Tomasz Weber: Dwie twarze nacjonalizmu – w odpowiedzi koledze Wieczyńskiemu

Chaotyczne teksty mają wiele minusów, ale jeden zasadniczy plus. Nawet jeśli ich przekaz jest błędny, a czasem szkodliwy, ciężko napisać przeciwko tezom wyłożonym przez autora polemikę, bo ta wymaga przebrnięcia przez zawiły sposób myślenia autora i próby uporządkowania, której ten nam odmówił przy pisaniu swojego dzieła. Pomieszanie z poplątaniem nie raz i nie dwa razy skutecznie chroni więc przed repliką, chroniąc tym samym błędne tezy i przyczyniając się do szerzenia zdezorientowania w polskim prawicowym półświatku.

Taki tekst, zatytułowany „Dwa nacjonalizmy – folwarczny i klasowy” postanowił popełnić kolega Paweł Wieczyński. Tytuł prawdziwie przewiduje, że mamy do czynienia z kolejnym krytycznym spojrzeniem na polski ruch nacjonalistyczny, które jest główną osią tego dzieła – jednak nie jedyną. Choć pierwszy akapit sugeruje podejście ideologiczne i krytykę „koszulkowego patriotyzmu”, autor używa tego zjawiska jako tła do promowania fałszywej – moim zdaniem – marksistowskiej dychotomii nacjonalizmu burżuazyjnego i nacjonalizmu proletariackiego, tutaj dla niepoznaki ukrytych pod przymiotnikami folwarczny i klasowy. Tekst w swojej istocie jest jedną wielką apologią marksizmu, ukrytego nieudolnie pod nowymi ideologicznymi pojęciami i wspomnianym już chaosem – autor skutecznie wplótł do swojego wywodu krytykę współczesnego katolicyzmu, Zadrugę, Dugina, Limonowa, prymitywną islamofilię ukrytą pod krytyką rzekomej islamofobii, a nawet Kim Ir Sena. Wszystko to składa się na tekst, który bez tych ozdobników można by streścić w starym dobrym maoistowskim hasłem „nigdy nie zapominaj o walce klas!”.

Kolega Wieczyński już w drugim akapicie zaczyna od zarysowania wspomnianej marksistowskiej dychotomii. Otóż mamy nacjonalizm burżuazyjny/folwarczny i nacjonalizm proletariacki/klasowy. Ten pierwszy to czyste zło. Kapitaliści (!) polscy nie są przecież lepsi od zagranicznych – tak samo wyzyskują zniewolonego polskiego robola, a to przecież o wyzwolenie społeczne chodzi. Wyzwolenie społeczne, to, jak dowiadujemy się z dalszego wywodu – socjalizm. Socjalizm rozumiany nie po spenglerowsku, nie na modłę austriackiej myśli akwarelistycznej, ale wprost jako „sprawiedliwy podział dóbr” i „nacjonalizacja aparatu produkcyjnego”. W końcu w nacjonalizmie nie chodzi według autora o nic innego, tylko o opór wobec „globalnego systemu kapitalistycznego”. Skoro opór jest globalny, to i rewolucja powinna być rewolucją światową – jednak nie na trockistowską modłę, lecz według stalinowsko-maoistowskiej teorii socjalistycznych rewolucji narodowych. W tym kontekście nie może dziwić fakt entuzjastycznego podejścia autora do koncepcji internacjonalizmu. Powołując się na obrzydliwą, wychwalającą ateizm i rewoltę przeciwko boskiej hierarchii pieśń socjalistyczną – „Międzynarodówkę” – kolega Wieczyński niczym prawdziwy bolszewik proponuje nam instrumentalne potraktowanie narodów do celów rewolucji światowej.

