwagę na wpisy, jakie na Facebooku publikowała niejaka Natalia Nikołajewa, poświęcając temu artykuł pt. Ukrainian Mengele? (sprawa faktycznie była dość koszmarna). Rzeczona Ukrainka, jak sama podawała wykształcona na Uniwersytecie Medycznym w Odessie (wcześniej sugerowano, że z wykształcenia jest psychologiem, choć z jej własnych słów w poście opublikowanym 5-go marca br. wynika, że lekarzem-pediatrą) nawoływała do mordowania ludzi w Donbasie, w słowach „[…] trzeba ich zabijać. Spokojnie i z zimną krwią. Bez żalu. Jak pleśń. Domestosem. Nie jest mi ich żal. Ani trochę”. Co ciekawe, gdy jeden z bojowników batalionu „Ajdar” zwrócił jej uwagę (!) w słowach „miła, potrzeba ci psychologa”, Nikołajewa odpowiedziała mu w kwestii mieszkańców wschodniej części Ukrainy i Donbasu „Rusłan, eto pizdiec. Pięć godzin w podróży nasłuchałam się, że nasza armia powinna zostawić ich w spokoju [wynikałoby z tego, że są jeszcze w miarę normalni Ukraińcy. Bogu dzięki – przyp. M.M.]. Choć oni także nie lubią DNR. Im nic się nie podoba. Oni, suki, po prostu chcą pokoju. U nich dużo pieniędzy, więcej niż u mnie i u ciebie razem wziętych. A na Krymie, okazuje się, wszystko wspaniale. I zuchy, które tu uciekły z Krymu – tak oni mówią [tu pada wulgaryzm pod ich adresem]. Rusłan, nie żałujcie ich, oni są jak pleśń, bez mózgu, nie ludzie. Zatopcie ich.”

Trudno powiedzieć, co faktycznie kieruje panią Nikołajewą – czy jest to ideologia, czy może raczej jej emocjonalna i nienawistna natura? Osobiście skłaniam się ku poglądowi, że raczej to drugie – na Facebooku widzimy, że sama określa się manem „faszystowskiego pediatry”, ironizując z faktu, że tak zapewne wielu mogłoby ją kreślić. Widać, że obecna sytuacja (zarówno sytuacja wewnętrzna Ukrainy, jak i zdobycie wątpliwej „sławy” po naświetleniu przez różnych aktywistów sprawy jej aktywności) jakby ją przerastała – swoją wypowiedź z 5-go marca br. kończy słowami „Wyjadę z tego kraju!!”. Natomiast na jej fejsbukowym zdjęciu w tle widzimy… różowy pistolet z napisem „Hello Kitty” (domyślam się, iż jest raczej grafika niż zdjęcie faktycznie istniejącej broni), swego rodzaju połączenie morderczości z infantylizmem, niczym w pracach Andrija Moroza (o których pisałem w artykule wspomnianym na wstępie). Na temat ewentualnych sympatii pani Natalii N. dla ISIS czy innych radykałów islamskich nie znalazłem nic. Mogę jedynie domniemywać, iż osoba o tak skrajnych poglądach mogłaby dość łatwo uznać takie siły za sojuszników.

Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: co w przypadku, jeśli to „schorzenie” nie jest li tylko jednostkowym, a czymś wynikającym z najgłębszych, immanentnych treści kultury ukraińskiej? Takich treści, które mogą rozpalać część obywateli Ukrainy, a być raczej obojętne dla pozostałych?

