Ofensywa rozpoczęta 20 lipca przeciwko dżihadystom z Hay’at Tahrir Al-Szam (terrorystom dawnej Al-Kaidy/Al-Nusry, później Dżabat Fateh al-Szam) przyniosła nadspodziewane sukcesy – siłom libańskiego Hezbollahu, przy wsparciu lotnictwa syryjskiego, udało się zabezpieczyć większość regionu Arsal, położonego przy granicy z Syrią. Oprócz tego bomby spadły także na tereny pod kontrolą fanatyków tzw. Państwa Islamskiego – rozlokowane zarówno po libańskiej, jak i syryjskiej stronie granicy, w trudno dostępnym, górzystym terenie Kalamun. Z kolei libańska armia, choć oficjalnie nie współpracuje ani z Hezbollahem, ani z syryjskim rządem (potępianymi przez państwa zachodnie, które nadal wywierają naciski na libańskie władze), zapewniła przygotowanie artyleryjskie pod nadchodzącą ofensywę sił lądowych, ostrzeliwując pozycje HTS aż do samej granicy z Syrią.
Operacja rozpoczęła się w piątek rano na obrzeżach libańskiego miasta Arsal (ok. 12 km od syryjskiej granicy) oraz w okolicach miejscowości Flita w Syrii. Po czterech dniach walk bojownikom Hezbollah udało się zniszczyć główną twierdzę islamistów z HTS, znajdującą się na północny wschód od Arsal. Z drugiej strony granicy syryjskie oddziały Gwardii Republikańskiej kontynuowały natarcie, angażując wrogów od wschodu i zmuszając ich do podzielenia sił. W toku walk udało się podzielić terytorium kontrolowane przez HTS na dwie mniejsze enklawy. Następnie dowództwo Hezbollahu wezwało terrorystów do poddania się i złożenia broni, bo tylko w tym wypadku otrzymają oni gwarancję bezpieczeństwa. Oprócz tego pojawiły się doniesienia, że co najmniej 30 dżihadystów z HTS zdezerterowało, uciekając na sąsiednie tereny pod kontrolą ISIS – zasilając szeregi tejże organizacji.
W działania włączyły się także libańskie siły rządowe, wzmacniając środki bezpieczeństwa w pobliżu miasta Arsal, po tym jak pojawiły się doniesienia o planowanych przez HTS porwaniach personelu wojskowego. Do takich przypadków doszło przed trzema laty, po tym jak na początku sierpnia 2014 r. terroryści tzw. Państwa Islamskiego i Al-Kaidy zostali wyparci z Arsal przez Hezbollah i libańskie siły zbrojne. Jak wiadomo, tego terytorium nie udało się wówczas całkowicie zabezpieczyć – zostało ono zinfiltrowane przez podziemne komórki dżihadystyczne, które później przeszły do ofensywy, korzystając ze wsparcia od popleczników po syryjskiej stronie granicy.


Według najnowszych informacji sprzed kilku godzin, trwają negocjacje między dowództwem Hezbollahu a dżihadystami HTS – znajdujący się w krytycznej sytuacji terroryści chcieliby opuścić ten teren, udając się do swoich ziomków w syryjskiej prowincji Idlib. Oprócz tego mówi się, że terroryści chcą też zabrać ze sobą tych uchodźców syryjskich, którzy ich popierają.
Operacje w terenie pustynnym i górzystym nie należały do łatwych:
W walce nie obyło się bez ofiar, jednak straty dżihadystów są bez porównania większe: mówi się o ponad 400 zabitych. Dla porównania po stronie libańskiej zginęło ok. 50-60 bojowników Hezbollah i żołnierzy libańskiej armii. Straty syryjskich sił rządowych wynoszą ok. 30 poległych.
Pierwsze pogrzeby poległych w operacji bojowników Hezbollah odbyły się 22 lipca – przy czym te w Bejrucie przybrały formę demonstracji wsparcia ludności dla wysiłku zbrojnego tejże organizacji.


Niestety, swego rodzaju „łyżkę dziegciu” w tym wszystkim stanowi wizyta premiera Libanu Saada Haririego u prezydenta USA – oraz wypowiedziane w jej trakcie słowa.

Libański premier przyjechał do USA głównie po to, by uzyskać zwiększenie pomocy humanitarnej dla ogromnej rzeszy ok. 1,5 mln uchodźców syryjskich przebywających na terytorium Libanu. Na wspólnej konferencji z premierem Libanu, Donald Trump podtrzymał swoją wersję o odpowiedzialności prezydenta Asada za rzekome „ataki chemiczne”, skrytykował administrację Obamy za niską skuteczność w walce przeciwko ISIS i stwierdził, że to za jego rządów USA odniosło „ogromne sukcesy” na polach bitew (tym samym przypisując USA gros zwycięstwa odniesionego przez inne strony konfliktu). Jednak co najważniejsze, Trump po raz kolejny określił organizację Hezbollah jako terrorystyczną, zestawiając ich na jednym poziomie z Al-Kaidą i ISIS:
– Liban jest na pierwszej linii walki z ISIS, al-Kaidą i Hezbollahem. Libańczycy wszystkich wyznań pracują razem, aby to utrzymać. A my rozmawialiśmy o tym bardzo długo – ich kraj jest bezpieczny i zamożny – powiedział 45. prezydent USA.
Ta wypowiedź spowodowała, że nawet media amerykańskie dostrzegły ewidentny błąd – zauważając, jak „Washington Post”, że skrzydło polityczne Hezbollah wraz ze sprzymierzonymi partiami politycznymi pomaga premierowi Libanu w utrzymaniu większości rządowej w parlamencie, a sojusznikiem organizacji jest także chrześcijański prezydent gen. Michel Aoun.
Premier Hariri powiedział jedynie, iż „rozumie powody”, dla których USA uważa współpracę sił libańskich z tą organizacją za „coś nieodpowiedniego” – natomiast interwencję Hezbollahu w Syrii uważa za błąd. Na późniejszej konferencji zaznaczył jednak delikatnie, na uwagi dziennikarzy, że wystąpienie prezydenta Trumpa nie do końca zgadza się ze stanem faktycznym: – W Libanie walczymy przeciwko ISIS oraz Al-Kaidzie. Hezbollah, jak wiemy, jest częścią koalicji rządowej. I mamy dla siebie wzajemne zrozumienie – powiedział premier Hariri.
Libańska opinia publiczna kwestionuje zwłaszcza ten element spotkania – uważając słowa Trumpa za absurdalne, na czym USA traci także wizerunkowo (podobnie jak i sunnicki premier Hariri). Przytaczając słowa jednego z bardziej znanych komentatorów libańskich:

