Pod koniec września br. redakcji „The Intercept” udało się dotrzeć do wewnętrznych raportów ONZ (dosł. internal assessments) dotyczących sytuacji w Syrii. Ujawniona w nich treść, jakkolwiek nadal przedstawiona w uładzonej i „prodemokratycznej” formie, jest wprost druzgocąca dla rządów państw zachodnich, z USA na czele.
Autorka artykułu Rania Khalek skupiła się przede wszystkim na katastrofalnych dla zwykłych Syryjczyków sankcji ekonomicznych, których wprowadzenie okazało się równie (o ile nie bardziej) dotkliwe niż same zniszczenia wojenne – zamieniając niegdyś samowystarczalny kraj w gospodarczą ruinę, którego przetrwanie jest obecnie możliwe głównie dzięki pomocy humanitarnej z zewnątrz. Problemy dotykają każdego sektora, nie wyłączając paliwowego (niegdyś ważnej gałęzi dochodów państwa): Syria z eksportera ropy zmieniła się w jej importera, brak paliwa na stacjach i jego wysokie ceny to codzienność, z jaką od paru lat muszą mierzyć się miejscowi.
Najważniejszym z omawianych dokumentów ONZ jest 40-stronicowy raport, opisujący wprowadzone przez USA i Unię Europejską sankcje jako „jeden z najbardziej skomplikowanych i najsurowszych systemów kiedykolwiek wdrożonych”. Dotyczy to zwłaszcza sankcji wdrożonych przez USA – nadzwyczaj surowych, znacznie utrudniających także dostarczanie pomocy humanitarnej dla poszkodowanych obywateli Syrii.
Sankcje w sektorze bankowym/finansowym praktycznie zamroziły legalny, możliwy do monitorowania przepływ gotówki miedzy Syrią a zagranicą: nawet jeśli transakcja w świetle narzuconych regulacji byłaby legalna, to syryjskie banki i inne instytucje finansowe najczęściej z niej rezygnują, bojąc się wysokich opłat karnych naliczanych wskutek innej interpretacji przepisów. Doprowadziło to do powstania nieoficjalnej, trudnej do monitorowania sieci transferu środków – z której niestety korzystają także frakcje terrorystyczne (a nawet kontrolują ją w części, czerpiąc profity z transakcji dokonywanych przez innych), zdobywając za jej pośrednictwem środki na działalność. Trudność w dostarczeniu środków finansowych działającym na terenie Syrii organizacjom humanitarnym sprawia, że mają one kłopoty z terminowym regulowaniem swych zobowiązań wobec dostawców / współpracowników na miejscu, co wydatnie utrudnia pomoc poszkodowanym cywilom, którzy pozostali w kraju.
Ograniczenia handlowe są jeszcze bardziej restrykcyjne: jeśli jakiś przedmiot (włącznie ze sprzętem ratującym życie) zawiera w sobie więcej niż 10 proc. amerykańskiej produkcji, nie można go wyeksportować do Syrii. Grupy humanitarne, chcąc dostarczać takie towary w charakterze pomocy humanitarnej, muszą zabiegać o specjalne licencje – jest to proces długotrwały i kosztowny, zaś opłaty prawne związane z postępowaniem często przewyższają wielokrotnie rynkową wartość wysyłanych do Syrii dóbr.
Syria stała się celem sankcji amerykańskich już w… 1979 roku, po tym jak administracja USA napiętnowała ówczesny rząd w Damaszku jako „sponsora terroryzmu”. Najbardziej dotkliwe okazały się jednak dopiero sankcje wprowadzone w 2011 roku, gdy syryjskie władze zaczęły zwalczać rzekomo „pokojowych” demonstrantów. W 2013 sankcje zostały złagodzone, ale tylko w odniesieniu do terenów pod kontrolą „rebeliantów” (czyt. islamistów). Mniej więcej w tym samym czasie CIA zaczęło zaopatrywać „rebeliantów” już bezpośrednio, wysyłając im rocznie broń o wartości jednego MILIARDA dolarów amerykańskich (na początku terroryści otrzymywali broń głównie od Turcji lub za jej pośrednictwem, do tego dochodziły grabieże z zapasów wojskowych i dezercja „z bronią w ręku”).