Taką możliwość nasunęła mi rozmowa z redaktorem pewnego raczej niszowego, acz całkiem sympatycznego portalu o nazwie „Taraka” (z którym współpracuję od dawna, bodajże od 2012 roku): ów twierdził, że nawet niezależnie od aktualnej sytuacji geopolitycznej, część ukraińskiej ekstremy mogłaby skręcić na ścieżkę afirmacji… dżihadu. I co ciekawe, to człowiek z którym o mało niegdyś nie zerwałem współpracy, właśnie przez dzielącą niesamowicie ludzi i środowiska „kwestię ukraińską” – gdyż red. Jóźwiak był wówczas na pozycjach jednoznacznie promajdanowskich, ja natomiast zacząłem wówczas tę narrację podważać, na dodatek na jego własnym portalu… to były ogólnie złe czasy, w związku z oceną wydarzeń na Ukrainie łatwo wybuchały ostre spory (dzielące nawet silnie zintegrowane środowiska) i w pewnym momencie trochę mu nawet „nawrzucałem”, czego czasem żałuję. Złe czasy na wielu poziomach – kompletnie wypaczona narracja medialna w Polsce i na Zachodzie, blokada informacyjna na wszelkie „nieprawilne” informacje płynące z Ukrainy, cenzura, autocenzura i ostracyzm w wielu środowiskach itd. Rad jestem, że już choć trochę się rozpogodziło. Nie dość, że opinie nt. Ukrainy stały się bardziej ostrożne, coraz częściej do mediów głównego nurtu przebijają się także głosy krytyczne, to jeszcze czasem coś ciekawego „rzucą” do obejrzenia, w rodzaju dokumentu Ukraina: maski rewolucji. Taka „nasza mała stabilizacja”, być może pozorna i krucha – lecz lepsza taka niż żadna.

Co prawda mój znajomy Redaktor nadal popiera „wolną” Ukrainę (tylko, czy ta Ukraina kiedykolwiek będzie w pełni wolna, zdolna do ułożenia sobie w miarę poprawnych relacji z sąsiadami, do samodzielnego decydowania o własnym losie?), jednak ostatnimi czasy miewa na jej temat także dość sporo krytycznych przemyśleń. Części z nich dał wyraz w tekście Czytanie Rasewycza o żałosnej historii Ukrainy, gdzie zwrócił uwagę na brak pozytywnych wzorców w ukraińskiej historii i narracji historycznej: „Jak można budować zdrową narodową, państwową i humanitarną świadomość, gdy się zna jako swoich historycznych »ojców« samych buntowników i rezunów? Jak można budować świadomość sukcesu, świadomość-ku-sukcesowi, znając jako swych historycznych »ojców« samych tych, którym się nie udało, którzy uporczywie przegrywali?”. Przemyślenia te zrodziły się u niego po lekturze tekstu ukraińskiego historyka Wasyla Rasewycza, pt. „Historia nieudaczników i rezunów”.

Jak sam napisał później w komentarzu, pewne duchowe pokrewieństwo Ukrainy i islamu zgadza się z tym, co wyczytałem u Rasewycza: skoro, jak pisze Rasewycz, narodowym stereotypem Ukraińców jest bycie „wiecznym przegranym buntownikiem” — to nic dziwnego, że mogą czuć przyciągającą sympatię z innymi desperados: z tymi spod czarnej islamskiej flagi.

Zaskoczył mnie niesamowicie, zarówno tekstem jak i związanymi z tematem komentarzami.

Podobny akcenty znalazły się także w następnym artykule red. Jóźwiaka, który tym razem biorąc na warsztat przemyślenia amerykańskiego etnologa Scotta Atrana nt. ISIS jako kolejnej odsłony światowej rewolucji postanowił je podeprzeć także…. obserwacją astrologiczną (w którą osobiście nie wierzę, za to doceniam bardzo pozostałe osie tematyczne „Taraki” – głównie historię, tradycje słowiańskie, antropologię kulturową, etnologię, relacje podróżnicze, religioznawstwo), w słowach:

„Między Majdanem w Ukrainie i rewolucją dżihadzką jest podobieństwo, które zapewne wyjaśnia to, że ukraińskie wzburzenie miało miejsce w tej samej fazie cyklu Uran-Pluton co dżihad. Chodzi o miejsce – o to, gdzie w świecie tym razem archetypy skierowały swój strumień energii. Rewolucja dżihadu trafiła w kraje islamskie, a odbiciem w islamskie subkultury w zachodniej Europie. Tymczasem Ukraina jest geopolitycznie krajem post-islamskim. Większa część jej terytorium albo była posiadłością Turcji i zamieszkana była przez Tatarów, albo należała do strefy tureckiego pogranicza, a więc „domu wojny” (z islamskiego punktu widzenia) gdzie wzory zachowań, także politycznych, były narzucane przez islam i jego agresywne praktyki wobec niewiernych sąsiadów.”

