Wielka Brytania: Jednoosobowy antyrosyjski protest

Od dłuższego czasu w społeczeństwie brytyjskim można było dostrzec pewne oznaki zniechęcenia i znudzenia nakręcaną w mediach histerią antyrosyjską. Gdy kilka dni temu minister spraw zagranicznych Boris Johnson próbował potępiać i zastraszać Rosjan (w stosunku do których stawał się tym bardziej buńczuczny, im gorsze było położenie islamistów w syryjskim Aleppo – wspieranych także przez rządy zachodnie przeciwko władzy w Damaszku oraz Rosji), sprowokowało to reakcję także ze strony grup i środowisk, które zazwyczaj podchodzą sceptycznie również do działań Rosji (jak np. ruch „Stop the War Coalition” oraz pozostałe grupy antywojenne). Równocześnie krytyczne oceny prowadzonej przez Johnsona „gry dyplomatycznej” (o ile można to tak nazwać) pojawiły się nawet w mediach głównego nurtu – w których rzecz jasna wytykano mu nieskuteczność, a nie jego kłamstwa (gdyż te same „wolne” media zachodnie biorą aktywny udział w rozprzestrzenianiu narracji propagandowej, na której później bazują politycy tacy jak Johnson).

Boris, zapewne czując się zagrożonym łatką „słabego” i „nieskutecznego” polityka, wytoczył ciężkie działa: zaczął grzmieć w Izbie Gmin o tym, że chcąc narzucić nad Syrią tzw. strefę bezprzelotową należy liczyć się z koniecznością zestrzeliwania rosyjskich samolotów – przedstawiając oba jako kroki konieczne dla „ratowania cywilów w Syrii”. Natomiast w ubiegły weekend spotkał się z Johnem Kerrym oraz ministrami spraw zagranicznych Francji i Niemiec – jak sam twierdził, „by zabiegać o wszelkie dostępne opcje”. Równocześnie, chcąc wzmocnić swoją pozycję, wezwał do demonstracji pod ambasadą rosyjską – świadomie łamiąc wszelkie konwencje dyplomatyczne, w nadziei, że wykorzystując narrację o „prawach człowieka”, „zbrodniach syryjskiego reżimu”, zbrodniach Rosji” itd. uda mu się coś ugrać. Jednak Johnson się przeliczył, i tym samym zagonił siebie w przysłowiowy róg absurdu, gdyż kompletnie nie wyczuł nastrojów społeczeństwa, zmęczonego i coraz bardziej nieufnego w stosunku do własnych „elit” politycznych:

Następnego dnia pod ambasadą Rosji pojawił się tylko jeden demonstrant – pochodzący z północnego Londynu 43-letni Dan Harper. Określający się jako „pacyfista i buddysta” facet w różowych gaciach, wręcz idealna personifikacja demoliberalnego leminga zachodniego – który może i nie ma złych intencji, jednak kompletnie nie posiada umiejętności samodzielnego myślenia i analizy krytycznej przekazu mediów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że organizacyjnie jakby czegoś zabrakło brytyjskiemu establishmentowi. Za mało propagandy? A może ulotek zapomnieli wydrukować (za pieniądze podatników)?

(na podst. The Guardian, Reuters, The Independent sporządził M.M.)

 

Komentarz Redakcji: Chyba już wiemy, skąd tak niska frekwencja. Kredy zapomnieli dostarczyć.

boris johnson

Jeden komentarz

Leave a Reply