Niniejszy artykuł warto rozpocząć od informacji na temat wyjątkowych sukcesów, odniesionych przez siły walczące z terrorystami w Syrii – w pierwszej połowie kwietnia zaroiło się bowiem od doniesień o śmierci wielu znanych figur z różnych frakcji terrorystycznych, na dodatek organizacje te straciły kontrolę nad wieloma obszarami. Rokuje to dobrze na przyszłość, co z pewnością ucieszy także wielu mieszkańców dotkniętej kryzysem migracyjnym Europy (choć do zakończenia konfliktu jeszcze daleko). W dalszej części artykułu mowa będzie o pewnych mechanizmach propagandowych, wykorzystywanych nagminnie przez media zachodnie jak i polskie do budowania narracji nt. konfliktu syryjskiego. Ostatnia część artykułu zostanie poświęcona zagadnieniu, dlaczego także Polacy powinni zwrócić baczniejszą uwagę na wydarzenia w Syrii, ich genezę i przebieg – oraz, jaką lekcję z tego powinien wyciągnąć Rząd RP a także szersze, bardziej świadome kręgi społeczeństwa polskiego.
Bombowe świniobicie
Trzeciego kwietnia br. w godzinach popołudniowych dokonano nalotu na zebranie islamistów w wiosce Kafr Dżales (prowincja Idlib). Wśród około 25 terrorystów (głównie Uzbeków z organizacji Dżund al-Aksa) śmierć poniósł także przerażający swymi poglądami jak i aparycją rzecznik syryjskiej Al-Kaidy (Dżabhat al-Nusra) Abu Firas al-Suri (wł. Radwan Nammous), Zginął także jego jeszcze bardziej prosiakowaty syn, znany jako Azzam al-Azdi. O zdarzeniu pierwszy poinformował portal Al-Masdar News [załączając także nagranie z nalotu].
Następnego dnia rzecznik Pentagonu ogłosił, że był to sukces lotnictwa amerykańskiego; tę wersję powieliła prasa zachodnia. Jednak liczne środowiska syryjskie (zarówno pro- jak i antyrządowe) poddały to w wątpliwość, gdyż przytłaczająca większość uderzeń z powietrza w prowincji Idlib to dzieło pilotów rosyjskich i syryjskich. Amerykańscy oficjele, którzy pod warunkiem zachowania anonimowości zgodzili się rozmawiać z pracownikami agencji Reuters, odmówili udzielenia szczegółów nalotu, włącznie z tym, czy został on wykonany przy pomocy samolotu załogowego czy drona.
O sprawie informował także syryjski korespondent Leith Abou Fadel, załączając zdjęcie ukazujące obu najważniejszych zabitych – ojca i syna.

Jak wyraził to pewien znajomy z FB, „Ilekroć widzę podobne mordy to stwierdzam, że Cesare Lombroso miał jednak sporo racji”. Cóż, może coś było w tych teoriach na temat degeneracji objawiającej się w niektórych facjatach… kto wie.
Najciekawsze, że papa brodacz był nie tylko islamistą, lecz także poniekąd… marksistą. Brytyjska prasa (The Independent) w związku z tym próbowała go nawet nieco wybielić. Bo w końcu będąc marksistą nie można być „stuprocentowym” islamistą, prawda?
No i wiemy już, skąd ta broda. Wzorował się na Marksie, jakżeby inaczej…
Kolejna dobra wiadomość to fakt, że egzekutor ISIS o ksywie „Buldożer” (ang. Bulldozer) – znany z podobnego okrucieństwa i równie gargantuiczny co obaj wspomniani wcześniej – został wzięty do niewoli przez siły rządowe. Wśród jego ofiar znajdował się m.in. 15-latek, skazany na śmierć za słuchanie muzyki pop.

Informację o jego ujęciu zamieścił na Facebooku pan Nabil Al Malazi (metafora „żołnierzy Boga” odnosi się do sił rządowych)– Syryjczyk mieszkający w Polsce od lat 70-tych, przewodniczący Klubu Syryjskiego w Polsce oraz jeden ze współorganizatorów konferencji nt. Syrii, która odbyła się 19-go kwietnia br. w polskim Sejmie.
Piątego kwietnia, w rejonie elektrowni Tishreen (położonej 10 km na wschód od lotniska w Damaszku) armia syryjska odparła natarcie terrorystów ISIS, atakujących z leżących na płn.-wsch. gór Kalamun. W nalocie odwetowym na górską miejscowość Domair zabito ich emira, jednego z ważniejszych dowódców w strukturze całej organizacji znanego jako Ibrahim al-Naqrash.
Natomiast 8-go kwietnia w świat poszła informacja o śmierci jednego z ważniejszych dowódców al-Nusry – Saudyjczyka znanego jako Abdullah Al-Muhaysan, który przybył do Syrii w 2013 roku (wcześniej w Arabii Saudyjskiej zajmował się wygłaszaniem popierających dżihad kazań i zbieraniem funduszy dla terrorystów). Według syryjskiej, państwowej agencji informacyjnej SANA (Syrian Arab News Agency), śmierć poniósł on w wyniku nalotu lotnictwa syryjskiego w zachodniej części prowincji Idlib. Należy jednak zauważyć, że informacja o jego zgonie nie została jeszcze potwierdzona w sposób jednoznaczny, nie zaprezentowano też nagrania z nalotów. Jego kolega Hadi Alabdallah był jednym z terrorystów, z którymi wcześniej spotkał się sen. John McCain.
