Prezydent-elekt Donald Trump nie miał łatwej kampanii wyborczej – przeszkodzić usiłowały mu nie tylko establishment, potężne tuby medialne czy „pozarządowe” twory Sorosa, ale także… neobanderowskie władze Ukrainy. Ten ostatni element omówił szeroko w swej niedawnej publikacji amerykański magazyn internetowy „Politico”. Jak donosi serwis, ukraińskie władze potajemnie wspierały w kampanii wyborczej Hillary Clinton i pomagały oczerniać Donalda Trumpa. Teraz zaś mają niemały problem – ponieważ wbrew kalkulacjom Wall Street i bukmacherów, to Trump wygrał wybory.
Choć wydaje się nieprawdopodobne, że trzeciorzędny kraj targany wojną domową, nieprawdopodobną korupcją i skandalami politycznymi mógłby się zdobyć na takie działania, „Politico” utrzymuje, że to prawda – podając na to konkretne dowody. Działania ukraińskich czynników państwowych miały się koncentrować na pomawianiu Paula Manaforta, jednego z najbliższych współpracowników Donalda Trumpa, o bezpośrednie finansowe związki z byłym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem oraz pośrednie z Kremlem. W efekcie zmasowanej kampanii w demoliberalnych mediach, kandydatura Trumpa została trwale powiązana przez wielu odbiorców z „zagrożeniem rosyjskim”, a Manafort zdecydował się ustąpić. Jako osoby do kontaktu z Komitetem Partii Demokratycznej (DNC) władze kijowskie miały wykorzystać obywateli amerykańskich pochodzenia ukraińskiego – a wiele spotkań odbywało się w Ambasadzie Ukrainy w Waszyngtonie. M.in. do tego przyznała się Alexandra Chalupa, obywatelka amerykańska i córka ukraińskich emigrantów (wielu źródeł informacji/osób raport nie wymienia z nazwiska). W rzeczy samej, to za jej pośrednictwem Komitetem Partii Demokratycznej miał uzyskać wiele pomysłów na to, jak osłabić kandydaturę Donalda Trumpa (raport „Politico” omawia szeroko jej wątek).
Poza tymi działaniami politycy ukraińscy od dawna nie ukrywali, że nie lubią Trumpa. Były premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk napisał kiedyś na Facebooku, że kandydat republikański „kwestionuje wartości wolnego świata”. Natomiast minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow nazwał go „klaunem”, dodając, że taki prezydent stanowiłby większe zagrożenie dla USA niż terroryzm (po zwycięstwie wyborczym Trumpa usunął swój wpis). Równie daleko poszedł Serhij Leszczenko, deputowany z Bloku Poroszenki: wzywał on do przeprowadzenia w Stanach „agresywnego” śledztwa przeciwko Manafortowi. Z kolei ukraiński ambasador w Waszyngtonie napisał list otwarty krytykujący kandydata republikanów za „błędne” wypowiedzi na temat Krymu, zaś ukraińskim dyplomatom powiedział, że nie warto kontaktować się ze środowiskiem obecnego prezydenta-elekta, bo i tak wygra Clinton.
„Dochodzenie Politico udowadnia, że zaangażowanie ukraińskiego rządu w kampanię wyborczą w USA było złamaniem międzynarodowych zasad zakazujących wpływania na wybory w innych państwach” – pisze magazyn.
Ukraińska ambasada w Waszyngtonie nadal twierdzi, podobnie jak prezydent Poroszenko, że Ukraina nie ingerowała w wybory prezydenckie w USA, zachowując neutralność. Natomiast „Politico” utrzymuje, że ukraińskie władze zleciły niedawno jednej z waszyngtońskich firm lobbingowych (powiązanej z Republikanami) działania na rzecz poprawy wizerunku swojego państwa wśród amerykańskich republikanów. Ukraina ma jej zapłacić za te usługi 50 tys. dolarów miesięcznie – jednak nie jest pewne, że to cokolwiek zmieni. Jak przyznaje Andrij Teliżenko, były pracownik Ambasady Ukrainy w Waszyngtonie, „sytuacja wygląda źle […] Trump i jego ludzie w ogóle nie chcą z nami rozmawiać”. Natomiast opozycyjni do Poroszenki oligarchowie ukraińscy (jacy pozostali na Ukrainie) usiłują już wykorzystać jego polityczny błąd.
(na podst. Politico.com oprac. M. M.)
Komentarz Redakcji: Będzie wesoło, niedługo pewnie znowu hrywna straci na wartości 😉









2 komentarze