22 maja w Austrii odbyła się druga tura wyborów prezydenckich. Startowali w niej Norbert Hofer, kandydat „eurosceptycznej” i anty-imigranckiej Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ), oraz Alexander van der Bellen, kandydat Zielonych.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych podało wstępne wyniki wyborów, zgodnie z którymi na Hofera oddano 51,9% głosów, a na van der Bellena 48,1%. Zaznaczono, że wstępny wynik został ustalony przed policzeniem głosów oddanych korespondencyjnie. Na tę ostatnią procedurę głosowania miało się zdecydować aż 10% Austriaków.
Ostateczne wyniki zostały ogłoszone dzień później – podano, że van der Bellen otrzymał w sumie 50,35%, a Hofer 49,65% głosów. Oficjalny wynik wygląda nieco dziwnie. Oznaczałby on bowiem, że o ile głosy oddane w lokalach wyborczych rozłożyły się niemal równo z lekką przewagą Hofera, to wyborcy głosujący korespondencyjnie praktycznie wszystkie głosy oddali na van der Bellena. Tylko korespondencyjne głosy okazały się wyjątkiem od trendu wyborczego potwierdzonego przedtem przez wszystkie ośrodki sondażowe i MSW, a przy tym z punktu widzenia lewicowo-liberalnego establishmentu w ostatniej chwili „uratowały sytuację”.
Oceniany przez pryzmat unijno-europejskiej ortodoksji ideologicznej, Alexander van der Bellen ma dobre referencje. Jest synem cudzoziemskich emigrantów i, powołując się na ten fakt, optuje za przyjmowaniem masowej imigracji. Protestował m.in. przeciw zamykaniu austriackich granic przed inwazją fałszywych „uchodźców”. Jak twierdzi, był masonem, ale już nie jest. Popiera też polityczne roszczenia homoseksualnych zboczeńców.
(Na podstawie PAP, nczas.com, pch24.pl opracował A.D.)