Nieco wcześniej bo 5-go kwietnia, w zasadzce zorganizowanej przez rywalizującą o wpływy w prowincji Latakia grupę terrorystyczną zginął Khalid Al-Hamad, zwany też Abu Sakkar. Znany z tego, że w maju 2013 roku, jako dowódca brygady operującej pod egidą tzw. Wolnej Armii Syryjskiej… wydarł serce i wątrobę wziętemu do niewoli oficerowi sił rządowych (nagranie z czego zostało umieszczone w sieci), następnie zaczął je zjadać; później został potępiony przez część dowództwa i bojowników, następnie przeszedł do organizacji Al-Nusra. Tę makabryczną historię wielu słyszało już dawno. O sprawcy przypomniano sobie dzięki wiadomościom o jego śmierci (wypatrzyłem newsa na stronie SYrian Real News and Infos – SYRIAN na Facebooku). W parę godzin później na portalu Interia.pl (gdy dałem znać o tym zdarzeniu jednemu z redaktorów) pojawiła się notka… jak zwykle u nich. Cóż, wiadomo, jaką narrację przyjęły media głównego nurtu w Polsce – oraz, jak nisko oceniają ją czytelnicy (wystarczy poczytać ich komentarze pod artykułami). Jeszcze gorszą, bardziej odrealnioną narrację kreują media niemieckie (Bogu dzięki, że choć „Frankfurter Allgemeine Zeitung” trzyma jeszcze jako-taki poziom). Czytelnicy zainteresowani tematem mogą np. sprawdzić, dlaczego hasztag #JihadiJulian (odnoszący się do myślotworów pewnego pismaka z tabloidu „Bild”) zrobił tak zawrotną karierę na Twitterze.
Bo zagraniczne „internety” też potrafią doceniać. Na swój sposób.
Dobrze, że Interia.pl napisała o śmierci Abu Sakkara. Szkoda tylko, że nie wspomniano, jaka była jego wcześniejsza przynależność organizacyjna w czasie, gdy dokonał tego barbarzyńskiego aktu. A służył on wówczas w oddziałach podlegających pod dowództwo tzw. Wolnej Armii Syryjskiej (ang. Free Syrian Army – w skrócie FSA), jednej z organizacji terrorystycznych promowanych przez Zachód jako „opozycja demokratyczna”. Prasa brytyjska również nie poinformowała o ówczesnej przynależności Abu Sakkara, zalewając za to czytelnika propagandą o „brutalnym reżimie” (patrz np. artykuł z „Guardiana”). Gdyby ktoś jeszcze miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że narracja nt. Syrii w mediach polskojęzycznych głównego nurtu jest niczym więcej jak tylko kalką narracji mediów zachodnich.
Artykuł Interii zamknięto zdaniem „Konflikt w Syrii rozpoczął się od pokojowego powstania przeciwko prezydentowi w marcu 2011 roku…”. Jak zauważyli liczni czytelnicy, sformułowanie „pokojowe powstanie” samo w sobie stanowi niezły oksymoron. Jeden z nich napisał: „Taa… pokojowego powstania. W słonecznym cieniu na miękkim kamieniu itd…” (odnosząc się do znanego, dadaistycznego wierszyka). Wielu polskich (i nie tylko) czytelników ma tego już najwyraźniej dość, do tematu wrócimy w następnym akapicie.
Reszta dobrych wieści z frontu obejmuje doniesienia o śmierci kolejnego znanego emira Państwa Islamskiego, ubitego na północy prowincji Aleppo w wyniku udanego nalotu samolotów amerykańskich; o załamaniu się kolejnego natarcia ISIS na enklawę Deir Ez-Zor i zbombardowaniu przez lotnictwo syryjskie sztabu ISIS na przedpolach tegoż miasta-twierdzy (miasto, lotnisko i baza, od maja 2015 roku pod ciągłym oblężeniem terrorystów z Państwa Islamskiego. Wewnątrz schroniło się ponad 100 000 tys. ludności cywilnej, w tym wielu chrześcijan. O heroicznej obronie enklawy pisałem w jednym ze swoich wcześniejszych artykułów).
Nie wspominając już o wyzwoleniu Palmiry pod koniec marca, fakcie powszechnie znanym. Wspaniała operacja połączonych sił syryjskich (armia rządowa i wspierające ją różne syryjskie „partie wojenne”) i ich sojuszników (rosyjskie lotnictwo i jednostki specjalne, libański Hezbollah, bojownicy szyickiej Brygady Badr z Iraku, irańska Gwardia Rewolucyjna i wspierające tę ostatnią afgańskie oddziały Liwaa Al-Fatemiyoun) zakończyła się sukcesem, wyeliminowano ponad 400 terrorystów ISIS. Wielu zginęło wskutek nalotów połączonych sił lotnictwa rosyjskiego i syryjskiego. Odbicie Palmiry umożliwiło obrońcom Syrii przerzucenie sił do (trwającej właśnie) operacji wyzwolenia Aleppo oraz wysłania reszty jednostek dalej na wschód, w celu zniesienia oblężenia ISIS wokół Deir Ez-Zor.
Jeśli strony walczące przeciwko terrorystom będą ich eliminować w takim tempie, to za kilka-kilkanaście miesięcy większość Syryjczyków będzie mogła bezpiecznie powrócić w swe okolice. Choć nawet wówczas Europie pozostanie jeszcze problem, co zrobić z łże-Syryjczykami tudzież łże-uchodźcami (przybywającymi np. z Pakistanu, gdzie wojny nie ma), którzy niestety stanowią lwią część przybywających do Europy migrantów.
