Katolicyzm (…) przyspieszy rozkład kapitalizmu i uzdolni rzesze ludzi wierzących do budowy sprawiedliwszego systemu życia społecznego.
(Bolesław Piasecki)
W nawiązaniu do toczącej się na łamach naszego portalu dyskusji nad rewolucyjną (czy też kontrrewolucyjną) funkcją nacjonalizmu, chciałbym odnieść się do jednego jej wymiaru – w wypowiedziach moich poprzedników odgrywającego rolę marginalną, wartego tymczasem silniejszego wyeksponowania; chodzi mianowicie o znaczenie Kościoła katolickiego.
Czy potrzebna nam schizma?
Trudno w sposób precyzyjny odnieść się do wywodu kolegi Wieczyńskiego, bo też wywód jego najeżony jest niedopowiedzeniami, niezamkniętymi wątkami i zawieszonymi w próżni aluzjami. Najbardziej konkretna sugestia (?) pada w przedostatnim akapicie i dotyczy dokonania przez polskich nacjonalistów-katolików schizmy pod wodzą niewymienionego z nazwiska (dlaczego?) księdza Międlara. Trudno oczywiście takie stwierdzenie traktować poważnie, ustosunkujmy się jednak i do niego w kilku słowach.
Z jakiego to bowiem powodu mielibyśmy dokonywać schizmy? Zapewne ze względu na negatywny stosunek Kościoła katolickiego do nacjonalizmu i socjalizmu, bo zdaniem kolegi Wieczyńskiego, zapewne to między innymi jest miarą fatalnego stanu Kościoła. Zarówno jednak nacjonalizm jak i socjalizm są po prostu ideologiami politycznymi, nie zaś jakimiś dogmatami. Każdy człowiek, również kapłan katolicki, może sobie swobodnie roztrząsać ich wady i zalety i w zależności od oceny, zająć wobec nich stanowisko pozytywne lub negatywne.
Z drugiej strony, kapłani Kościoła katolickiego mają za zadanie prowadzić swoich wiernych do zbawienia. Stąd też wynika ich autorytet w kwestiach wiary i moralności oraz obowiązek bycia posłusznym przez katolika w tych obszarach kolejno nieomylnej nauce Magisterium, prawu kościelnemu, papieżowi, biskupowi miejsca i wreszcie proboszczowi swojej parafii. W dziedzinie politycznej kapłani mogą wyrażać takie czy inne opinie, nie mają one jednak rangi obowiązującej, za wyjątkiem tyczących się ściśle właśnie wiary lub moralności.
Niezależnie jednak nawet od bycia katolikiem, człowiek żyjący w tożsamościowej wspólnocie politycznej czy po prostu będący członkiem tożsamościowej organizacji, winien okazywać katolickim kapłanom szacunek pochodny ich stanowi społecznemu. Stąd pisanie o papieżu jako o „namiestniku państwa watykańskiego”a o nacjonalistach posłusznych nauczaniu społecznemu Kościoła jako o „broniących interesów Watykanu” bardziej pasowałoby na łamach jakiegoś antyklerykalnego pisemka, niż na naszym portalu.
Słuszna i niesłuszna krytyka katolickiej nauki społecznej
Przy okazji warto rozjaśnić nieco kwestię katolickiej nauki społecznej, o której z taką dezaprobatą wypowiada się kolega Wieczyński. Na początek wypada zwrócić uwagę na wzajemną sprzeczność stawianych przez niego zarzutów, bo skoro katolicka nauka społeczna ma być „mało konkretna”, to jak zarazem może być „zdezaktualizowana”? Po drugie, należałoby odróżnić nauczanie społeczne Kościoła, które rzeczywiście jest „mało konkretne” ponieważ wskazuje na moralne i religijne wytyczne wokół których powinien być zbudowany ustrój państwa katolickiego, od katolickiej nauki społecznej która jest jedną z nowoczesnych doktryn politycznych (rodzi się w drugiej połowie XIX wieku) i cechuje się w związku z tym wyższym poziomem uszczegółowienia.
Ranga nauczania społecznego Kościoła jest przy tym, oczywiście, wyższa niż ranga katolickiej nauki społecznej. Nauczanie społeczne Kościoła, w przeciwieństwie do niej, nie jest doktryną polityczną i nie aspiruje do bycia nią. Z kolei katolicka nauka społeczna jest tworzona zazwyczaj przez osoby świeckie, ewoluuje na przeciągu historii i w swej dzisiejszej postaci jest doktryną polityczną partii chadeckich. Kolega Wieczyński zarzuca jej dezaktualizację, bo zapewne niesłusznie utożsamia ją z jej historyczną postacią, mianowicie z międzywojennym korporacjonizmem.
