Brytyjski minister obrony Michael Fallon oświadczył we wtorek (25 października), że żołnierze podległych mu jednostek specjalnych będą znowu szkolić syryjskich „rebeliantów”. Według jego słów, dwudziestu instruktorów wojskowych będzie uczyć ich „podstawowych umiejętności żołnierza piechoty, pomocy medycznej na polu walki oraz unikania min i pułapek” (ang. booby-traps). Równocześnie zapowiedział też, że „wszyscy ochotnicy z umiarkowanej opozycji będą poddani rygorystycznym procedurom weryfikacyjnym i otrzymają również przeszkolenie z międzynarodowego prawa humanitarnego”.
Choć w oficjalnym tekście nie ma słowa o tym, gdzie miałoby odbywać się takie szkolenie, opinia publiczna jest raczej zgodna co do tego, iż będzie ono prowadzone w bazach na terenie Turcji i Jordanii.
Nie jest też jasne, do jakich frakcji mają należeć szkoleni „rebelianci”. Pytany o to wielokrotnie przy różnych okazjach minister Fallon wyjaśniał ogólnikowo, że „umiarkowanym rebeliantem” jest ktoś „przygotowany do funkcjonowania w pluralistycznym środowisku politycznym , które mogło by być, i w końcu będzie, demokratyczne” (sic!). Jednocześnie stwierdził również, że brytyjskie wojska na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza lotnictwo „jest siłą przewodnią w walce przeciwko Daesz w Syrii i Iraku. RAF już obecnie gra rolę wiodąca w bombardowaniach, zwalczając ISIS bezwzględnie w Syrii i Iraku”.
(na podst. The Telegraph, RT oprac. M. M.)
Komentarz Redakcji: Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu żyje w świecie alternatywnym. Póki jednak taka osoba będzie reprezentować jedno z ważniejszych państw w światowym systemie (nie)bezpieczeństwa, na Bliskim Wschodzie nie będzie pokoju. Przeciwnicy „umiarkowanych” islamistów (głównie cywile), będą ginąć z rąk tych samych terrorystów co wcześniej, tyle że dodatkowo przeszkolonych w zakresie „międzynarodowego prawa humanitarnego”. Natomiast w „omyłkowych” bombardowaniach RAF i Amerykanów będą ginąć kolejni żołnierze syryjscy lub iraccy, broniący swych ojczyzn. Nawet Orwell by tego lepiej nie wymyślił…