Problemy z narracją medialną. Syryjska „opozycja demokratyczna” i inne, wspierane przez zagranicę antyrządowe twory
W mediach głównego nurtu (polskich jak i zachodnich) słyszymy często ponawiane apele o to, by Europa przekazywała więcej wsparcia dla uchodźców przebywających na terenach kontrolowanych przez Kurdów, do Libanu a nawet Turcji i Jordanii (dwa ostatnie kraje wspierają terroryzm na terenie Syrii). W tym wszystkim zapomina się jednak, że Syria ma u siebie więcej uchodźców (tzw. uchodźców wewnętrznych) niż wszystkie powyższe razem wzięte, większość z nich nie chce opuszczać swej ojczyzny. W związku z tym, na tereny pod kontrolą rządu również musi zostać wysłana pomoc humanitarna. Nadto, wszelkie nałożone na Syrię embarga i sankcje gospodarcze muszą zostać zniesione – tak się nie godzi, by naród walczący z terrorystami miał cierpieć z powodu drożyzny i braku lekarstw! To kraj cywilizowany, tak mówią wszyscy, którzy odwiedzili Syrię przed wybuchem wojny. I wróci do normy, gdy tylko uporają się z islamistami, także tymi obłudnie określanymi mianem „opozycji demokratycznej” przez większość mediów europejskich. Żeby nie być gołosłownym w kwestii fałszu tej narracji, warto przytoczyć jeden z najnowszych przykładów – jak śmierć Abu Sakkara skomentował Ghassan Yassin, jeden z tych „demokratów” który swego czasu był nawet na spotkaniu z panią Clinton. I ponoć jej, kobiecie, nawet rękę podał – czyli faktycznie, jeszcze nie taki najgorszy islamista (ironizując). Bo niejeden żyjący na zachodzie Europy wahabita/salafita by tego nie zrobił.

Warto też wspomnieć o sprawie tzw. White Helmets (ang. „Białe Hełmy”), jednej ze wspieranych medialnie, politycznie i finansowo przez Zachód organizacji „teoretycznie pozarządowych” (ostatnio także rząd Holandii zadecydował o udzieleniu im wsparcia w wysokości 4 mln euro). Oficjalnie ma ona nieść pomoc cywilom w Syrii, pozostającym na terytoriach poza kontrolą rządu. Prawdziwy charakter tej organizacji ujawnia niniejsze wideo (link) – w tle słychać okrzyki „Allahu akbar! Takbiir!” oraz strzały z karabinu, zapewne dla akompaniamentu. Ostatnio w sieci (najwyraźniej z inspiracji działaczy NGOs finansowanych przez p. Sorosa) pojawiła się petycja, by… nominować ich do nagrody Nobla. Ciekawe za co – za pomaganie Al-Kaidzie w utrzymaniu wpływów w terenie?! Na szczęście działania te spotkały się ze zdecydowaną kontrakcją aktywistów syryjskich i zachodnich, popierających sprawę niepodległej Syrii. Pojawiły się także liczne publikacje na ich temat, z anglojęzycznych można tu polecić szczególnie artykuły Vanessy Beeley (link). Rzecz jasna sprawę White Helmets należy rozpatrywać także w kontekście większego fenomenu organizacji „humanitarnych”, z których de facto uczyniono narzędzie wojny hybrydowej przeciwko Syrii (sporo związanych z tym informacji zawarła w jednym ze swych artykułów p. Eva Bartlett).
Pikanterii sprawie dodaje fakt, że szef tej organizacji nie został wpuszczony do USA, gdzie miał odebrać nagrodę od swoich mocodawców z Waszyngtonu (podejrzewa się, że z powodu jego powiązań z radykałami zadziałały standardowe procedury bezpieczeństwa). Amerykański rzecznik Mark Toner, zapytany o to (oraz o inne sprawy) dosłownie stawał na głowie, by reprezentowany przez niego rząd Stanów Zjednoczonych mógł wyjść ze sprawy z twarzą. Przy okazji wyszło na jaw, że White Helmets (deklarujący na swojej stronie internetowej, że są całkowicie niezależni od rządów państw!) otrzymali 23 mln dolarów od USA (więcej szczegółów w materiale wideo).
Można dodać, że również w Polsce działa co najmniej jeden podejrzany, pozarządowy podmiot związany ze sprawą syryjską – współpracująca z Fundacją Batorego (G. Sorosa) i pseudo-opozycją syryjską organizacja o nazwie „Fundacja Wolna Syria”, która od samego początku popierała pseudo-rewolucję w Syrii i z tego co do tej pory wiadomo dostarczała pomoc tylko na tereny kontrolowane przez terrorystów (na ich stronach internetowych i na FB wspomniane zostały okolice Idlib, Hama, Aleppo oraz wioski pod Damaszkiem). Jej szef, niejaki Samer Masri (absolwent UJ – niestety) był nawet twórcą filmiku zachęcającego do dezercji z syryjskiego wojska (!). Zresztą, już sama archaiczna syryjska flaga (na wzór tej z czasów kolonializmu, z trzema gwiazdkami zamiast dwóch), na tle której p. Masri pozował do zdjęć i występował publicznie, budzi poważne podejrzenia. Udało mu się zawiązać kontakty z członkami poprzedniego rządu, z ministrem Kosiniakiem-Kamyszem i premier Kopacz na czele. Z informacji autora wynika także, że wkrótce po wyborach i ukonstytuowaniu się nowego rządu pod nich również usiłowano robić „podchody” – jednak nie wyszło, politycy PiS wykazali się większą ostrożnością.
Natomiast od końca zeszłego roku pan Masri bardzo zaangażował się w KOD. Ciekawe…
Inną interesującą informację dot. „umiarkowanej opozycji” zamieściliśmy wcześniej na łamach Xportal:
W toku rozmów pokojowych w Genewie przed dwoma tygodniami Baszar Dżafari, ambasador Syrii przy ONZ, kategorycznie odmówił rozpoczęcia bezpośrednich negocjacji z Mohammedem Alloushem, wysuniętym na przewodniczącego delegacji „syryjskiej opozycji”.
– Nie podejmiemy z nim bezpośrednich rozmów, dopóki ten terrorysta nie przeprosi i nie zgoli swojej brody. – oświadczył Dżafari po arabsku.
Alloush jest działaczem Armii Islamu – zbrojnego ugrupowania sponsorowanego przez Arabię Saudyjską i Turcję, zaliczanego przez Zachód do tzw. „umiarkowanej opozycji” w Syrii.