Przyznam, że zawsze traktowałem Ukrainę jako formację przynajmniej po części turańską, jednak przejęcie przez część przodków dzisiejszych Ukraińców wzorów zachowań od islamskich sąsiadów jakoś mi nie przyszło na myśl – a tymczasem, takie wyjaśnienie także ma sporo sensu (domyślam się, że na całokształt kultury ukraińskiej wpływało na przestrzeni wieków wiele czynników, więc różne wyjaśnienia mogą się wzajemnie uzupełniać). Do powyższej wypowiedzi należałoby jednak uczynić uwagę, że chodzi tu przede wszystkim o tzw. Dzikie Pola (których część była już wtedy nazywana Zaporożem lub Niżem), sąsiadujące z Chanatem Krymskim i Budziakiem, a utrzymujące także stosunki polityczno-handlowe z kontrolowanymi przez Turcję enklawami na pobliskich brzegach Morza Czarnego i zależną od Osmanów Mołdawią. Na pozostałe terytoria znajdujące się w obecnych granicach Ukrainy wpływy turecko-tatarskiego Orientuprzenikały raczej w postaci sarmatyzmu (w którym z kolei historyk i teoretyk cywilizacji Feliks Koneczny dopatrywał się również „turańszczyzny”).

I tu właśnie, przy kwestii turańskości Ukrainy warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek – Turcję. Motyw ten pojawił się także w dyskusjach: jak twierdził red. Jóźwiak, Turcja jest naturalnym sojusznikiem Ukrainy. Gorzej: [Ukraina – przyp. M.M.] jest jest „brakującą połówką” Turcji. Aż dziwne, że nie obserwujemy jakiejś dyplomatycznej ofensywy Turcji na Ukrainę. Odkąd „uwrożona” [pokłócona – przyp. M.M.] z Rosją i odrzucona przez UE, Ukraina pozostaje „panną na wydaniu” lub raczej „upadłą dziewką do wzięcia” przez kogoś trzeciego. USA niby się starają, ale są za daleko i „od święta”, a ta „mucha” dla „psa” zbyt marginesowa. Turcja jest idealnym „silnym facetem”, który mógłby Ukrainę „wziąć”. (Szkoda, że nie Polska, ale widać, że teraz tory naszych dwóch krajów ostro się rozjeżdżają.) Geograficznie Ukraina jest dopełnieniem Turcji, gospodarczo znakomitym „pustym” rynkiem zbytu — zresztą tam Turcja wracałaby na HISTORYCZNIE swoje ziemie! Turcja ma nadmiar ludzi, Ukraina wyludnia się, logicznie wynika turecka fizyczna kolonizacja Ukrainy, nie tylko polityczna i kapitałowa. Dla nas powrót Turcji do obozu agresywnego islamu i wejście Ukrainy w orbitę Turcji byłoby rekreacją Dzikich Pól. Szkoda, bo Turcja jest naturalnym geopolitycznym sojusznikiem Polski.

[Moim zdaniem, Turcja jednak nie jest naturalnym geopolitycznym sojusznikiem Polski, nawet pomimo faktu, że niegdyś np. nie uznawała zaborów]. Nadto, Turan jest zasadniczo bezideowy (jak twierdził F. Koneczny i inni), zawsze miał tendencje do tego, by iść przede wszystkim w tym kierunku gdzie siła i moc, przy czym ewentualne różnice kulturowe czy religijne schodziły na dalszy plan,  w sposób niejako naturalny dla adaptujących się łatwo stepowców – więc jeśli Ukraina (sama będąc formacją w znacznej mierze turańską, zarówno kulturowo jak i pod względem pochodzenia etnicznego ludności) potrzebuje już teraz takiego „silnego faceta” jak Turcja, tedy zwrot w jej kierunku wydaje się całkiem możliwą opcją. Tak czy owak, nie jestem jedyną osobą, która dostrzega, co może się wydarzyć…