Autor powielając kolektywistyczne mity doprawia je modną tezą o dezaktualizacji pojęcia lewica i prawica. Można się oczywiście zastanawiać nad jej poprawnością. Znane są argumenty o stronach parlamentu podczas Rewolucji Francuskiej, nieprzystających do stanu w którym obecnie znajduje się demokracja liberalna, te powtarzane wśród wolnorynkowych oszołomów, że prawicy zdarza się promować prospołeczne rozwiązania, a lewicy bronić ekonomicznych rozwiązań powszechnie rozumianych z prawicą. Nie po to jednak kolega Wieczyński ją przytacza. Wymowa artykułu jest jednoznaczna – dla niego niechęć do kłótni czym w rzeczywistości jest „prawica”, a czym „lewica” jest wybiegiem mającym na celu krytykę postaw prawicowych i złagodzenie podejścia do postaw lewicowych. Bezkrytyczne poparcie wszystkich sił które występują przeciwko panującemu obecnie Systemowi – bez patrzenia zarówno na ich motywacje jak i cele – jakie proponuje kolega Wieczyński za swoim  „osobistym autorytetem”, pedałem i degeneratem Eduardem Limonowem, może doprowadzić tylko i wyłącznie do dalszego chaosu. Koncepcja „sojuszu ekstremów” jest skompromitowana, a jej jedynym pozytywnym owocem na polskim podwórku było rozbicie dzięki wpływom Falangi pewnej komunistycznej organizacji która się na ten sojusz zdecydowała. Jak zauważa Baron Julius Evola w swoim artykule „Być z prawicy”, między różnymi rozumieniami tego pojęcia należy wyróżnić te, ujmujące kategorię „prawica” w sposób metafizyczny, jako konkretną duchową orientację i wizję świata. Tak pojmowana prawica jest nie do pogodzenia z wszelkimi lewicowymi ideologiami, czy to liberalnymi czy kolektywistycznymi. Prawica to siła dążąca do organicznego, tradycyjnego porządku, antydemokratyczna, antykapitalistyczna, antykomunistyczna i arystokratyczna, oparta na boskim prawie przekazanym nam z poza tego świata. Antykapitalizm to właściwie jedyny punkt, na którym można by było oprzeć taki sojusz – jednak w rzeczywistości sprawa nie jest taka prosta. Prawicowy antykapitalizm wyrasta z zupełnie innych przesłanek niż antykapitalizm lewicowy. Ci ostatni wychodząc z tego samego założenia co wolnorynkowi liberałowie – wolności jednostki, demokracji i idei równości – pragną prymitywnej urawniłówki, niszcząc wyjątkowość osób w kolektywistycznym sosie, tak samo jak liberałowie niszczą osoby przyporządkowując je do pozbawionych twarzy masy wykorzenionych jednostek.

Spod zagmatwania, niczym spod powierzchownych impresjonistycznych plam, zaczyna nam się wyłaniać prawdziwy obraz bolszewickiego kolektywizmu jaki proponuje nam autor. Zabieg stylistyczny polegający na pisaniu tego, co ślina na język przyniesie nie powinien przysłonić czytelnikowi prostego faktu, że kolega Wieczyński, jako przykładny marksista, pragnie rewolucji socjalistycznej. Bolszewizm ukryty za nacjonalistyczną frazeologią pozostaje bolszewizmem, bratem bliźniakiem liberalizmu. Nigdy nie był, a w czasach po upadku eksperymentu zwanego Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, nie jest tym bardziej żadną drogą wyjścia z nowoczesnego świata.

Jednak jaka jest alternatywa, zakrzyknie kolega Wieczyński, a za nim prawdopodobnie wielu mu podobnych, żyjących w fałszywej dialektyce w której królują nieprzekraczalne dychotomie kapitalizmu-socjalizmu, liberalizmu-kolektywizmu czy demokracji-totalitaryzmie. W umyśle współczesnego człowieka, który jest antyliberałem i antykapitalistą komunistyczne utopie wydają się jedynym alternatywnym rozwiązaniem, a gdy popełnia jeszcze przy tym artykuły, jego czytelnicy narażeni są na obcowanie z tak szkodliwymi ideami jak te przedstawione w artykule kolegi Wieczyńskiego.

Na szczęście istnieje alternatywa wobec nowoczesnej dychotomii liberalizmu-kolektywizmu zaprezentowanego nam w tym artykule. Jest nią niezmiennie aktualna – bo wyrastająca z ponadludzkich korzeni – koncepcja prawicowa, arystokratyczna i tradycyjna. Nie sposób opisać jej w krótkim polemicznym artykule, ale na użytek czytelników – oraz kolegi Wieczyńskiego – zamierzam ją streścić, jako odtrutkę na niebezpieczne idee „nacjonalizmu klasowego”.