Ponadto, o ile nauczanie społeczne Kościoła jest dla katolika w zasadzie obowiązujące, to katolicka nauka społeczna już nie. Tak jak w przypadku nacjonalizmu czy socjalizmu, katolik może swobodnie dyskutować jej mocne i słabe strony, mając zdanie odmienne niechby nawet od kapłanów i samego papieża.
Słuszna i niesłuszna krytyka dystrybucjonizmu
Skoro już jesteśmy przy doktrynach politycznych, pochylmy się przez chwilę nad również sponiewieranym przez kolegę Wieczyńskiego dystrybucjonizmem. Doktryna ta, by być ścisłym, nie jest doktryną anglosaską, tylko doktryną katolicką. Rozwinęli ją brytyjscy katolicy i obok nowszego kanadyjsko-amerykańskiego komunitaryzmu jest jedną z niewielu wartościowych koncepcji politycznych powstałych w krajach anglosaskich. Przy tym wartość zarówno dystrybucjonizmu jak i komunitaryzmu leży właśnie w tym, że są stosunkowo odległe głównemu nurtowi myśli anglosaskiej i stosunkowo bliskie koncepcjom powstającym w kontynentalnej Europie.
Dystrybucjonizm posiada oczywiście swoje wady, leżą one jednak nie tam, gdzie chciałby je widzieć kolega Wieczyński. W przypadku mianowicie koncepcji zarządzania dużymi podmiotami gospodarczymi, dystrybucjoniści są zbyt bliscy wyraźnie inspirującej kolegę Wieczyńskiego teorii marksistowskiej. Wariantem upowszechnienia własności w odniesieniu do dużych przedsiębiorstw jest bowiem dla nich między innymi samorząd pracowniczy, czyli – mówiąc językiem Giovanniego Sartoriego – „demokracja gospodarcza”.
Demokracja gospodarcza, obecna zarówno w marksizmie jak i w dystrybucjonizmie, ma rzecz jasna te same wady co demokracja polityczna; opierając się na społecznym egalitaryzmie i rządach większości, w praktyce prowadzi do dyktatury motłochu i rozkładu władzy. We wspólnocie organicznej prymat czynnika duchowego i politycznego powinien zaś być odzwierciedlony między innymi w hierarchicznej strukturze zarządu przedsiębiorstwami; pracowników powinny łączyć z zarządzającymi stosunki lojalności i dyscypliny przypominające te spajające oddziały wojskowe.
Słuszna i niesłuszna nacjonalizacja
Kolega Wieczyński krytykuje jednak dystrybucjonizm nie za obecne w nim tendencje egalitarne i demokratyczne, ale za uczynienie jak największej liczby ludzi właścicielami, czyli – za pragnienie zdeproletaryzowania proletariuszy. W zamian, kolega Wieczyński proponuje nam, jak sadzę, powszechną nacjonalizację. Rozwiązanie takie, nie prowadziłoby jednak do zniesienia kapitalistycznych stosunków społecznych, tylko do centralizacji i monopolizacji kapitału w rękach państwa.
W strategicznych dla życia wspólnoty politycznej i funkcjonowania państwa sektorach gospodarki jest to oczywiście konieczne. W tradycyjnych społeczeństwach europejskich monarchowie dysponowali rozmaitymi monopolami jak solny, alkoholowy, czasem również dotyczący bicia monety. Także współczesne państwo musi monopolizować szereg strategicznie ważnych dziedzin wytwórczości czy obrotu, choć lista ich, rzecz jasna będzie, inna niż w przypadku społeczeństw tradycyjnych.
Słuszny i niesłuszny system gospodarczy
Nie oznacza to jednak, że państwo organiczne w ramach swojej polityki gospodarczej nacjonalizować będzie każdą krowę i każdy osiedlowy sklepik. Gospodarka państwa tożsamościowego powinna być gospodarką mieszaną: część środków produkcji powinna być własnością prywatną, część spółdzielczą, niektóre zaś dziedziny aktywności i konieczne do nich zasoby powinny być monopolem państwowym. Przy tym zarówno wewnętrzna struktura przedsiębiorstw jak i ich branżowy samorząd, powinny być zorganizowane na zasadach korporacyjnych.