Tureckiej ofensywy dyplomatycznej na Ukrainie na razie nie ma, przynajmniej nie w naszym rozumieniu (lub nie potrafimy jej dostrzec). Tworzą się za to jakieś dziwne powiązania między ukraińskimi nacjonalistami, Turcją, Tatarami krymskimi (w zasadzie częścią z nich, reszta chce się trzymać od tego z daleka, podobnież jak od wszelkich fanatyzmów religijnych. Na dodatek wielu z nich jest po stronie Rosji, o czym się w mediach głównego nurtu nie mówi) oraz diasporą krymskotatarską w Turcji (są to ludzie w większości urodzeni i wychowani w Turcji, bardzo „poturczeni”, do tego częstokroć sfanatyzowani – podlegają już tej samej dynamice co Turcy, a nie np. Tatarzy ukraińscy, nie wspominając już o ich dalekich kuzynach z Tatarstanu czy z Polski). Odbywają się w Turcji kongresy i obrady Tatarów, na które przyjeżdżają też osoby reprezentujące nową ukraińską władzę. Do tego dochodzi wrogo nastawiona do Rosji część mieszkańców Kaukazu, głównie Czeczeńcy – w ukraińskich batalionach ochotniczych. Wraca też sprawa „batalionu muzułmańskiego” i wzajemnie sprzecznych ze sobą oświadczeń ukraińskich oficjeli w tej kwestii, gdzie wszystko było niby jawne a w praktyce niejasne, trudne do jednoznacznego zinterpretowania, wg prawideł logiki zupełnie innej niż nasza. Nieeuropejskiej logiki, trochę przypominającej Moscovię, choć nawet w Rosji pewne rzeczy wyglądają bardziej „po naszemu”, bardziej „po europejsku”. Fałszywość. Oraz skrytość – europejskie rządy przez długi czas nie dostrzegały zachodzących co najmniej od lat 70-tych procesów islamizacji Turcji, procesu zachodzącego niejako podskórnie; kiedy entuzjastyczne poparcie znacznej części młodych Turków dla tzw. arabskiej wiosny stało się oczywiste, było już za późno na skuteczne działania zapobiegawcze. To są właśnie kolejne aspekty tej gorszej twarzy Turanu, jedne z jej elementów składowych.

Co może zatem czekać Ukrainę? I co by z tego mogło wynikać dla Polski?

Dzikie Pola 2.0, przedłużenie Turcji tuż za naszą wschodnią granicą, turanizacja kadłubowego, postmajdanowego państwa zwanego Ukrainą, „odnowionego” w oparciu o fatalne założenia (jak wykazuje w artykule Trzy fatalne “NIE” Ukrainy postmajdanowej Wołodymyr Pawliw, na Ukrainie publicysta tego formatu co w Polsce np. Ziemkiewicz), gdzie obecnie wszystko się rozpada. Katastrofa cywilizacyjna, mogąca mieć wpływ także na Polskę bezpośrednio, wewnętrznie a nie tylko zewnętrznie – w związku z przepływem ludzi oraz kapitału, wraz z agresywno-bandyckimi zagrywkami ukraińskich „biznesmenów”, mogących do Polski przenieść także swój„model kultury biznesowej”, tj. korumpować za pomocą swych olbrzymich fortun nasze organy ścigania, sądy itd. Oni już uciekają z kapitałem z Ukrainy, podobnie jak i część mniej zamożnych współobywateli bojąc się dalszej destabilizacji. Nic dziwnego – jak ostrzegał T. Olszański z Ośrodka Studiów Wschodnich (w artykule Pokłosie Majdanu. Ukraińskie społeczeństwo dwa lata po rewolucji), część osób na pozostałych przy Kijowie terytoriach obawia się wręcz wybuchu wojny domowej i anarchicznej „atamańszczyzny” (nieskoordynowanej aktywności wojskowo-politycznej), zagrażających przetrwaniu Ukrainy jako państwa we współczesnym, europejskim rozumieniu. Już obecnie widać wzrost pozycji różnych oligarchów w skali całego państwa, będących swego rodzaju syntezą dawnych „królewiąt” kresowych z atamanami, biorących na siebie coraz częściej także kompetencje leżące wcześniej w gestii państwa (w zamian za to zyskując wpływy na „swoich” terenach). Moim zdaniem, w dłuższej perspektywie taka sytuacja mogłoby wręcz zaowocować powrotem modelu jeszcze bardziej archaicznego i prymitywnego, przypominającego konfederację Połowców (w wiekach średnich obecną także na ziemiach dzisiejszej Ukrainy, Donbasu i płd. Rosji) czy inne formacje turańskie Wielkiego Stepu (z ich języków wywodzą się takie określenia jak kozak czy ataman), gdzie „lud wojenny” płci obojga podąża za najsilniejszym i najsprawniejszym wodzem, będąc w stałej gotowości bojowej, lecz w zasadzie nie wytwarzając niczego trwałego. W takim scenariuszu, ichnia prymitywizacja mogłaby przełożyć się także na obniżenie poziomu kultury politycznej państw sąsiadujących z Ukrainą, nawet zatruć politykę i życie społeczne w Polsce, stojącej już na dość wysokim poziomie. Staje się przeto jasne, że Ukraina turańska to nie jest coś czego byśmy chcieli, niezależnie od tego, jaki mamy stosunek do kultury ukraińskiej i samych Ukraińców. Na dodatek taka formacja ciążyłaby naturalnie w stronę Turcji – a pamiętajmy, że Turcy stają się coraz bardziej sfanatyzowani, zradykalizowani, zaś „w finale jest kalifat” (odsyłam do ciekawej rozmowy, jaka miała miejsce między panami Sienkiewiczem, Belką i Cytryckim latem 2013 roku – o zderzeniu cywilizacji i radykalizowaniu się Turcji. Stenogram zamieścił portal Racjonalista.pl). Jak zatem by wyglądała ukraińska „odnoga” Turcji – za 20, 50, 100 lat? Strach pomyśleć…