Autor ma rację – istnieją dwa rodzaje nacjonalizmu. Jednak nie są to bliźniacze w istocie marksistowskie nacjonalizmy burżuazyjny/folwarczny i klasowy/proletariacki. Pierwszy istniejący nacjonalizm wywodził się z czasów Rewolucji Francuskiej i był w swojej istocie buntem przeciwko hierarchicznemu porządkowi. Oto tłuszcza ogłasza się narodem, wolnym i równym zbiorem jednostek występującym przeciwko przywilejom. Nie ma już stanów czy kast – jest naród i to naród powinien stanowić władzę w państwie. Bunt przeciwko władzy królewskiej ma być zwieńczony władzą reprezentantów narodu, wyłonionych w procedurze demokratycznej. Apatia i degeneracja kasty arystokratycznej oraz samego króla poskutkowała tym, że ludzie nie mający żadnej legitymacji do rządzenia roszczą sobie prawa, na które nie zasłużyli, do wyboru sprawującego władzę. Porządek zostaje zniszczony wraz z ancien regime’em, który mimo swojego zwyrodnienia, był jego odbiciem. Nowoczesność triumfuje, Tradycja zostaje zapomniana. Nacjonalizm wyłoniony w cieniu gilotyny przekształca się następnie w dwa typy nacjonalizmu proponowane przez kolegę Wieczyńskiego – ten indywidualistyczny, liberalny, burżuazyjny zwany przez niego folwarcznym i kolektywistyczny, proletariacki zwany klasowym. Tak naprawdę nie ma między nimi żadnych istotnych różnić. Ani jeden, ani drugi nie ma dużo wspólnego z Tradycją, odbudową hierarchii i odbudowaniem zniszczeń poczynionych przez tłuszczę. Jeden i drugi jest demokratyczny, jeden i drugi za ideał stawia sobie materialistyczny dobrostan jednostki, jeden i drugi patrzą na kapitał jak na bóstwo. Różnią się tylko w realizacji celów. Liberalny nacjonalizm chce by jednostki, wyrwane ze swoich stanów i kast, wykorzenione z naturalnych wspólnot konkurowały ze sobą o kapitał na wolnym rynku. Nacjonalizm klasowy chciałby likwidacji tych, którzy liberalny konkurs wygrali, oraz rozdzielenia kapitału pomiędzy jednostki zatopione w bezwładnym, szarym kolektywie. Istotę tego nacjonalizmu należy dostrzegać w uzurpacji władzy przez niższe kasty. Nacjonalizm burżuazyjny uzurpuję władzę należącą do arystokracji, nacjonalizm proletariacki chce, by władza którą burżuazja bezprawnie zabrała arystokratom znalazła się w rękach najniższego stanu. Te dwa nacjonalizmy wbrew pozorom nie są przeciwieństwami, lecz uzupełniają się. Żaden z nich nie jest antysystemowy, bo oba mają na swoim celu obronę nowoczesności. Wybór pomiędzy nimi to wybór pomiędzy dżumą a cholerą.

Jednak po pierwszej wojnie światowej mamy do czynienia z narodzinami nowego rodzaju nacjonalizmu. Doświadczywszy prawdziwego, brutalnego życia wychodzący z okopów żołnierze widzą ułudę nowoczesnego świata, wraz z demokracją, kapitalizmem, kultem postępu i innymi bożkami liberalizmu. Zaczynają walczyć przeciwko staremu porządkowi jako całości, nie rozróżniają kapitalizmu i komunizmu, nie dają się złapać na fałszywe alternatywy przedstawione przez System. Podczas gdy w pierwszym rodzaju nacjonalizmu nacisk położony jest na kolektywizm, czy to w formie narodu, czy klasy ukonstytuowanej w naród (wedle słów Marksa z Manifestu), drugi nacjonalizm kładzie nacisk na stworzenie nowej arystokratycznej hierarchii, która wyłoni się z kierowniczej nacjonalistycznej elity. Następuje odwrócenie wartości. Naród nie jest już celem jednostki, ale to jednostka jest celem narodu, wykształcenie z jednostki osoby, świadomej swoich możliwości i potencjału, a z najlepszych osób powstaje nowa arystokracja kierująca całym przedsięwzięciem.

Działając w świecie materialnym jesteśmy przywiązani do warunków które nam oferuje. Nie sposób odwrócić szkód poczynionych przez nowoczesność, przy wydatnej pomocy pierwszego rodzaju nacjonalizmu w sposób skokowy – od razu wrócić do tradycyjnych form. Powód jest prozaiczny. Tradycyjne formy w świecie materialnym w większości już nie istnieją, rozłożone przez degeneracyjny wpływ liberalizmu. Te które przetrwały są cieniem samych siebie. Król Norwegii, bredzący coś o tolerancji, jest tego najlepszym przykładem.

Zwolennicy prawowitego Porządku stoją przed dylematem – konserwować to co jeszcze zostało, czy zbudować Porządek na nowo. Tego drugiego wyboru dokonali zwolennicy drugiego rodzaju nacjonalizmu i przyjęli kierunek w pełni antyliberalny, antykomunistyczny i antysystemowy. Nowoczesność zrujnowała świat, ale można zacząć odbudowę wykorzystując narzędzia które mamy pod ręką, także te którymi się posłużyła. Naród może być przyczynkiem do kolektywnego rozbicia, ale także do odbudowy świata Tradycji.