Ekonomia należy bowiem do porządku środków, celem jej zaś est autonomia i samowystarczalność zarówno konkretnego człowieka, jak i wspólnot ludzkich. Realizacją zasady autarkii i podmiotowości są zarówno dziedziczone przez pokolenia rodzinne gospodarstwa chłopskie i takoż rodzinne sklepiki, jak też znane choćby z obszaru niemieckojęzycznego i wschodnioazjatyckiego wielkie firmy o strukturze korporacyjnej, ogniskujące wokół siebie życie i tożsamość zarówno swoich dziedzicznych właścicieli, jak i swoich również dziedzicznych pracowników. Realizacją tej zasady są też wszelkiego rodzaju kooperatywy i samorząd – organizujące gospodarkę czy to na zasadzie branżowej, czy w formie spółdzielczej.
Prawdziwe przezwyciężenie kapitalizmu będzie zatem polegało, jak zauważył kolega Uchański, na przezwyciężeniu ekonomocentryzmu i produktywizmu, tak więc na sprowadzeniu gospodarki do narzędzia stosowanego w porządku środków, nie w porządku celów. Takie właśnie postulaty wyraża skądinąd niesłusznie pogardzane przez kolegę Wieczyńskiego nauczanie społeczne Kościoła i ta jego rozbieżność zarówno z doktryną liberalną jak i marksistowską, jest powodem dla którego to właśnie religia jest najbardziej solidnym oparciem dla antykapitalistycznej rewolucji.
Słuszne i niesłuszne podstawy rewolucji
Na całym świecie – od Stanów Zjednoczonych (radykalny protestantyzm, ruchy antyaborcyjne) i Ameryki Łacińskiej (absorpcja chrześcijaństwa przez rewolucyjne rządy Gwatemali, Wenezueli i Kuby, absorpcja tradycyjnych wierzeń indiańskich przez rząd rewolucyjnej Boliwii), poprzez Bliski Wschód, po Filipiny i Indonezję – żywe współcześnie antydemoliberalne ruchy rewolucyjne mają oblicze religijne. Równocześnie, świeckie ideologie rewolucyjne, jak marksizm i nacjonalizm, tracą na znaczeniu – w Turcji, w Syrii, w Iraku, w Libii, w Afganistanie i w innych krajach, bądź to będąc porzucane (jak w Iraku, gdzie dawni działacze Baas zaciągnęli się do Państwa Islamskiego), bądź też znajdując się dziś w takim stanie, w jakim był marksizm we wschodniej Europie w latach 1980 (jak w Syrii, gdzie nacjonalistyczny rząd Asada trwa jedynie dzięki poparciu mniejszości religijnych i etnicznych).
Pojawia się zatem pytanie, czy rewolucyjny potencjał posiada również zachodnie chrześcijaństwo? Kolega Wieczyński odpowiada nam że nie, tłumacząc to obecnym stanem Kościoła katolickiego i powołując się dodatkowo na Czwartą Teorię Polityczną. Co do 4TP, to jej istotą jest stwierdzenie, że biegunowym przeciwieństwem nowoczesności w jej trzech ideologicznych odmianach (liberalizm, socjalizm, nacjonalizm) jest nowy porządek międzynarodowy, który byłby harmonijnym współistnieniem różnych sposobów „bycia w świecie”. Diagnoza rewolucyjnego potencjału poszczególnych ideologii i doktryn jest dla niej elementem fakultatywnym.
Idea rewolucyjnego chrześcijaństwa
Co zaś do pierwszego zastrzeżenia, to odpowiedzią byłaby koncepcja chrześcijaństwa rewolucyjnego. Jakie były jego przejawy i czym się odznacza? W najnowszej historii europejskiej, można wskazać jego dwie odsłony. Pierwszą był religijny zwrot w ruchach nacjonalistycznych połowy lat 1920. Jego emblematycznymi eksponentami byli katolicy: José Antonio Primo de Rivera, Léon Degrelle i Bolesław Piasecki, a także prawosławny: Corneliu Zelea Codreanu.
Zwróćmy uwagę, że wszystkie te postaci łączy kilka charakterystycznych cech wspólnych: posiadająca cechy mistycyzmu żarliwa religijność której towarzyszy skonfliktowanie z hierarchią kościelną wyrażające się kościelnymi potępieniami dla każdego z wymienionych działaczy; monarchizm, etos rycerski i fascynacja mitem Średniowiecza którym towarzyszyło skonfliktowanie z aktualnymi monarchami i/lub arystokratycznymi elitami swych krajów; radykalizm społeczny i antykapitalizm; antyparlamentaryzm i niechęć do partii politycznych; koncepcja rządów autorytarnych.
