Syria: Ponad tysiąc rebeliantów z Aleppo przeszło na stronę rządu

Byli rebelianci z Aleppo masowo przeszli na stronę sił rządowych, mimo gróźb od swoich dawnych towarzyszy broni – taką informację podały w ostatnich dniach media bliskowschodnie. Jest ona niezwykle sensacyjna, gdyż chodzi o około 1,2 tys zaprawionych w bojach… byłych członków grup islamistycznych, którzy wcześniej walczyli przeciwko rządowi. To właśnie z nich są formowane tzw. ochotnicze korpusy szturmowe – wydzielone jednostki walczące na pierwszej linii w wyjątkowo krwawych bojach, funkcjonując niejako na zasadzie „zderzaka”. Nie trzeba chyba dodawać, że z reguły ponoszą one wysokie straty, dużo wyższe niż pozostałe oddziały rządowe.

Samych „rebeliantów” poddających się rządowi było więcej, część jednak zdecydowała się porzucić wojaczkę i wrócić do cywilnego życia – oczywiście pod czujnym okiem Muhabarat, czyli syryjskiego aparatu bezpieczeństwa. Jednak można się domyślać, że ci nigdy nie będą mogli liczyć na takie samo traktowanie, jak ich towarzysze skłonni podjąć ryzyko i odkupić swoje winy. Dokonane właśnie wybory będą miały niebagatelne znaczenie dla losów tych ludzi i ich rodzin, także – a właściwie przede wszystkim – po zakończeniu wojny.

Zdajemy sobie sprawę, że u większości odbiorców taka wiadomość może powodować swego rodzaju dysonans poznawczy. Jak to możliwe, że rząd w Damaszku oszczędził islamistów, którzy jeszcze niedawno wznosili radykalne hasła czy ostrzeliwali z moździerzy cywilów na terenach pod kontrolą rządu? Jakie były ich prawdziwe motywacje, gdy przyłączali się oni en masse do grup islamistycznych, wzywających do aktów przemocy na chrześcijanach, alawitach czy nawet sunnitach, którzy nie akceptowali ich ideologii? Co skłoniło byłych terrorystów do przejścia na stronę rządu?

Rąbka tajemnicy uchylił (ale tylko częściowo – temat wymaga dalszych badań) niezależny portal Al-Masdar News, korzystając z sieci własnych kontaktów syryjskich oraz doniesień agencji TASS, której reporterzy działają także w Aleppo:

„Oni [islamiści] obiecali nam stworzyć sprawiedliwe społeczeństwo, ale niosą tylko śmierć i brutalność. To szaleni fanatycy, którzy potrafią tylko jedno – zabijać. Cywile ich nie popierają, to jest mit” – powiedział jeden z nich, imieniem Abdullah.

„To była naprawdę osobista decyzja. Będę bronić ludzi przed bojownikami, i uwolnię od nich ojczyznę” – dodawał inny, imieniem Saleb.

Jak utrzymują raporty, część cywilów zasiliła szeregi terrorystów wbrew własnej woli: wielu uczyniło to z powodu biedy i głodu, wywołanych zachodnimi sankcjami a później otwartą wojną. Inni dołączali pod wpływem gróźb – autentyczni, ideowi dżihadyści grozili śmiercią ich rodzinom oraz im samym.

„Mieszkałem we wschodnim Aleppo i nie miałem środków, by wykarmić własną rodzinę, a magazyny bojowników były zapchane zachodnią pomocą humanitarną, ale oni wydawali ją tylko swoim i ich rodzinom. Wstąpiłem, abyśmy nie umarli z głodu” – wyjaśnił jeden z amnestionowanych, imieniem Mohammad Ahmad Jasim.

Jego słowa są zbieżne z doniesieniami, jakie za pośrednictwem mediów społecznościowych od lat przekazywało wielu Syryjczyków z terenów zajętych przez terrorystów. Sumują się również z obserwacjami niezależnych aktywistów zachodnich (V. Beeley, E. Bartlett, A. Ashdown, J. Oberg i inni), którym udało się odwiedzić Aleppo i porozmawiać z uciekinierami spod jarzma terrorystów jeszcze w momencie trwania wielkiej ofensywy antyterrorystycznej.