Dr Baszar Dżafari to jeden z najlepszych dyplomatów bliskowschodnich. Potrafi wyłożyć swoje racje jak mało kto, a przy tym zażarcie (i z pewną dozą uszczypliwego humoru) bronić interesów swego kraju. Bardzo dobrze, że tak twardo postawił sprawę – podjęcie rozmów z Alloushem oznaczałoby zalegitymizowanie kłamliwej narracji Zachodu nt. tzw. „umiarkowanej opozycji” w Syrii. Abstrahując już od tego, jak cokolwiek popieranego przez Turcję i Saudyjczyków, a funkcjonującego pod nazwą Armia Islamu (arab. Dżajsz al-Islam) może być klasyfikowane jako „umiarkowana opozycja”. Swoja drogą ciekawe także, dlaczego na filmikach propagandowych Armii Islamu, FSA tudzież innych „umiarkowanych” grup ich bojownicy krzyczą ciągiem „Allahu akbar!” ilekroć trafiają w coś lub kogoś. Podobnie ma się sprawa z Bractwem Muzułmańskim – jego syryjska gałąź o nazwie Popioły Hamy (od miasta Hama, w którym w l. 80-tych wybuchły walki sprowokowane przez Bractwo; ojciec obecnego prezydenta Hafez Al-Asad rozprawił się z nimi skutecznie, choć cokolwiek okrutnie) na niedawnych obradach w Genewie była prezentowana przez różnych „ekspertów” jako jedna z sił mogących przyczynić się do ustabilizowania sytuacji w Syrii (sic!). Podobna sytuacja miała miejsce ubiegłego roku w Szkocji, na Międzynarodowej Konferencji ds. Syrii, oraz w parlamencie angielskim parę miesięcy temu. Informacje o tym przekazał Andrew Ashdown – pastor Church of England, odwiedzający Syrię regularnie.
Natomiast o atakach gazowych„umiarkowanych rebeliantów”, dokonanych 7-go kwietnia na kontrolowaną przez Kurdów z YPG cześć Aleppo, media zachodnie nie raczyły wspomnieć – jak konstatuje ze smutkiem Vanessa Beeley (oprócz wymienionych w jej artykule irańskiej Press TV i rosyjskiej RT, z mediów nadających w języku angielskim o sprawie wspomniano jeszcze w Al-Masdar News, portalu prowadzonym przez redaktorów i aktywistów z Bliskiego Wschodu). Dobrze choć, że media głównego nurtu nie przemilczały wcześniejszych ataków gazowych, dokonanych przez ISIS na pozycje syryjskich wojsk rządowych.
Warto zatrzymać się także przy tzw. Syryjskim Obserwatorium Praw Człowieka, cytowanym powszechnie w mediach polskich i zachodnich. Generalnie rzecz biorąc, ludzie którzy wiedzą o co chodzi, najzwyczajniej się z tego śmieją – wliczając w to aktywistów grupy Anonymous, którzy zeszłego roku poświęcili temu cały artykuł. Pomimo tego wszystkiego, media głównego nurtu nadal cytują to jednoosobowe „obserwatorium” prowadzone przez średnio władającego angielskim Syryjczyka mieszkającego w Coventry, a mieszczące się w zamieszkanym przez niego domu. Gwoli ścisłości należy przyznać, że panów było początkowo dwóch – ale się pokłócili, i został się jeden.
Swoją drogą, to też jakaś koncepcja – autor, w celu podniesienia rangi związanych z Syrią informacji jakie przekazuje (co czyni także via FB) mógłby nazwać siebie, dajmy na to, Wysoką Komisją Informacyjną ds. Syrii. Pasowałoby nawet, w końcu piszący te słowa jest dość wysoki. Brytyjski adres już posiada, angielskim zapewne włada lepiej niż ów pan.
Oczywiście można wskazać na jeszcze bardziej bezczelne manipulacje – z braku miejsca wspomnę jeszcze tylko o najnowszej z tych bardziej szokujących, tj. o materiale autorstwa angielskiej stacji Channel 4 z wyzwolonej Palmiry. Korespondent prorządowy Leith Abou Fadel określił go jednoznacznie jako najgorszą manipulację, jaką widział do tej pory.
Relacjonująca z miasta dziennikarka Lindsey Hilsum sugerowała, że za większość zniszczeń odpowiadają rzekomo wojska rządowe, które miały ostrzelać nawet meczet, a po zajęciu miasta na dodatek zacząć grabież. Na dowód tej absurdalnej tezy pokazano parę migawek (na jednej z nich widzimy, jak jeden z tych „łupiących” żołnierzy na znalezionym wózku dziecięcym pcha coś, co wygląda jak ciężki karabin maszynowy, ze złożonym stelażem. Najpewniej oba znalezione w ruinach. Chyba każdy by tak zrobił na jego miejscu, a nie męczył się z dźwiganiem CKM-u, tym bardziej w pełnym słońcu). Według brytyjskiej dziennikarki armia syryjska miała przyczynia się do depopulacji miasta bardziej niż ISIS (!), gdyż za rządów „kalifatu” przynajmniej byli jacyś mieszkańcy – a teraz nie ma ich prawie wcale. Siły rządowe przedstawiono jako zainteresowane jedynie zapewnieniem funkcjonowania posterunku policji.
