W sobotę, 10 czerwca, filipińskie Ministerstwo Obrony przyznało, że uzyskano dodatkowe wsparcie USA w działaniach zbrojnych przeciwko terrorystom ISIS, którzy w połowie maja zaktywizowali swe działania w położonym na wyspie Mindanao mieście Marawi (południe kraju). Następnego dnia media obiegła sensacyjna wiadomość – Rodrigo Duterte, prezydent Filipin znany ze swego negatywnego stosunku do hegemonii USA na świecie, powiedział, iż stało się to bez jego wiedzy i zgody.
O pomoc USA miały prosić filipińskie kręgi wojskowe – wyszkolone (i zindoktrynowane) pod czujnym okiem amerykańskich doradców wojskowych, w czasach poprzedzających dojście Duterte do władzy. Wyraźnie nie podzielają one poglądów większości mieszkańców Filipin, oraz wybranego przez nich prezydenta.
Dowództwo US Army, które nie ma stałej obecności na Filipinach, ale przez lata utrzymywało od 50 do 100 żołnierzy sił specjalnych na południu kraju w formie ćwiczeń rotacyjnych, potwierdziło, że pomagało filipińskiemu wojskowi w Marawi – w oświadczeniu Pentagonu wspomniano, że USA dostarcza siłom Filipin pomoc i szkolenia w zakresie wywiadu, nadzoru i rozpoznania.
Z pewnych źródeł wiadomo, iż na Filipiny wysłano od 300 do 500 dodatkowych żołnierzy w celu wsparcia szkoleń i działań zbrojnych. Do tego anonimowy urzędnik Pentagonu potwierdził, że wsparcie ma obejmować nadzór powietrzny i namierzanie, podsłuch elektroniczny, pomoc w komunikacji i szkolenia z powyższych. Nad wyspą Mindanao widziano także amerykański samolot rozpoznawczy P-3 Orion. Walki trwają już od ponad miesiąca – śmierć poniosło ponad 100 żołnierzy sił rządowych, a 200 tys. cywilów z Marawi i okolic uciekło w pozostałe części kraju.
Część analityków zauważa, że teraz Stany Zjednoczone będą miały dodatkowe powody, aby wzmocnić swoją obecność na Filipinach – co z kolei pogrzebie plany Duterte, chcącego wycofać amerykańskie oddziały z wysp. Udział Amerykanów w walce nie tylko nie pomoże zniszczyć islamskiego terroryzmu, ale wzmocni ich bazę rekrutacyjną. Nadto, zaangażowanie armii w działania zbrojne może doprowadzić do ponownego zaktywizowania się partyzantki komunistycznej – złożonej z grup działających pod wspólnym szyldem tzw. Nowej Armii Ludowej.
Ogólna destabilizacja mogła by jeszcze bardziej podważyć pozycję prezydenta Filipin, umacniając rolę proamerykańskich kręgów wojskowych. Zresztą wzrosła ona już teraz, w związku z koniecznością wprowadzenia stanu wojennego na Mindanao. Nie wyklucza się ryzyka wojskowego zamachu stanu, gdy wszystkie błędy i niepowodzenia zostaną przypisane prezydentowi kraju, jeśli odmówi podporządkowania się amerykańskim kręgom wpływu.
W sytuacji zagrożenia kraju bardzo utrudnione będzie wyciszenie napięć w stosunkach z Chinami i nawiązanie współpracy z Rosją – o co stara się prezydent. Warto zauważyć, że niespodziewana ofensywa ukrytych dotychczas komórek ISIS na Mindanao miała miejsce w czasie wizyty Duterte w Moskwie, w czasie której starano się uzyskać od Rosji nowoczesną broń do walki z Państwem Islamskim. W efekcie prezydent Filipin musiał skrócić swą wizytę o jeden dzień, a w dalszych rozmowach zastąpił go minister spraw zagranicznych, Alan Cayetano.
(na podst. The Independent, VOA News)








2 komentarze