Spotkanie Trumpa z premierem Libanu, oraz kolejne potępienie przez prezydenta USA organizacji Hezbollah ma miejsce właśnie w czasie, gdy administracja amerykańskiego „Imperium” dostrzega rysującą się dlań perspektywę utraty wpływów na Bliskim Wschodzie. Wsłuchując się w ton przemowy prezydenta Trumpa, w formułowane przezeń oskarżenia (a także zwracając uwagę na dość osobliwy, emocjonalny dobór słów) trudno nie oprzeć się wrażeniu, że on również musi się bardzo przejmować „wypychaniem” wpływów USA z tej części świata przez państwa takie jak Rosja i Iran. Warto tu dodać, że Hezbollah jest postrzegany jako jedno z narzędzi umacniania przez Iran swojej pozycji w regionie.
Jak wiadomo, nie ma już szans na to, by USA utrzymało takie znaczenie w Iraku jak we wcześniejszych latach po obaleniu Saddama Husajna – gdyż Irakijczycy zdecydowali się na współpracę z Iranem i Rosją. Natomiast możliwości wywierania wpływu przez USA na sytuację w Syrii zostały bardzo ograniczone, nie tylko przez interwencję rosyjską ale także dzięki wsparciu udzielonemu stronie rządowej przez Iran. Zwłaszcza ten ostatni element – wzrost potęgi Iranu (patrona Hezbollahu) niepokoi bardzo elity amerykańskie i syjonistyczne. Kraj ów stanowi najważniejszego sojusznika Chin na Bliskim Wschodzie, zaś współpraca chińsko-irańska będzie się umacniać – o czym w kręgach aktywistów i opozycji antysystemowej na Zachodzie mówiło (i pisało) się od lat, a co „New York Times” przyznał dopiero wczoraj.
Czytelników w Polsce nadal odgradza się od takiej wiedzy, w czym bardzo pomaga dominacja mass-mediów kontrolowanych przez kapitał niemiecki.
(na podst. Al-Masdar, Washington Post, NYT, Press TV, FB, Twitter oprac. M.Mazur)
Komentarz Redakcji: Liban jest ciekawym przykładem kraju, który pomimo dość dużych problemów wewnętrznych i rozbieżności interesów różnych frakcji jest w stanie prowadzić własną politykę, lawirując między różnymi potęgami światowymi. Absorbuje pomoc wojskowo-logistyczną z Zachodu, a jednocześnie jest w stanie załatwiać różne interesy z Rosją, wspomóc militarnie swoich sąsiadów z niepodległej części Syrii czy współpracować z Partią Boga, do czego oficjalnie się nie przyznaje – wiedząc, że zachodnie elity polityczne nienawidzą tych sił. Wczorajsi wrogowie z czasów libańskiej wojny domowej, dziś jednoczą siły w obliczu zagrożeń zewnętrznych – są w stanie zarówno zwalczać dżihadystów, jak i zapewnić bezpieczeństwo liczącego 4 mln mieszkańców kraju w sytuacji, gdy przebywa w nim także… 1,5 mln uchodźców z Syrii (!). Niesamowita mobilizacja społeczna i czujność, obywatelskie patrole i współpraca mieszkańców z władzami pomagają zapewnić bezpieczeństwo. Z drugiej strony, wielu mieszkańców Libanu stara się też w miarę możliwości pomagać Syryjczykom dotkniętym przez wojnę; państwo zabiega także o jak największą pomoc międzynarodową dla nich. Tym samym masy uchodźców nie idą dalej, w stronę krajów Europy czy innych. Libańczycy wierzą, że uda im się przezwyciężyć trudności – i co najciekawsze, tę wiara podziela także emigracja libańska na świecie; ostatnio mówi się nawet o bezprecedensowym zjawisku powrotów diaspory libańskiej z krajów Ameryki Łacińskiej. Martwią co prawda słowa premiera Haririego, wypowiedziane w czasie wizyty prez. Trumpa – jednak pamiętać warto, że Hezbollah… nieoficjalnie również pozyskuje sprzęt i umundurowanie ze wsparcia zachodniego, nosi nawet te same mundury i obuwie co armia libańska. Swego czasu głośno było o transporterach amerykańskich, które trafiły do armii libańskiej, a ostatecznie zostały użyte w trakcie operacji prowadzonych przez Hezbollah po stronie syryjskiej. Taki stan rzeczy utrzymuje się od lat i pomimo nacisków zachodnich (oraz żydowskich) jakoś nie widać, by władze libańskie autentycznie chciały to zmienić – arabscy decydenci rozumieją, że wsparcie zbrojne udzielane przez organizację jest niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa państwa. Jak powiada stare porzekadło „pokorne cielę dwie matki ssie” – i być może w taki sposób należy odczytać słowa i intencje libańskiego premiera. (MM)








Jeden komentarz