Prowadząca Hilsum twierdzi, że zrujnowany meczet to robota wojsk Asada – wskazując na fakt, że gruz jest w środku, toteż wg niej musiał on zostać ostrzelany z zewnątrz. Nie wiemy jak było, równie dobrze wycofujący się bojownicy ISIS mogli założyć ładunki bardziej po zewnętrznej stronie ścian. Z drugiej strony wiadomo też, że terrorystom różnych frakcji w charakterze pozycji obronnych zdarzało się zajmować nawet szpitale z rannymi. W takim razie, czemu by nie zająć meczetu? ISIS nie miałoby tu żadnych oporów, zresztą sam islam traktując bardzo instrumentalnie – do nakazów i zakazów podchodząc bardzo selektywnie, nie stosując się do wynikających z niego pozytywnych zasad (toteż powszechna jest u nich np. narkomania), za to afirmując bezgranicznie te negatywne, w większości zarzucone stulecia temu (jak karanie śmiercią przez ścięcie mieczem, obcinanie kończyn itd.). Przeciwnie, propaganda w stylu „armia Asada niszczy meczety!” służy sprawie ISIS i innych radykałów; ci zaś, zdając sobie dobrze z tego sprawę, często prowokują ataki wykorzystując świątynie w celach militarnych (najnowsze informacje i zdjęcia z tym związane pochodzą z Aleppo – patrz link). Zresztą, narracja mediów zachodnich „Asad zabija swoich obywateli!” (interpretowana przez zradykalizowany element islamski w Europie jako „Asad zabija naszych braci w wierze! Czas ruszyć na dżihad!”) również przyczyniła się do wywołania istnej inwazji zagranicznych dżihadystów na Syrię. Tę zależność dostrzega już także coraz więcej osób na Zachodzie i nie tylko. Można to sobie uświadomić czytając wpisy na różnych forach, zwłaszcza te przypominające dyskusję pod niedawnym reportażem o rodzinach młodych dżihadystów z Wielkiej Brytanii. Komentujący widzowie ze wskazaniem przyczyn radykalizacji poradzili sobie lepiej niż reporterzy „Guardiana”.
Materiał z Palmiry wydaje się wątpliwy także w świetle słów i reakcji jedynego wypowiadającego się w nim Syryjczyka – który za nic nie chce opuścić ruin, entuzjastycznie deklarując, że kocha swój kraj i swoje miasto. Czy tak mówiłby człowiek, którego okolicę rabują właśnie żołnierze? Pragnę zauważyć, iż nie jest to pierwsza taka akcja Channel 4. Można zrozumieć, że błędy się zdarzają – nawet Reuters ostatnio dał plamę, puszczając w świat błędną informację nt. rzekomej egzekucji pracowników cementowni, porwanych przez ISIS koło Damaszku (za co później przeprosili, przyznając, że ich źródła na terenie Syrii nie zawsze należą do najbardziej wiarygodnych). Jednak materiał Channel 4 to nie wypadek przy pracy, lecz najzwyklejsza gadzinówka. Po zapoznaniu się z całością autor stwierdza, że syryjskie władze nie tylko nie są żadnym „strasznym reżimem”, lecz były wręcz nad wyraz pobłażliwe, pozwalając czemuś takiemu na odwiedzanie Syrii. Będąc na ich miejscu, najpewniej wysłałby to babsko i jej ekipę w stronę pozycji ISIS – mówiąc, że to droga do Damaszku (tudzież dowolnej innej miejscowości, uznawanej za bezpieczną). I wówczas, przy odrobinie szczęścia, skala problemu wymierzonej w Syrię propagandy nieco by się zmniejszyła. Przynajmniej na jakiś czas.
Tragedia Syrii a możliwe zagrożenia dla Polski. Dlaczego warto zainteresować się konfliktem syryjskim?
Należałoby się dowiedzieć, co dokładnie wydarzyło się w Syrii, w jaki sposób i z czyjej winy lub inspiracji. Paradoksalnie bowiem, mimo odmiennego kontekstu kulturowego, doświadczenia Bliskiego Wschodu mogą być cenne także dla Polski. Szczególnie teraz, gdy już część komentatorów (reprezentujących różne opcje światopoglądowe) zaczyna dostrzegać, że ktoś gra na pogłębianie rozłamów w społeczeństwie polskim.
Zainteresowani konfliktami zbrojnymi czytelnicy polscy w większości zdają sobie sprawę, że narracja medialna nt. Syrii jest straszliwie zakłamana – by ocenić stan wiedzy przynajmniej części z nich, wystarczy wejść na dowolny portal informacyjny lub fora internetowe, zobaczyć oceny artykułów (często wyrażone procentowo, z podaną liczbą wszystkich oddanych głosów) tudzież przeczytać zamieszczone komentarze czytelników oraz porównać liczbę przyznawanych im przez pozostałych internautów plusów i minusów (jeśli jest taka opcja). Gdyby chcieć to porównać np. z dokonywanymi przez czytelników na tych samych forach ocenami wydarzeń w Donbasie, to można wysnuć wniosek, że w opinii większości zainteresowanych w Syrii mamy do czynienia z sytuacją daleko bardziej jednoznaczną niż na Ukrainie. Społeczeństwo polskie, nawykłe od pokoleń do przyjmowania za pewnik, że media kłamią, wydaje się tu o wiele bardziej świadome niż społeczeństwa zachodnie (jednak i one też się pomalutku budzą, a komentarze na zagranicznych forach wyglądają już zupełnie inaczej niż np. w 2012 roku). Niestety nie ma nadal, ani w Polsce ani w Europie, jakiegoś większego, zorganizowanego oporu obywatelskiego przeciwko tym kłamstwom medialnym – ludzie rozumują na zasadzie „no tak, ale oprócz kryzysu migracyjnego to nas w zasadzie nie dotyczy, a poza tym Syria jest daleko”. Albo, że „mieszkańcy Bliskiego Wschodu są prymitywni, więc biją się między sobą”. I tu tkwi błąd: podobne mechanizmy jakie zadziałały w Syrii można wykorzystać przeciwko każdemu państwu na świecie. Ten motyw pojawił się nawet w prywatnej rozmowie Sienkiewicz-Belka-Cytrycki (stenogram), nagranej i następnie upublicznionej wraz z innymi nagraniami tzw. afery taśmowej. Jak mówił wówczas Bartosz Sienkiewicz (ówczesny minister, a jednocześnie ekspert od Bliskiego Wschodu): „My patrzymy na ten trzeci świat i mówimy: He he he, oni są po prostu prymitywni i przechodzą te fazy, które myśmy przeszli wcześniej. Ale część teoretyków wojny mówi: Nic z tego, to jest nasza przyszłość. Wam się wydaje, że goście są z przeszłości, ale wszystko co się dzieje w kwestii militarnej i natury konfliktu we współczesnym świecie mówi coś innego: To jest przyszłość, która przyjdzie także do nas. I dlatego patrzę na tę Syrię z przerażeniem”.