Mamy tu zatem monarchistów – wbrew zdegenerowanym panującym; zwolenników rządów arystokracji – wbrew zdegenerowanym elitom; zwolenników odrodzenia religijnego – wbrew zdegenerowanemu duchowieństwu. To rewolucjoniści – imię Tradycji, buntownicy – w imię autorytetu, heterodoksi – w imię prawowierności, antyklerykałowie – w imię teokracji. Tak wygląda właśnie oblicze chrześcijańskiego rewolucjonizmu; nie jest parafiański, nie trzyma się księżowskiej sutanny, nie jest ultramontański. Odpowiedzią zatem na diagnozowany przez kolegę Wieczyńskiego kryzys stanu kapłańskiego w Kościele katolickim nie jest ewolucja nacjonalizmu w stronę agnostycyzmu ani ateizmu, tylko ewolucja w stronę chrześcijańskiego rewolucjonizmu.
Szanse rewolucyjnego chrześcijaństwa
Nie należy się łudzić, że koncepcja rewolucji chrześcijańskiej natychmiast zdobędzie sojusznika we współczesnym klerze katolickim. Poglądy wśród kleru odzwierciedlają poglądy wśród większości społeczeństwa, z którego się on wywodzi; na niższych szczeblach hierarchii trafiają się pojedynczy tradycjonaliści wśród których może trafić się nawet jednostka na tyle uświadomiona by przejść na pozycje rewolucyjne; znakomita większość to liberalni centroprawicowcy; najwyższe szczeble w hierarchii zajmują zaś zazwyczaj ludzie utożsamiający się z demoliberalną oligarchią. Sytuacja zatem przedstawia się podobnie jak w wieku XVIII, gdy również poziom demoralizacji kleru i jego zatrucia ideami liberalnymi był bardzo wysoki.
Mimo tego, oraz mimo faktycznego obumarcia chrześcijaństwa w zachodniej Europie, istnieją przesłanki by doktrynę chrześcijańsko-rewolucyjną uznać za perspektywiczną. Po pierwsze, przywołać tu należy względne sukcesy drugiej historycznej odsłony chrześcijańskiej rewolucji; chodzi mianowicie i latynoamerykańską teologię wyzwolenia. Była to lewicowa wersja chrześcijańskiej rewolucji, która – choć ostatecznie wytłumiona przez Jana Pawła II – wcześniej pozyskała dla siebie szerokie warstwy kleru latynoamerykańskiego i katolickich wiernych w tych krajach.
Chrześcijańska rewolucja rozpoczęta w latach 1920. miała zbyt mało czasu by się rozwinąć, względne sukcesy działającej w korzystniejszych warunkach teologii wyzwolenia pozwalają jednak przypuszczać, że koncepcja ta może przynieść sukcesy. Warto sięgnąć też do przykładu świata muzułmańskiego, gdzie rewolucyjny islam (Bractwo Muzułmańskie w krajach sunnickich, Hezbollah w Libanie, ruch Chomeiniego w Iranie), działając wbrew rodzimym kompradorskim oligarchiom politycznym i religijnym, osiągnęły mniejsze bądź większe powodzenie.
Naturalne przeciwieństwo katolicyzmu i demoliberalizmu
Przejście duchowieństwa na pozycje antyliberalnej rewolucji byłoby dla niego naturalne, bowiem „formalnie popierająca religię frazeologia rządów kapitalistycznych dała obiektywną dechrystianizację człowieka”1. Pomimo deklaratywnego braku wrogości wobec chrześcijaństwa, demoliberalizm niszczy przestrzeń publiczną, która jest konieczna dla jego życia. Zwycięstwo indywidualizmu oznacza śmierć religii jako zjawiska społecznego. Ponadto, awanturniczy imperializm państw demoliberalnych i skutki globalizacji stają się oczywista nawet dla współczesnego kleru katolickiego, wśród którego narasta „przekonanie o niedopuszczalności doktrynalnej i praktycznej dalszego wspierania kapitalizmu nawet postawą subiektywnie neutralną wobec spustoszeń, których jest on przyczyną”2.
„Kapitalizm w fazie imperializmu wymaga od chrześcijaństwa współudziału w przygotowywaniu wojny ludobójczej. (…) Imperialistyczny kapitalizm wymaga od chrześcijaństwa osłaniania indyferentnej religijnie i ideologicznie mniejszości i zlekceważenia uprawnionych potrzeb materialnych i kulturalnych mas narodowych, które właśnie składają się w ogromnym stopniu z wiernych wyznawców religii”3. Stąd też naturalnym dla katolickiego duchowieństwa na całym świecie byłoby przejście na pozycje chrześcijańskiej rewolucji i wsparcie dla ruchów tożsamościowych i antyliberalnych.