W podobnym tonie utrzymana jest także wewnętrzna korespondencja mailowa ONZ, pozyskana przez redakcję „The Intercept”: padają w niej stwierdzenia, że sankcje przeciwko „reżimowi” przyczyniają się do niedoborów żywności i upadku opieki zdrowotnej (która w Syrii przed wojną zawsze była bezpłatna i dostępna, wyróżniając się wysokim poziomem na tle pozostałych państw Bliskiego Wschodu. Nadal jest bezpłatna, choć obecnie trudno się dostać do lekarza czy kupić lekarstwa). W mailu z sierpnia br. jeden z ważniejszych oficjeli ONZ stwierdził, że „sankcje przyczyniły się do podwojenia cen paliw w ciągu ostatnich 18 miesięcy i 40-procentowego spadku produkcji pszenicy w porównaniu z 2010 rokiem, powodując wzrost ceny mąki pszennej o 300 procent a ryżu o 650 procent (!). Dalej mowa była o wpływie sankcji na opiekę zdrowotną: przez nie np. te zakłady farmaceutyczne które przetrwały wojenną pożogę, ze względu na sankcje finansowe (obrót dewizami) oraz dotyczące obrotu substancjami chemicznymi nie mogą wznowić produkcji leków pokrywających zapotrzebowanie wewnątrz Syrii.
Według informacji udzielonych „The Intercept” przez jednego z pracowników organizacji pozarządowych, w całej Syrii występuje problem z naprawą instalacji wodno-kanalizacyjnych, naprawą środków transportu i sieci energetycznej (a więc, pozostałej tam ludności brakuje podstawowych środków do życia). Trudne do zdobycia są części zamienne, komponenty i surowce potrzebne do napraw – w wielu przypadkach pozyskanie ich zajmuje długie miesiące.
Zgada się to z tym, co zespołowi Xportalu wiadomo od swoich syryjskich informatorów: nawet w miastach na zachodnim wybrzeżu Syrii (jak np. w Latakii), nie zniszczonych wojną bądź w niewielkim tylko stopniu, od jakiegoś roku z okładem występują problemy z funkcjonowaniem sieci wodno-kanalizacyjnej. W ostatnich miesiącach na ulicach pojawili się nawet… rozwoziciele wody pitnej, czyli coś, czego nie widziano tam od lat 60-tych. Sprzedając często wodę niskiej jakości, pozyskiwaną z niepewnych źródeł i przechowywana w zaimprowizowanych cysternach (często małych, poruszanych siłą mięśni jednego człowieka bądź przez samochód osobowy), przyczyniają się do wzrostu zachorowalności na choroby zakaźne (w tym takie kojarzone raczej z okresami sprzed XX wieku, nienotowane w Syrii od dekad, w rodzaju tyfusu czy duru brzusznego).
Do wspomnianych przez „The Intercept” czynników należy dodać hiperinflację, związaną z ucieczką od syryjskiej waluty i masową emigracją; o ile w marcu 2011 roku jeden dolar amerykański kosztował 47 funtów syryjskich (SYP), to już w połowie 2013 roku trzeba było zań zapłacić ponad 200 SYP. Obecnie, np. przyjeżdżając do Syrii i wymieniając w oddziale Narodowego Banku dolary na funty syryjskie, za 1$ można dostać 540 SYP (na czarnym rynku nawet więcej – informacje z końca września br.).
Takie warunki byłyby destrukcyjne dla każdego kraju czy społeczeństwa. W ogarniętej chaosem wojny Syrii, gdzie około 13 milionów ludzi jest zależnych od pomocy humanitarnej, sankcje przyczyniają się tylko do wzrostu ich cierpień.
[…]
Wkrótce po publikacji w „The Intercept” do redakcji został skierowany list, w którym amerykański Departament Stanu… zaprzeczył, jakoby sankcje szkodziły cywilom w Syrii. W treści oświadczenia strona amerykańska stwierdziła, że „prawdziwa odpowiedzialność za dramatyczną sytuację humanitarną spoczywa bezpośrednio na prez. Asadzie, który wielokrotnie odmówił pracownikom humanitarnym dostępu [na tereny kontrolowane przez jego przeciwników] i atakował pracowników niosących pomoc cywilom”. Nadto, rząd syryjski „powinien spełnić swoje zobowiązania do zapewnienia pełnego, trwałego dostępu dla dostarczania pomocy humanitarnej na terenach, które ONZ uznało za potrzebujące pomocy.”
Tymczasem w miastach kontrolowanych przez ISIS, USA zastosowało wiele tych samych taktyk, które potępiło w powyższym oświadczeniu. Przykładowo, gdy popierane przez USA siły kurdyjskie oblegały Manbidż, miasto w północnej Syrii niedaleko Aleppo, które jest domem dla dziesiątków tysięcy cywilów, w wyniku nalotów amerykańskich przeprowadzonych w lecie br. tylko w jednym z ataków zginęło ok. 125 cywilów. Stosując naloty przeciwko ISIS w Kobane, Ramadi i Faludży, wiele osiedli dosłownie zniknęło z powierzchni ziemi. Natomiast w obleganej Faludży mieszkańcy uciekali się do jedzenia zupy z trawy, szacuje się, że ok. 140 osób zmarło z powodu braku żywności i lekarstw w czasie oblężenia.
(na podst. The Intercept, The Canary sporządził M. Mazur)

2 komentarze