Rozmowa niezwykle ciekawa (i jaka szczera – w końcu panowie nie wiedzieli, że są nagrywani), dla autora jej stenogram stanowi jeden z podstawowych tekstów. Ministrowi Sienkiewiczowi można mieć za złe jego fatalny styl zarządzania w MSW czy niewyjaśniony nadal wątek spalonej budki rosyjskiej ambasady, lecz nie sposób odmówić mu wiedzy w kwestiach bezpieczeństwa i spraw bliskowschodnich. Warto też przypomnieć, że jeszcze w 2010 roku Syria była uważana za najstabilniejszy spośród krajów arabskich, niepodatny na tzw. Arabską Wiosnę – i to pomimo ogromnych problemów jakie dotknęły ją wcześniej (wieloletnia susza, ponad milion uchodźców z Iraku zniszczonego przez koalicję pod wodzą USA oraz związane z powyższymi problemy na arenie międzynarodowej jak i natury wewnętrznej). Syria sobie z tym wszystkim radziła, nikt w zasadzie nie przypuszczał, że dotknie ją taka tragedia.
Wygląda na to, że państwa upadają o wiele łatwiej, niż sądziliśmy do tej pory.
To jeden z powodów, dla których autor interesuje się sytuacją w Syrii. Drugi z nich to kwestia osobista, chyba bardziej podświadoma – być może skupia się na wydarzeniach syryjskich dlatego, że zarówno przeszła jak i obecna wojna polsko-polska przeraża go bardziej, nie wiedzieć czemu. Może dlatego, że jest nasza, toteż znamy ją i jej skutki lepiej. Niebezpieczne jest zwłaszcza wyciąganie wewnętrznych sporów na arenę międzynarodową. Nadto, obserwując sytuację dostrzegamy również inspirowane z zagranicy zakusy zmierzające do zatrzymania poprawy sytuacji Polski, zablokowania wszelkich szans rozwojowych. Najprościej coś takiego osiągnąć poprzez zaognianie wewnątrz-polskich sporów, zaś szkalowanie dobrego imienia kraju na arenie międzynarodowej (szczególnie w mediach obcojęzycznych – rzecz dobrze znana, zwłaszcza Polakom na emigracji) zniechęca potencjalnych inwestorów. Trzeci z powodów zapewne ma związki z tradycją rodziny autora (Legiony, Korpus Ochrony Pogranicza, przedwojenna Straż Graniczna), w tym skłonnością do tego, by obserwować. Niczym pogranicznik, zwracając uwagę zwłaszcza na zagrożenia, jakie mogą nadejść z zewnątrz. Co też piszący te słowa czyni. I oto, co dostrzega:
Wraz ze wzrostem dążeń Polski do zwiększenia własnej pozycji gospodarczej oraz podmiotowości na arenie międzynarodowej, rośnie też liczba inspirowanych z zewnątrz działań sabotujących (które mogą być dokonywane zarówno przez siły zagraniczne, jak i z ich inspiracji, rękoma miejscowej Targowicy). To naturalne, tak działa geopolityka – gdy więksi gracze boją się utraty wpływów, podejmują działania zapobiegawcze wymierzone w tych słabszych. Niezależnie od tego, jaką opcję światopoglądową reprezentują siły rządzące w Polsce, wszelkie starania o zwiększenie pozycji naszego kraju będą dla silniejszych graczy zagrożeniem. Już obecnie Niemcy atakują polską koncepcję patriotyzmu gospodarczego, raz po raz przypuszczając niewybredne ataki propagandowe także na przywódców takich jak np. Szydło czy Orban. Owszem, z niemieckiego punktu widzenia można ich nie lubić, jednak rzecz przekracza już granice dobrego smaku. Nie warto też się kierować wskazaniami USA – bo wbrew pozorom, silna Rzeczypospolita również nie leży w ich interesie. Amerykanom opłaca się Polska taka, jaka byłą do tej pory: na tyle mocna, by zapewniać projekcję wpływów USA w regionie i nieco drażnić Rosję, a jednocześnie na tyle słaba, by nie stanowiła zagrożenia dla interesów amerykańskich i niemieckich w regionie. Polska bez ambicji, pozbawiona elit politycznych z prawdziwego zdarzenia; przedmiot, a nie podmiot rozgrywek politycznych. Mec. Bartosiak sugerował nawet, że Amerykanie mogliby nas przehandlować Rosji w momencie, gdy ta byłaby zdecydowana dokonać piwotu w stronę USA – zwłaszcza w sytuacji, gdy obie strony czułyby się zagrożone wzmocnieniem Chińczyków. Niezależnie od tego, czy taka możliwość jest realna czy też nie, jest raczej pewne, że również Amerykanie mogliby sabotować próby jakiegoś większego umocnienia się Polski. Niedługo może się nawet okazać, że takie hieny propagandy jak pożal-się-Boże dziennikarka z Channel 4 dostaną zlecenie na Polskę. I wówczas padniemy ofiarą podobnego ataku, co owi wyzwoliciele Palmiry – wszelkie nasze pozytywy zostaną ukazane jako negatywy, bohaterstwo jako zbrodnia. A na tym może się nie skończyć.
Doświadczenia bliskowschodnie (podobnie jak kryzysowa sytuacja sąsiadującej z nami Ukrainy) zdają się sugerować, że w stosunkach z USA i Europą Zachodnią należałoby działać bardziej ostrożnie, nie brać za dobrą monetę wszystkich ich sugestii czy deklaracji. Imperia faktyczne jak i byłe (szczególnie dawne państwa kolonialne) mają swój sposób myślenia i działania, w którym nie ma miejsca dla takich słów jak „zobowiązania” czy „lojalność”. Cechuje je skłonność do zawierania porozumień ponad głowami państw słabszych. Sposób myślenia elit politycznych państw takich jak Polska nie jest z tym kompatybilny – niestety z tego wynika także, że nasi politycy często nie umieli i najwyraźniej nadal nie umieją dostrzegać zagrożeń nadchodzących ze strony elit państw imperialnych czy post-imperialnych.