Ukraina w swej obecnej formie jest zasadniczo niereformowalna, zaś w nieodległej przyszłości mogłaby stanowić zagrożenie nie tylko dla Polski, ale wręcz i dla samych Ukraińców. Być może zatem byłoby wskazane, aby Polska włączyła się aktywnie w proces pozyskiwania najlepiej rokujących (tj. nie-banderowskich) środowisk na Ukrainie na swoją stronę, nawet gdyby oznaczało to podjęcie działań sprzecznych z wolą obecnych władz Ukrainy (tudzież ich zagranicznych mocodawców). Zresztą, skoro ukraińskie władze nie liczą się z własnym narodem, mając przy tym tak niskie wskaźniki zaufania społecznego jak chyba żaden inny rząd na świecie, na dodatek uporczywie ignorują Polskę (za to wypełniając instrukcje Waszyngtonu i Berlina, będąc w zasadzie sterowanymi z tych ośrodków) to czemu władze Polski miałyby ich traktować jako równorzędnego partnera? Po przeszło dwóch latach wewnętrznego wrzenia i konfliktów w granicach Ukrainy widzimy, że wielu jej mieszkańców (Ukraińców jak i przedstawicieli pozostałych etnosów) neguje sens tych walk, kwestionują Poroszenkę, który nadal wygraża, że „odwojuje” Donbas i Krym; za to wyrażają się bardzo pozytywnie o Polsce, postrzegając naszą Ojczyznę niejednokrotnie lepiej niż my sami, omotani Zachodem. Czasem może to przybierać dość zabawne formy, np. w rodzaju filmików, jakie wrzucają do internetu obywatele Ukrainy (Ukraińcy i nie-Ukraińcy); jeden z nich krąży nawet w sieci z napisami polskimi, pod tytułem Polska. Wyprawa do raju. Wbrew pozorom, tych przemyśleń mieszkańca Charkowa nie należy traktować jako czegoś „satyrycznego” – padają w nim m.in. znamienne słowa, że może lepiej żyć wg tych samych zasad co Polacy, a kłopoty Ukrainy to dosł. „kara Boża” za to, jak negatywnie jej obywatele odnosili się do siebie nawzajem (załączone do filmiku tłumaczenie w napisach w tym miejscu nie jest dosłowne). I być może takich ludzi da się jakoś pozyskać, związać ich z Polską. W ten sposób możliwe stałoby się nie tylko odsunięcie zagrożenia od Polski, ale i nawet jakaś uzyskanie jakiejś szansy dla Najjaśniejszej – jednak z przychylną Polsce częścią Ukraińców i innych obywateli Ukrainy należałoby się dogadywać Z POMINIĘCIEM władz pomajdanowych. Jeżeli brakuje im własnych pozytywnych wzorów lub mają ich poważny niedobór (jak sugeruje Rasewycz), to jedynym ratunkiem dlań byłoby wciągnięcie ich w orbitę wpływów Rzeczypospolitej. Trzeba jednak dobrze przemyśleć jak to zrobić, na jakich zasadach itd., gdyż historia pokazuje, że prostoduszny giedroycizm zasadniczo nie działa.