Zadania jakie stoi przed prawdziwymi antysystemowymi nacjonalistami są następujące: zakończyć konflikt pomiędzy dwoma sztucznymi klasami burżuazji i proletariatu poprzez odburżuazyjnienie burżuja i deproletaryzację proletariusza, zorganizować je w sposób który przypomina ludzki organizm, innymi słowy, dążyć do stworzenia państwa organicznego. Pokój ekonomiczny i społeczny który powstanie gdy nowa elita zapanuje nad chaosem nowoczesnego społeczeństwa pozwoli na stworzenie warunków w których elementy wyższego typu będą mogły swobodnie realizować swoje powołanie. W ten sposób dojdzie do odbudowy drugiej kasty, wojowniczej arystokracji, z monarchą – pierwszym arystokratą – na czele. Jest to możliwe tylko poprzez tymczasową, nacjonalistyczną arystokrację, która będzie w stanie w walce o zdobycie narodu wyjść ponad łamy bezwładnego kolektywu podstawionego nam przez nowoczesność. Arystokracja po przywróceniu łączności z Tradycją i przepełnieniu jej duchem Narodu wyczerpie możliwości nacjonalizmu i będzie mogła poprowadzić do odtworzenia prawdziwego Porządku, poprzez oparcie Państwa na wyższych wartościach. To jednak perspektywa tak odległa, że nie ma sensu pochylać się nad nią w polemicznym artykule.

Oddzielną kwestią jest zaproponowanie alternatywy dla marksistowskiej dychotomii kapitalizmu-socjalizmu zarysowanej nam przez kolegę Wieczyńskiego. Oczywistym jest, że nowoczesną ekonomię cechuje demoniczna natura, jednak przejawiają się ona tak samo w chaosie kapitalistycznego wolnego rynku jak i komunistycznym, deterministycznym traktowaniu człowieka jako narzędzia ekonomii. Siły ekonomiczne stały się nowymi bogami społeczeństwa, tworząc niebezpieczną antytezę dla cechującego się duchowymi aspiracjami społeczeństwa tradycyjnego. Evola przypominał, że „tak długo jak mówimy o klasach ekonomicznych, zysku, pensjach i produkcji, tak długo jak wierzymy że prawdziwy ludzki postęp jest uzależniony od danego systemu dystrybucji bogactwa i dóbr, mówiąc ogólnie, że ludzki postęp może być mierzony bogactwem i dobrami, nie zbliżamy się w ogóle do tego co jest istotne” (J. Evola, Men Among the Ruins: Post-War Reflections of a Radical Traditionalist. Inner Traditions, 2002., s. 121). Nie oznacza to, że ludzie nie potrzebują jedzenia, ubrań czy mieszkań, jednak o wiele ważniejsze są potrzeby duchowe, których struktura nowoczesnego państwa i związanej z nim nowoczesnej gospodarki nie są w stanie zaspokoić. Wszystko podporządkowane jest  ekonomicznej produkcji a obsesja na temat gospodarki to tylko jeden z objawów degeneracji systemu społecznego. W społeczeństwach tradycyjnych gospodarka była po prostu jednym z obszarów działalności organicznego państwa. „Kapitaliści” i „proletariusze” nie istnieli, a walka klas była nie do pomyślenia.

Państwo, reprezentujące „ideę i władzę” powinno być nadrzędne wobec gospodarki. Duchowe wartości, które przenikają strukturę państwową, muszą nie tylko nadzorować, ale i nadawać kierunek działalności gospodarczej człowieka. Koncepcja ta w sposób oczywisty stoi w sprzeczności z liberalną ideą wolnego rynku, jednak należy w tym miejscu oprzeć się pokusie przyjęcia koncepcji socjalistycznych. Rozwiązaniem jest forma korporacjonizmu oparta „na zasadach kompetencji, kwalifikacji i naturalnej hierarchii, usadowiony w systemie charakteryzującym się stylem aktywnej bezosobowości, bezinteresowności i godności” (J. Evola, Men Among the Ruins., s. 225). By doprowadzić do tej koniecznej zmiany w nastawieniu wobec ekonomii, należy doprowadzić do deproletaryzacji robotnika oraz wyeliminować najgorszy, pasożytniczy typ kapitalisty, nie uczestniczącego bezpośrednio w procesie produkcji.

Wzorem, jednak wymagającym odpowiedniej krytyki i uaktualnienia, jest system feudalny będący przykładem ekonomicznej autonomii i jednolitej współpracy pomiędzy komplementarnymi sekcjami średniowiecznego społeczeństwa. Więzy lojalnościowe oraz boski fundament feudalizmu wzmacniały zarówno osobistą odpowiedzialność podmiotów jak i decentralizację gospodarki.

