Niedawna decyzja Służby Bezpieczeństwa Ukrainy o objęciu Roberta Chomy, prezydenta miasta Przemyśla, pięcioletnim zakazem wjazdu na Ukrainę za sprzeciwianie się propagandzie banderyzmu podziałała jakby ozdrowieńczo na bezkrytycznie dotąd ukrainofilski obóz rządzący w Warszawie.
Jak słusznie zauważono, polskie media nawet na sekundę nie przypuściły, że niedawny banderowski atak na polski pomnik w Hucie Pieniackiej mogła być dziełem Ukraińców, w trybie natychmiastowym zrzucając odpowiedzialność za tę akcję na niewidzialnych i nieuchwytnych „rosyjskich prowokatorów”. Gdy teraz doszło do kolejnej banderowskiej profanacji polskiego miejsca pamięci w Bykowni, w obozie rządowym po raz pierwszy pojawiły się głosy, że te ataki mogą być celowym działaniem nie tylko Ukraińców, ale i władz w Kijowie.
– Ja muszę powiedzieć, że są takie poszlaki, które mogą w ogóle wskazywać na to, ze mamy do czynienia z jakąś całą serią różnych prowokacji, a przynajmniej niezrozumiałych wydarzeń. Z jednej strony mamy zniszczenie pomnika w Hucie Pieniackiej, z drugiej strony niezrozumiały całkowicie i podnoszący temperaturę relacji zakaz dla prezydenta Przemyśla, dziś dowiadujemy się o zniszczeniu pomnika w Bykowni. To wygląda naprawdę na jakiś układający się ciąg zdarzeń, który teoretycznie może być przypadkowy, ale może również przypadkowym nie być. – powiedział poseł Michał Dworczyk z PiS, przewodniczący sejmowej komisji łączności z Polakami za granicą. Wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak stwierdził natomiast: „decyzja władz Ukrainy w sprawie pana prezydenta Przemyśla jest decyzją państwa ukraińskiego, jest ona dla nas całkowicie niezrozumiała i traktujemy tę decyzję jako nieprzyjazną”.
Przejawy słabnięcia cielęcego zachwytu rządami „euromajdanu” pojawiają się powoli nawet wśród sympatyzujących z PiS proukraińskich publicystów polskiej prasy. Bogusław Chrabota, redaktor naczelny prorządowego dziennika „Rzeczpospolita”, komentując niedawno zjawisko nasilonej imigracji ekonomicznej do Polski z Ukrainy i Białorusi, napisał: To oczywisty skutek kryzysu gospodarczego kraju, na który Mińsk reaguje dokładnie tak samo jak niedawno Kijów; nie mogąc zapewnić zatrudnienia u siebie, wypycha pracowników za granicę. Dla lokalnych reżimów to podwójny zysk. Eksport bezrobocia i łatwy sposób na zdobywanie tak potrzebnych państwu dewiz. Tym samym chyba po raz pierwszy pojawiło się w polskich mediach głównego nurtu obrazoburcze stwierdzenie, że rząd w Kijowie jest „reżimem” na równi ze złą niedemokratyczną dyktaturą Alaksandra Łukaszenki.
(Na podstawie PAP i rp.pl opracował A.D.)