Powrót religijności
Pozostaje wreszcie pytanie o perspektywy chrześcijańskiej rewolucji wobec faktycznego obumarcia katolicyzmu w zachodniej Europie. Sięgnijmy jednak do analogii historycznych – czy to do rozkładu katolicyzmu w wiekach XIV-XV, czy do procesów laicyzacyjnych wieku XVIII, czy do stopniowego wypierania religii przez pozytywistyczny materializm w drugiej połowie wieku XIX. W pierwszym przypadku reakcja nastąpiła w pełnym religijnych namiętności wieku XVII, w drugim – przełom przyniosło zwycięstwo Romantyzmu, wreszcie w ostatnim przypadku – odpowiedzią był „przełom antypozytywistyczny” którego akuszerami byli między innymi przywoływani wcześniej narodowi rewolucjoniści.
Ożywienie takie jest możliwe także współcześnie; spójrzmy na sukcesy islamizacji w Iranie i w Afganistanie – wystarczy porównać zdjęcia z czasów gdy rządzili tam prozachodni i nowocześni monarchowie, ze zdjęciami z czasów po islamistycznych rewolucjach. Proces odrodzenia islamskiego postępuje też w dzisiejszej Turcji, analogiczny proces odrodzenia prawosławnego chrześcijaństwa zaś – w Rosji. Pozornie abstrakcyjna wizja odrodzonej w katolicyzmie Europy, nie jest więc tak całkiem fantastyczna.
Narodowy bolszewizm, czy chrześcijańska rewolucja?
Na koniec sformułujmy zatem dla kolegi Wieczyńskiego następującą poradę: otóż, wśród swoich inspiracji ideowych wymienia on Eduarda Limonowa. Jest ów przedstawicielem narodowego bolszewizmu i lewicowego skrzydła eurazjatyzmu. Narodowy bolszewizm, powstały w Niemczech w latach międzywojennych, po II wojnie światowej znajdujący zaś kontynuację w organizacji Jeune Europe a współcześnie właśnie w osobie Limonowa, jest nurtem esencjonalnie laickim. Przekonać się o tym mogły osoby, które poznały czy to samego Limonowa, czy też Luca Michela kontynuującego tradycję Jeune Europe. Podobnie było z lewicowym skrzydłem eurazjatyzmu, które udzieliwszy poparcia bolszewizmowi, zostało następnie przez bolszewików zlikwidowane.
Narodowy bolszewizm, będący dalekim potomkiem jakobinizmu, łączy z chrześcijańską rewolucją naznaczenie wspólnego kapitalistycznego i liberalnego wroga oraz podobna frazeologia. Istotą narodowego bolszewizmu i istotą liberalizmu jest jednak – jak pośrednio wskazał w swojej wypowiedzi kolega Uchański – ta sama idea nowoczesności, której liberalizm i narodowy bolszewizm stanowią po prostu konkurencyjne warianty. Prawdziwa rewolucja przeciwko kapitalizmowi, nie może być jednak po prostu jego radykalną krytyką, lecz musi wyrastać z jego krytyki fundamentalnej. Innymi słowy, musi zanegować samą jego istotę.
Musi zatem być to rewolucja przeciwko ekonomocentryzmowi, to jest przeciwko uzurpacji przez ekonomię roli czynnika organizującego społeczeństwo. Jeśli jednak nie ekonomia, to co powinno być tym czynnikiem? Otóż powinien nim być duch, wyrażający się w religii. Odwrót od materializmu w stronę idealizmu i od indywidualizmu w stronę holizmu to prawdziwe i ostateczne podcięcie gałęzi kapitalizmu. Kolega Wieczyński i wszyscy szczerzy przeciwnicy kapitalizmu, zamiast zatem być narodowymi bolszewikami, powinni zostać chrześcijańskimi rewolucjonistami.
Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Miłości za oś wokół której świat powinien być zorganizowany. Istotą kapitalizmu jest uznanie za taki czynnik rynku. Kapitalizm jest zatem nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Potwierdza to nawet pisane na murach popularne hasło „capitalism kills love”. Posłannictwem chrześcijaństwa jest przemienić świat w duchu Miłości. Rewolucja chrześcijańska jest postulatem takiej przemiany. W świecie po rewolucji chrześcijańskiej nie będzie mogło być więc miejsca na kapitalizm.
Ronald Lasecki
1B. Piasecki, Wstęp [w:] Tenże, Zagadnienia Istotne, Warszawa 1954, s. 32.
2Tamże, s. 31.
3Tamże.









6 komentarzy