Upodmiotowieni robotnicy i przedsiębiorca, aktywnie uczestniczący w życiu zakładu pracy, zapobiegałyby wszelkim patologiom życia gospodarczego, w tym walce klas, istnieniu związków zawodowych, wyzyskowi i w ten sposób nie dopuszczało do dalszej degeneracji społeczeństwa. Robotnik powinien brać rzeczywisty dział w życiu swojego zakładu pracy, a nie być jedynie trybem w kapitalistycznej maszynie. Zintegrowanie go ze swoją firmą polepszyłoby nie tylko jakość jego życia, ale i pracy, tworząc jednocześnie strukturę bardziej przypominającą tradycyjne kooperatywy. Nie oznacza to jednak prymitywnej nacjonalizacji. Hierarchia w zakładzie pracy jest potrzebna tak samo jak i w państwie. Zamiast uspołeczniać środki produkcji należy uspołecznić ludzi, tak by kompetentni i świadomi swoich obowiązków stojących przed państwem i Bogiem właściciele zakładów pracy, w pełni uczestniczący w procesie produkcji, mogli kierować swoim zespołem w sposób jak najbardziej kompetentny. Rozmycie odpowiedzialności w kolektywie nie jest odpowiedzią na problemy współczesnej ekonomii.

Zwieńczeniem reform gospodarczych miałoby być utworzeniem Izby Korporacyjnej, jednak nie zarządzanej w sposób biurokratyczny, jak miało to miejsce w faszystowskich Włoszech, ale odpowiadającej rzeczywistym relacjom w życiu społeczno-ekonomicznym. Izba nie może mieć jednak charakteru politycznego. Przywróciłoby to ekonomii należne jej miejsce w organizacji państwa, niwelując jej „demoniczną naturę” poprzez postawienie jej w stosunku podległości do człowieka, nie będącego tak jak w nowoczesnym państwie, zależnym od sił ekonomicznych.

W swojej pogardzie wobec Systemu i rządzącej nim burżuazji należy jak ognia wystrzegać się marksizmu, o czym zapomniał kolega Wieczyński. Antyburżuazyjność marksizmu jest tylko i wyłącznie powierzchowna, redukująca pojęcie „burżuja” jedynie do sfery ekonomicznej. Należy jednak popatrzeć na jego kulturowy aspekt. Mieszczanin i kapitalista reprezentują w swojej istocie zbiór pustych, dekadenckich i zepsutych idei. Marksista krytykuje burżuazję za to, że nie dorasta do wyznawanych przez siebie idei. Wolność pozostaje wolnością tylko dla lepiej usytuowanych, równość nie istnieje a braterstwo to tylko mit. Wszystko z powodów ekonomicznych – robotnik uzależniony od swojej płacy i wyzyskiwany przez kapitalistę nie może w pełni korzystać z dobrodziejstw burżuazyjnego społeczeństwa. Dlatego skupia się on, tak jak kol. Wieczyński, na ekonomicznym aspekcie, odpowiedzi na zepsucie którego jest świadkiem widzi w podziale dóbr i uspołecznieniu środków produkcji. Prowadzi to do relegowania człowieka do roli „homo economicusa”, skupionego na materialnym aspekcie życia.

Kolega Wieczyński w chaosie swojego artykułu starał się przeszczepić bolszewizm na grunt nacjonalizmu. Dlatego skupił się na „sprawiedliwym podziale dóbr”, „socjalizmie” i „nacjonalizacji aparatu produkcyjnego”. Rolą nacjonalisty jest odrzucenie tych materialistycznych koncepcji i skupienie się na wyższych, heroicznych wartościach. Zwalczanie liberalizmu marksizmem jest błędnym kołem, idee te są bowiem komplementarne. Żadne sojusze ekstremów, czy szerokie fronty „na bazie antyliberalizmu integralnego” (czymkolwiek ten twór miałby być) i inne chwytne hasła nie mogą zaślepić nam oczywistej prawdy – jeśli chcemy być przeciwnikami Systemu, musimy odrzucić go w całości, wraz z jego pozornymi przeciwnikami. Nacjonalizm nie może stać się koniem trojańskim kryjącym w sobie bolszewizm, lecz musi być wehikułem do ucieczki „w górę”, kuźnią nowej arystokracji i narzędziem do odbudowy tradycyjnego Porządku.

Tomasz Weber

ArnoBrekerDiePartei

9 komentarzy

Leave a Reply