Co ciekawe, o fakcie zawłaszczania pomocy humanitarnej przez grupy terrorystyczne wspomniano także w raporcie ONZ z lutego br. – pomimo zawartych w nim licznych manipulacji, wymierzonych w syryjski rząd, nie zdecydowano się przemilczeć tego elementu.

Inicjatywy pojednawcze są w Syrii przedmiotem licznych dyskusji, nierzadko wywołujących spore emocje. Wielu Syryjczyków nie może zrozumieć, dlaczego rząd miałby przebaczać tym, którzy jeszcze niedawno strzelali nie tylko do armii, ale także do cywilów. Po stronie rządu syryjskiego działa nawet specjalne Ministerstwo Pojednania (notabene na czele którego stoi minister z partii SSNP, doktor Haider – jeszcze parę lat temu jeden z osobistych wrogów prezydenta Asada). Oprócz tego na terenie całego kraju działa szereg inicjatyw lokalnych, w których partycypuje starszyzna, imamowie różnych odłamów islamu i duchowni chrześcijańscy. Warto wspomnieć także o rosyjskim Centrum Pojednawczym, działającym na terenie rosyjskiej bazy wojskowej w Hmejmim.

Sama idea „karnych kompanii” działających przy armii syryjskiej również nie jest nowa. Jednak pierwotnie dotyczyła ona żołnierzy i oficerów sił rządowych, którzy zwiedzeni korzyściami majątkowymi i osobistymi zdecydowali się przejść na stronę terrorystów. Cóż dopiero mówić o cywilach, których sytuacja przedstawiała się nawet gorzej? W obliczu ogólnego zubożenia społeczeństwa, wielkiego bezrobocia, hiperinflacji i rosnącej niestabilności (na wszystkie z powyższych złożyły się właśnie sankcje ekonomiczne przeciwko Syrii) wielu z nich stanęło w obliczu bardzo trudnych wyborów. Jednocześnie „rebelianci” finansowani przez Arabię Saudyjską, Katar, USA i Turcję cieszyli się dużo wyższymi pensjami niż żołnierze sił rządowych. Całkiem niezłymi, jak na warunki syryjskie:

Infografikę sporządził prof. Tim Anderson

Oczywiście wszystkie osoby chcące skorzystać z amnestii muszą przejść odpowiednią weryfikację. Każdy przypadek jest rozpatrywany osobno; badane są dokładnie okoliczności przystąpienia jednostki do grup islamistycznych / dżihadystycznych, oraz faktyczne związki z ich nienawistną ideologią. Ze strony organów bezpieczeństwa wymaga to sporego nakładu pracy. Oraz czasu – od momentu upadku islamistów w Aleppo (grudzień 2016) do chwili obecnej upłynęły prawie trzy miesiące.

(na podst. Al-Masdar News, TASS oprac. M. Mazur)

Komentarz Redakcji: To, co wielu z nas może się wydawać szokujące, nie jest niczym nadzwyczajnym w świecie arabskim. Wojskowe bunty, pałacowe przewroty, ludowe zamieszki wywoływane przez fanatyków itd. mają tam długą (i bogatą) tradycję. Sięga ona co najmniej czasów dynastii Omajjadów (od VII w. n.e.) – których centrum władzy była właśnie Syria. Czasami obalenie przywódcy i jego dworu udawało się, najczęściej jednak takie próby kończyły się porażką. Pojawiała się wówczas konieczność pojednania z władzą – która to z kolei, ze względu na masowy charakter wielu z tych wystąpień, musiała zapewnić swego rodzaju możliwość „odkupienia win” dla buntowników. Zresztą arabskie elity władzy również cechowały się dość osobliwą logiką (z naszego punktu widzenia) – jak Abu Sufjan, głowa rodu Umajjadów w czasach Mahometa, który po bezskutecznych próbach pokonania go (choć przeciwnik wydawał się słabszy) w końcu przyjął islam i pojednał się z nim, zostając jednym z jego najwierniejszych stronników. Przywódca jednego z najpotężniejszych rodów uznał, że widocznie taka jest wola sił wyższych – i później pomógł swemu niedawnemu wrogowi w zdobyciu Mekki.

Czyżby Baszar udowodnił właśnie, wygrywając w walce z siłami o wiele potężniejszymi niż on sam, iż posiada niekwestionowany mandat do sprawowania władzy?

Jeden komentarz

Leave a Reply