„Ta sama zasada, która porywa i przyciąga nas w swej nieskuteczności, pożarłaby i zniszczyła nas w swej skuteczności” – F. W. J. von Schelling.
Friedrich Nietzsche napisał kiedyś tekst „O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie”. Mniej popularny od kanonu, ale zawierający słynną quasi-definicję prawdy, którą później na sztandar wzięli koryfeusze poststrukturalizmu:
Czym więc jest prawda? Ruchliwą armią metafor, metonimii, antropomorfizmów, krótko, sumą ludzkich stosunków, które zostały poetycko i retorycznie wzmożone, przetransportowane i upiększone, a po długim użytkowaniu wydają się ludowi kanoniczne i obowiązujące.
Za kanoniczne dziś wypadałoby uznać „prawdy” reżimu demoliberalnego. W debatach aż furczy od apologii kapitalizmu i bałamutnych pogadanek o naturalnej konkurencyjności i wrodzonych prawach do wolności (działającej zawsze jako forpoczta do zniewolenia innych). Wielkim pokrzywdzonym przez armię metafor i metonimii – czy po prostu przez dyskurs rozumiany (po foucaultiańsku) jako miks władzy i wiedzy – jest Kościół powszechny. Przyczyną jest na pewno brak charyzmatycznych obrońców, prawdziwych rycerzy wiary. Pełno przecież teraz „postępowych katolików” o moralności alfonsa. Duchowni i świeccy zamiast głosić rewolucyjną przecież ewangelię bawią się w mimikrę. Jak to ujął Nicolas Gomez Davila, Kościół nie przekonał do swojej nauki wiernych, więc postanowił dostosować nauczanie do potrzeb i przekonań gawiedzi.
Mało kto mówi o awangardowej roli Kościoła w dziejach i jego wiecznej nowoczesności (!) . Dwa argumenty, spisane szybko, jak notatki z rekolekcji: 1) Kościół wyprowadził ludzkość ze Średniowiecza i 2) to Kościół pierwszy chciał odseparować się od Państwa.
Pierwszy argument tylko pozornie wygląda na brawurę. Już tłumaczę. Za nierozerwalnie złączony ze Średniowieczem (poza kliszami o ciemnogrodzie) uchodzi, rozpowszechniony wtedy, feudalizm, dzielący ludzi na lenników i wasali. Cechą charakterystyczną tego ustroju polityczno-społecznego jest parcelacja i decentralizacja władzy. Jak pisze Cat-Mackiewicz: „Każdy posiada jakąś ilość uprawnień, w którą nikomu wkraczać nie wolno, i pewną ilość obowiązków. Te uprawnienia i te obowiązki ma zarówno w stosunku do swego zwierzchnika, czyli suzerena, jak i podwładnego, czyli wasala” [1]. Właśnie dlatego całe wieki ani Papież ani Cesarz nie mogli zdobyć długotrwałej przewagi w sporze o wizję rządów w Europie. Ambitny papież wywracał się na skorumpowanych kardynałach i biskupach a Cesarz na królach i książętach.
Kościół w swojej wewnętrznej organizacji wyszedł poza ten ustrój już w XIII wieku. Wiąże się to z pontyfikatem Innocentego III i organizacją władzy papieskiej w myśl plenitudo potestatis gdzie nie baczy się na nabyte przywileje i prawa, tak charakterystyczne dla wcześniejszych rządów. Od tego czasu „papież nie jest tylko najwyższym lennikiem, który rozporządza dochodami Kościoła w sposób nieograniczony: rozdziela urzędy i beneficja wedle własnej woli i łaski, jest nie tylko najwyższym, lecz jedynym panem Kościoła […]. Prałaci nie są już jego wasalami, lecz urzędnikami, a przysięga lenna, choć nie zmieniły się jej słowa, stała się przysięgą służbową, nie ulegając zmianie w zależności od tego, czy przysięgał arcybiskup, papieski audytor, czy notariusz” [2]. Według Carla Schmitta, „zniesienie średniowiecznego wyobrażenia o niezmiennej i ustalonej drabinie urzędów” to element stricte rewolucyjny w plenitudo potestatis[3]. Co ciekawe, „jest to rzadki przykład prawomocnej rewolucji, w zasadzie uznawanej także przez tych, których dotyczyła, a przeprowadzonej przez organ, który był już ukonstytuowany (nie konstytuował się dopiero dzięki samej rewolucji)” [4]. Pełne oburzenia podania z epoki wyraźnie świadczą, że bezpośrednie ingerencje władzy odbierano jako przełom. Przełom, który torował drogi absolutyzmowi i oświeconym dyktaturom, typowym dla rządów kilkaset lat późniejszym. Innocenty III chcąc reformować Kościół wysyłał pełnomocników, nadając im uprawnienia komisaryczne. Z reguły było to niższe duchowieństwo (zakonnicy, opaci etc.), które osądzało wyższych hierarchów, ergo: podwładni sądzili zwierzchników. Nie urząd a polecenie Innocentego III przydzielało miejsce w organizacji kościelnej. Rzecz bez precedensu, która kojarzyć się może z Rewolucją Kulturalną i działalnością hunwejbinów.