Jeśli kiedykolwiek dojdzie do wybuchu konfliktu wewnętrznego w Polsce, to poprzez eskalowanie napięcia w obrębie już istniejącego u nas „tła społecznego” przez siły zewnętrzne. Towarzyszyć temu będzie zakłamana narracja w mediach zagranicznych, podobnie jak w przypadku Syrii. Pewne przykłady ataków propagandowych na Polskę widzieliśmy już wcześniej; bowiem oprócz zakłamanego reportażu Fareeda Zakarii z CNN podobne działania podejmował także opiniotwórczy, amerykański magazyn polityczny „Foreign Policy”; w jednym z ich artykułów porównywano nawet nasz rząd do Moskwy. Nie można tu mieć złudzeń, cokolwiek oni tam piszą ma z reguły sankcję „z góry” – lub opiera się na przeciekach stamtąd. Gdziekolwiek są zlokalizowani faktyczni inspiratorzy takich działań, musi to być gdzieś wysoko. Dużo wyżej niż Sikorski i Applebaum (dobrzy znajomi pana Zakarii); najwyraźniej są nimi „dystrybutorzy” dostępu do wpływów, pieniędzy i przywilejów w szeroko pojętym świecie anglosaskim.
Przez parę miesięcy w Polsce działał popierający KOD Amerykanin Mac Bartkowski (jego aktywność można zobaczyć też na Twitterze), który wcześniej na Ukrainie pomagał rozkręcać Majdan. Mieliśmy list sygnowany przez McCaina i dwóch Demokratów, rzekomo zatroskanych „stanem demokracji w Polsce” (jak to dziwnie koreluje z faktem, że wszyscy trzej są powiązani z wojskiem i branżą zbrojeniową – zachodzi też zbieżność czasowa ze sprawą kontraktu na rakiety Patriot, jakie miała zamówić Polska, jednak nowy rząd zdecydował się od tego odstąpić). Nieco później nasz „ulubieniec” Ryszard Petru spotkał się z Victorią Nuland (większość Polaków nie ma nawet pojęcia, jak ważną osobą jest ona i za co odpowiada, jakie były jej wcześniejsze działania, oraz jaka rolę pełni w stosunkach z państwami zależnymi od USA), która przyleciała specjalnie do Polski, by wybadać stan polskiej demokracji (sic!). Natomiast nasz Prezydent z sytuacji wewnętrznej RP musiał się tłumaczyć przed amerykańskimi senatorami na spotkaniu w Krakowie. Ostatnio okazało się także, że pracownicy Departamentu Stanu USA i Departamentu Obrony jeździli po Polsce, odwiedzając także małe miejscowości. Zawitali też do Wadowic, miasta liczącego ok. 20 tys. mieszkańców, a znanego szerzej także ze względu na osobę dość kontrowersyjnego burmistrza Klinowskiego (zwolennika legalizacji w zasadzie wszystkich narkotyków, który jednocześnie nie zalicza się do sympatyków obecnego rządu). Cytując jego własne słowa (via Facebook), na spotkanie z Amerykanami założył spodnie-bojówki: „Ubrałem moro, bo musiałem wstać z kolan”. Jak napisał wcześniej na swym oficjalnym profilu, „Dwugodzinne spotkanie poświęciliśmy sytuacji społecznej i politycznej w naszym kraju”. Sprawa zainteresowała nawet niektórych aktywistów zachodnich (czyli ludzi, którzy generalnie dużo piszą i publikują), którzy polecili autorowi, by podrążył sprawę. Indagowany dość uporczywie przez autora, Burmistrz w końcu raczył udzielić wymijającej odpowiedzi na jedno z wysłanych drogą elektroniczną zapytań: na spotkaniu ze strony gości miały paść „szczegółowe pytania dotyczące rożnych kwestii, ale generalnie obracaliśmy się w konwencji żartu, bo inaczej nie sposób mówić o obecnej sytuacji politycznej w Polsce.” Niestety nadal nie wiemy, jakich dokładnie odpowiedzi burmistrz Wadowic udzielił Amerykanom. Widać, że on i jego stronnicy cieszą się z ich wizyty – jednak komuś bardziej obeznanemu z metodami operacyjnymi USA przypomina to raczej badanie gruntu przez ich wysłanników, niekoniecznie w dobrych celach. Czyli coś, co znamy z Ukrainy sprzed przewrotu i zmiany władzy.
Albo z Syrii.
I co ciekawe, zagrożenia na horyzoncie najwyraźniej dostrzegają także ludzie z różnych struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo RP.
Niedawno ukazało się opracowanie Narodowego Centrum Studiów Strategicznych (NCSS), powiązanego z MON think-tanku. Nosi ono nazwę „Koncepcja Obrony Terytorialnej w Polsce”, jest ciekawe, merytorycznie napisane. Jednak na str. 29 pojawił się zapis, który może skłaniać do daleko idących interpretacji:
„Wyposażona w broń maszynową, umundurowana formacja paramilitarna, może stanowić skuteczny środek zapobiegawczy (odstraszający) działaniom antyrządowym, a także wzmocni w wymierny sposób potencjał operacyjny formacji policyjnych w czasie pokoju.”
Należałoby wyjaśnić, co autorzy mieli tu na myśli, bo zdanie brzmi jakby miała nam zagrażać co najmniej kolorowa rewolucja (alias Fifth-Generation Warfare, jak kto woli). Jednym z autorów opracowania był ppłk rez. dr Krzysztof Gaj – znany wcześniej m.in. z krytyki ukraińskiego Majdanu (wyrażał też obawy związane z aktywnością rosyjską). Pojawiają się także wynurzenia różnej maści politologów czy socjologów nt. chęci wykorzystania OT przez PiS z obawy przed społeczeństwem, choć nie traktowałbym tego zbyt poważnie. Zbyt dobrze pamiętamy uwikłanie wielu z tych badaczy w poprzedni, politpoprawny reżim.
