Polska: Przerabianie historii według ideologii „wyklętej”

Upubliczniono projekt Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, które ma powstać w gmachu Aresztu Śledczego przy ul. Rakowieckiej. Będzie to najdroższe muzeum w historii Polski. Planowany koszt ekspozycji to niemal 116 milionów złotych i nie obejmuje on wydatków związanych z tworzeniem kolekcji muzealnej. Do tej pory najdroższą wystawą, jaką sfinansowano ze środków publicznych, była ekspozycja Muzeum II Wojny Światowej, która kosztowała 60 milionów złotych. Na powstającą obecnie wystawę Muzeum Historii Polski przeznaczono 66 milionów złotych.

Szczegóły planowanej ekspozycji przedstawiono w „Konspekcie stałej ekspozycji Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL”. Wywołał on dyskusję w środowisku historyków i muzealników. Z jego krytyką wystąpił między innymi profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, dr hab. Rafał Wnuk, były naczelnik lubelskiego oddziału Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w latach 2000-2009.

Twórcy koncepcji proponują manichejski schemat interpretacyjny dziejów Polski Ludowej, w ramach którego istniała „zła” obca władza zwalczająca „dobre” społeczeństwo, które bezustannie, nieustraszenie i niezłomnie „walczyło z komunistyczną dyktaturą”. Przy tak uproszczonej wizji przeszłości nie ma różnicy między czasem stalinowskich represji a okresem Gomułki czy Gierka. Rok 1956 r. przestaje być przełomem. Nie ma też miejsca na skomplikowanie i niejednoznaczności. Olbrzymia większość ówczesnych mieszkańców Polski, tych, którzy unikali zaangażowania się w konspirację lub z niej w pewnym momencie rezygnowali, jest w narracji tej nieobecna. Wyparowują przeważające wówczas strategie przystosowawcze, znika współistnienie Kościoła katolickiego i władzy po 1956 r. W tak pomyślanym muzeum do opisu polskich postaw w latach 1944–89 wystarczy kilka pojęć: „heroiczny opór”, „poświęcenie”, „bohater” „zdrajca” i „kolaborant”. W zależności od okresu za wyłącznych depozytariuszy polskości uznane zostaje: powojenne podziemie komunistyczne, konspiracyjne organizacje młodzieżowe, ROPCiO, KOR, KPN, a po karnawale Solidarności – grupy opozycyjne lat 80. Koncepcja wydobywa i idealizuje elementy walki zbrojnej, czynnego oporu, pomijając dominujące postawy społeczne. Przyszłej ekspozycji grozi, iż używając oryginalnych artefaktów i odwołując się do rzetelnych ustaleń badawczych, wykreuje daleki od rzeczywistości obraz przeszłości. Dla przykładu, jednym z głównych celów wystawy jest wpojenie przyszłym odwiedzającym, iż powstanie warszawskie nie było ostatnim polskim powstaniem zbrojnym. W pierwszej części ekspozycji dominować mają galerie „Bohaterowie ostatniego powstania”, „Bitwy ostatniego powstania”, „Na szlaku narodowych powstań”, zaś charakteryzując Pawilon X, autorzy piszą, że jest to obiekt ważny „z uwagi na fakt więzienia w nim najwybitniejszych postaci Antykomunistycznego Powstania 1944-1963”. Przyszły widz dowie się więc, że najdłuższe w dziejach, bo trwające 19 lat, wielkie narodowe powstanie wymierzone było nie w zaborców czy okupantów, ale przeciwko polskim komunistom i, w zdecydowanie mniejszym stopniu, Sowietom. Dla zbudowania tej narracji wykorzystane zostaną opisy rzeczywistych potyczek i prawdziwe biografie partyzantów i działaczy podziemia. Z pozbawioną jakiegokolwiek uzasadnienia „powstańczą” tezą nie da się dyskutować na gruncie naukowym. Wydarzenia lat 1944-1963 w żadnym stopniu nie pokrywają się z obowiązującą w języku polskim definicją pojęcia „powstanie”, żaden z uczestników powojennego antykomunistycznego podziemia nie uważał się za powstańca, w żadnym dokumencie z epoki słowo to nie pada. Ale dla zwolenników pojęcia „antykomunistyczne powstanie” nie jest to żadnym argumentem. Fakt, że ludzie mieszkający wówczas w Polsce o trwającym jakoby powstaniu nic nie wiedzieli, również im nie przeszkadza. Wiara, iż Polacy musieli sprzeciwić się władzy komunistów, wywołując „powstanie”, jest impregnowana na racjonalną argumentację. Nie ma ona nic wspólnego z krytycznym, naukowym podejściem i pochodzi ze świata ideologii. Wpisanie działań antykomunistycznego podziemia w polską tradycję powstańczą odbywa się przez odwołanie do emocji, co ma osłabić skłonność odbiorcy do krytycznego myślenia. Wysiłek włożony w wykreowanie insurekcji, której nigdy nie było, przypomina działania komunistycznej propagandy udowadniającej, iż w 1944 r. w Polsce „siły postępu przeprowadziły rewolucję społeczną”, lub powtarzane do dziś np. na Białorusi i w Rosji tezy, jakoby 17 września 1939 r. na ziemiach wschodnich II RP wybuchła „rewolucja robotniczo-chłopska”. (…). Wśród godnych szczególnego uczczenia grup znalazły się Siły Zbrojne Polski Podziemnej – kilku młodych ludzi, którzy śmiertelnie postrzelili sierżanta MO Zdzisława Karosa. Przyznam, że wyboru tego nie rozumiem. Od nieszczęśliwego zabójstwa zdystansowało się natychmiast całe solidarnościowe podziemie, którego fundamentem był pokojowy charakter oporu. Być może autorzy koncepcji zamierzają przy tej okazji ukazać ślepą uliczkę radykalizmu i przestrzec przed wchodzeniem w spiralę przemocy. Jednak afirmatywny ton zapisu i podkreślenie, że młodzi ludzie „zamierzali się zemścić za śmierć górników z Kopalni Wujek” sugerują coś przeciwnego. Uczestnicy akcji zostali najwyraźniej potraktowani jak kontynuatorzy walki antykomunistycznego podziemia zbrojnego, a nie niedojrzałe osoby, które w tragicznym czasie, dokonując złych wyborów, doprowadziły do nieszczęścia – śmierci przypadkowego człowieka. – napisał prof. Wnuk.

(Na podstawie rp.pl)

2 komentarze

Leave a Reply