Nie byłoby sukcesu Innocentego III bez wcześniejszego sporu o inwestyturę i pontyfikatu Grzegorza VII. Tutaj płynnie dochodzimy też do argumentu za tym, że to Kościół pierwszy dążył do oddzielenia się od Państwa. Spór o inwestyturę zapamiętany został jako starcie między Henrykiem IV a Grzegorzem VII o mianowanie biskupów. Lakoniczność podobnego komunału przeszkadza w zrozumieniu istoty konfliktu. A był to de facto spór kluczowy w Średniowieczu.
Inwestytura, od łacińskiego investire, była królewskim prawem z tradycją sięgającą IX wieku. Król mianował biskupów i nadawał im regalia oraz spirytualia, tj. świeckie dobra oraz prawa władzy duchownej. Monarchowie mieli tu interes: „umacniali pozycje biskupów, nadawali im hrabstwa i księstwa, gdyż wszelkie prawa, włącznie z dobrami kościelnymi, w przypadku śmierci biskupa powracały do króla” [5]. Prawdziwe znaczeniu inwestytury dla władcy lepiej uzmysławiają jednak liczby niż słowa. Za Cesarza Ottona II książęta duchowni mogli wystawić 1504 rycerzy pancernych przy 600 rycerzach książąt świeckich [6]. Dlatego żaden król nie chciał zrezygnować z prawa mianowania biskupów. Nie przy takim potencjale militarnym rozporządzanym przez duchowieństwo.
Wszystko zmieniło się wraz z objęciem tronu papieskiego przez Hildebranda, którego historia zapamiętała jako Grzegorza VII. Wybór imienia nie był przypadkowy. Mnich z zakonu św. Benedykta był świadkiem detronizacji Grzegorza VI i towarzyszył mu na wygnaniu w Kolonii. Czy wtedy obiecał sobie, że rzuci rękawice cesarstwu? Bo w tych kategoriach należy rozpatrywać sporządzony w 1075 roku dokument, który historia zapamiętała jako Dictatus papae. Grzegorz VII w 27 tezach sformułował tam zasady czegoś co później historycy nazwali papocezaryzmem. Każda z tych tez ma siłę ciężkiej maszyny wojennej. To nie król, według Grzegorza VII, miał być jednocześnie kapłanem, jak już bywało w historii, tylko kapłan miał zostać królem. Jak pisze biograf Henryka IV: „Dictatus… wkracza daleko w sferę, w której dotąd decyzje mieli prawo podejmować wyłącznie książęta świeccy i duchowni. Papież może detronizować cesarza, a zatem także i króla, i księcia. Może unieważnić przysięgę wierności. Zatem Dictatus… może doprowadzić do rozpadu średniowiecznego systemu lennego, który przecież istniał dzięki więzom wierności i przysięgi” [7].
Radykalny gest Grzegorza VII kruszył równowagę między papiestwem a cesarstwem, ale wprowadzał jasność co do nominacji duchownych. Biskupi stali się poddanymi papieża a całe życie religijne zostało poddane jego wszechwładzy. Sekularyzacja władzy świeckiej była oczywiście zaplanowana na umocnienie papiestwa. Nie zmienia to jednak faktu, że bodziec rozdzielenia kompetencji wyszedł od duchowieństwa.
Różnie później układały się losy Grzegorza VII. Miał chwilę wielkiego triumfu, jak w Canossie, ale zmarł poza Rzymem, opuszczony przez wielu. Jak wielka gorycz kryje się w ostatnich słowach znakomitego przywódcy: „miłowałem sprawiedliwość, a nienawidziłem bezbożników, dlatego umieram na wygnaniu” [8].
Kościół nie zszedł jednak już z drogi, na którą wprowadził go późniejszy święty. Za przykład może służyć tu konkordat wormacki z 1122 roku zawarty między Kalikstem II a Henrykiem V. W myśl ustaleń jasno widać, że spór o inwestyturę rozstrzygnięty został na korzyść Kościoła. Cesarz zrzekł się prawa nominacji biskupów na rzecz kapituły katedralnej.
Łukasz Rogowski
[1] Stanisław Cat-Mackiewicz, Herezje i prawdy, Warszawa 1975, s. 18.
[2] Johannes Haller, Papsttum und Kirchenreform, t.I, Berlin 1903, s. 26.
[3] Carl Schmitt, Dyktatura. Od źródeł nowożytnej idei suwerenności do proletariackiej walki klas, Warszawa 2016, s. 67.
[4] Tamże s. 66.
[5] Ernst W. Wies, Cesarz Henryk IV. Canossa i walka o panowanie na światem, Warszawa 2000, s. 29.
[6] Tamże s. 31.
[7] Tamże s. 132.
[8] Tamże 191.