W ten sposób można byłoby także pokrzyżować plany Turcji, której bardzo opłacałoby się zdobycie przyczółka na granicach z Rosją i z Europą łacińską jednocześnie, by móc szachować obie te formacje. Być może przy innych ustawieniach, przy zarzuceniu tendencji islamizacyjnych zarówno przez władze jak i szersze kręgi społeczne Turcja mogłaby być dla Polski całkiem niezłym partnerem (choć może niekoniecznie sojusznikiem), ale na razie na takie zmiany się nie zanosi.

Tak czy owak, trzeba nam obserwować uważnie rozwój sytuacji na Ukrainie, nie wyłączając także i tych tropów, które zrazu mogą wydawać się „egzotyczne” i niewiele wnoszące dla sytuacji geopolitycznej Polski. W tej geopolitycznej układance nie ma elementów nieważnych!

Trochę strasznie to wygląda, a może być jeszcze gorzej.

——————————————————————————————————————

Ukr-ISIS

Post Scriptum

Tak sobie myślę, gdyby kniaź Światosław cudownie zmartwychwstał AD 2015, to pewnie by się mocno zdziwił, widząc „swoich” niosących sztandary z gębą Bandery, czyli wypisz-wymaluj Pieczynga północnego* tylko ogolonego i ostrzyżonego przyzwoicie, no i bez warkocza/warkoczy (znak rozpoznawczy wielu wojowników Wielkiego Stepu).

* tereny obecnej Ukrainy zachodniej, szczególnie okolice Iwanofrankowska (matecznik banderyzmu i samego Bandery) to ostatnie miejsce, gdzie źródła średniowieczne notowały wielkie masy Pieczyngów północnych – na temat ich późniejszych ruchów brak danych. A był to tylko jeden z wielu ludów Wielkiego Stepu, jakie wsiąkły w masy Słowian wschodnich. Etnosy turańskie docierały nawet dalej na zachód i płd.-zach, zasiedlając terytoria od wybrzeży Morza Czarnego, przez Mołdawię sięgając aż do Karpat (a na obszarach dzisiejszej Rumunii nawet przekraczając ich grzbiet)

Dalej na wschód, Donbas i płd Rosja też wygląda podobnie. Historycy piszą, że np. taki Kipczak zniknął zupełnie (choć de facto populacja po nim pozostała stanowiła trzon ludności Złotej Ordy, a później różnych chanatów tatarskich. Mongołów etnicznych było wśród nich mało). O nie… część Kipczaku nigdzie sobie stamtąd nie poszła…
Takiego screena kiedyś zrobiłem, z opublikowanego na FB zdjęcia przedstawiającego dziewczyny z sił zbrojnych Donbasu. Krasawice dużej klasy, z bardzo intrygującą domieszką egzotycznej urody. Przypomniało mi się wtedy, że wg źródeł ruskich niewiasty Połowców odznaczały się niezwykłą urodą, nawet na tle Słowianek. Do tego wiele z nich zajmowało się także wojaczką, niczym mężczyźni. To byłaby zatem ta lepsza twarz Turanu 🙂

Zwróćcie też uwagę na ten komentarz pewnego użytkownika Facebooka, który zaznaczyłem tam na czerwono (to głównie ze względu nań zrobiłem tego screena)– żeby Niemcy prosili Ruskich o wyzwolenie, tego jeszcze nie było 🙂 Znajoma osoba tłumaczyła mi ostatnio, iż część Niemców sprawia wrażenie na tyle zdesperowanych, że gotowi są zaprosić do siebie Rosję z Noworosją na dodatek, byleby tylko tamci pogonili precz Mutti Multikulti wraz z jej ukochaną hordą, kłamliwie określaną zbiorczym mianem „uchodźców syryjskich” czy ogólnie „uchodźców” przez europejskie media głównego nurtu i polityków. Oto „sukces” polityki migracyjnej kanclerz Merkel** – osiągnęła bowiem to, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

Pogratulować!

** pamiętajcie, to Putin za wszystkim stoi! 😉

2 komentarze

Leave a Reply