Inną sprawę stanowią manewry „Anakonda”, organizowane co dwa lata z udziałem wojsk NATO. W tym roku przyjęta została ich nowa koncepcja, w myśl której żołnierze będą ćwiczyć odparcie ataku w wojnie hybrydowej. Potencjalny agresor nie został co prawda nazwany, większość komentatorów sugeruje, że źródłem zagrożenia byłaby zapewne Rosja. Wojna hybrydowa ma jednak wiele twarzy, a tzw. „zielone ludziki” nie stanowią jedynej dostępnej opcji. Kolorowe rewolucje, destabilizacja wolnościowa czy bombardowanie demokracją raczej nie są metodami operacyjnymi Moskwy – a równie dobrze to z ich wykorzystaniem można rozkręcić wojnę hybrydową. Czy wręcz wojnę domową.
Co zatem należałoby zrobić, by oddalić od Polski wszelkie ewentualne ryzyko?
Oprócz monitorowania wszelkich podejrzanych, antyrządowych środowisk (i ich ewentualnych, zagranicznych powiązań) warto byłoby także poświęcić trochę czasu i środków na analizę ostatnich konfliktów: w Syrii, na Ukrainie, tzw. Arabskiej Wiosny – zastanawiając się, jakie mechanizmy (społeczne, polityczne, ekonomiczne itd.) i w jaki sposób wpływały na dynamikę tych konfliktów, jakie działania z inspiracji zewnętrznej miały miejsce itd. Oraz, w jaki sposób moglibyśmy zatrzymać pędzącą machinę zniszczenia, gdyby ktoś kiedykolwiek chciał wykorzystać podobne taktyki przeciwko Polsce. Jednak nawet bogatsi o taką wiedzę możemy sobie sami nie poradzić; nie wolno dopuścić do sytuacji, w której Polska znalazłaby się w izolacji. Z jednej strony, zerwanie przez Rząd RP dialogu z państwami zachodnimi najpewniej by jedynie nasiliło ich działania wymierzone w Polskę (oraz akcję propagandową w zachodnich mediach); należy z nimi nadal rozmawiać, podtrzymując ich złudzenia, że mają do czynienia z kontynuacja status quo swoich wpływów w Polsce. Z drugiej strony zaś, musimy obserwować jak kształtują się stosunki geopolityczne na świecie, także po to, by móc ustalić którym państwom „opłaca się” silna Polska. Koordynacja działań z innymi państwami Europy środkowo-wschodniej i południowo-wschodniej jest jak najbardziej wskazana (zwłaszcza, że wiele z nich widziałoby w Polsce potencjalnego lidera regionu – ze strony władz Węgier i Bułgarii padły już nawet deklaracje z tym związane), jednak po naszej stronie muszą się znaleźć także jacyś inni gracze.
Pytanie tylko, jacy?
Pierwszy z nich, Chiny, już obecnie nam sprzyja, współpracę należałoby kontynuować i pogłębiać (im bardziej Amerykanie będą starali się zawrócić Polskę z tego kursu – tym bardziej należałoby zacieśniać współpracę z Chinami!). Chińczycy także chcieliby widzieć w Polsce lidera regionu (oraz z racji geograficznego położenia Polski, centralny hub transportowy dla swego projektu Nowego Jedwabnego Szlaku). Opłacalne mogłoby się okazać również nawiązanie ściślejszej współpracy z Iranem (sojusznik Chin, posiadający drugie po Rosji największe złoża gazu ziemnego na świecie, i czwarte ropy naftowej, z geostrategicznego punktu widzenia także dobry partner polityczno-handlowy dla Polski), zwłaszcza po zniesieniu sankcji wspólnoty międzynarodowej na ten kraj, a także po nad wyraz interesujących deklaracjach, jakie padły ze strony irańskiej w sprawie współpracy z Polską. Do tego dobrą ideą wydaje się podjęcie działań w celu normalizacji stosunków z Rosją (na chwilę obecną, można myśleć raczej jedynie o deeskalacji wzajemnych napięć). Warto byłoby także nawiązać kontakt z rządem w Damaszku (informacje od nich mogłyby zwiększyć bezpieczeństwo Polski, zwłaszcza w dobie kryzysu migracyjnego i ataków terrorystycznych w Europie) i pomóc im przezwyciężyć skutki wyniszczenia gospodarczego (czyli przede wszystkim, podjąć działania w celu zniesienia sankcji gospodarczych nałożonych na Syrię!). Pomoc udzielona państwu uznawanemu przez Iran za sojusznika może procentować w przyszłości (także w relacjach z Irańczykami); nadto, doświadczenia strony syryjskiej zdobyte przy odpieraniu wojny hybrydowej mogłyby stanowić wartość także dla Polski. Tym bardziej, że mówimy o państwie, które odpiera ją od ponad pięciu lat, mając przeciwko sobie takie potęgi jak USA, Wielka Brytania, Francja, Turcja, Arabia Saudyjska (i ich sojusznicy bliskowschodni) czy nawet Niemcy (żadnych złudzeń, akcję „refugees welcome” wprowadzono, by wspierać depopulację Syrii). I jak dotąd, czyni to dość skutecznie, zważywszy na dysproporcję potencjałów. Korzystając z doświadczeń strony syryjskiej, można by zmniejszyć ryzyko przeprowadzenia skutecznych ataków hybrydowych (i propagandowych) na Polskę, gdyby kiedykolwiek w przyszłości jakieś państwo lub kilka państw chciałoby podjąć przeciwko nam podobne działania.
Natomiast fakt posiadania potężnych sojuszników (jak i wspierającego nas zwartego bloku mniejszych krajów) działałby również odstraszająco na wszelkich potencjalnych wrogów Polski.
Michał Mazur

7 komentarzy