Henryk Wroński: Easy Rider

12 sierpnia 2017 roku, podczas demonstracji białych nacjonalistów w Charlottesville w Wirginii, samochód wjechał w antyfaszystowskich kontrdemonstrantów. Zginęła 32-letnia Heather Heyer, a rannych zostało co najmniej 19 osób. Sprawcą ataku jest 20-letni James Alex Fields Jr., określany jako „zwolennik faszyzmu”.

Tak kwiczy TVN24.  W następstwie tych wydarzeń jankeskie media głównego nurtu są pewne, że „swobodny jeździec” z Wirginii był inspiracją dla ataku zwolenników Daesz w Barcelonie, a bandy idiotów obalają pomniki obrońców amerykańskiej konstytucji, w tym także generała Roberta E. Lee i innych przeciwników haniebnej idei niewolnictwa.

Gadka o zagrożeniu faszyzmem dociera także do Polski. Chociaż organizacje narodowe od co najmniej kilkunastu lat organizują marsze i pochody w rocznice ważnych wydarzeń historycznych, dopiero teraz obrońcy III RP – czciciele reform Balcerowicza i zapewniającemu części opozycji i oportunistycznej frakcji  PZPR udział w kontroli nad systemem gospodarczo-politycznym – grzmią na alarm. Oto bowiem rodzi się na ziemi polskiej „faszyzm”. Nieważne, że jego przejawy to głównie noszenie gadżetów i koszulek z symbolami państwa podziemnego i drugiej konspiracji. Rzekomo jest on wspierany przez obecnie rządzącą partię, która mimo – obiektywnie słusznych – działań na polu polityki socjalnej, kontynuuje politykę „robienia laski” (określenie R. Sikorskiego) Amerykanom, prawdopodobnie bezpośrednio wspierając działania terrorystów na terytorium syryjskim (pokazówka GROM-u dla króla Jordanii nie była przypadkiem).

Wypada w tym miejscu zadać leninowskie pytanie:  „Co robić?”  Wystarczy rzut oka na tzw. „media społecznościowe”, by zobaczyć, że polski mainstream chce walczyć z „faszyzmem” poprzez obrzucanie „faszystów”  brokatem (najmodniejsza metoda prosto z USA) , a tutejsza ANTIFA urośnie w siłę, bo tak piszą „opiniotwórcze” portale z zagranicy. Jak brzmi odpowiedź? Nie przejmować się.

Eskalacja konfliktu politycznego w USA może nas tyko cieszyć. Oczywiście, śmierć kongresmena, senatora czy przedstawiciela zarabiającego miliony dolarów kompleksu militarno-przemysłowego lub naftowego powinna cieszyć nas o wiele bardziej niż zwyczajnego żołnierza, czy zmanipulowanego przez media głównego nurtu obywatela, ale i to przyjmiemy z radością. Im więcej kłopotów USA ma u siebie, tym mniejsza szansa na absurdalne, agresywne ruchy przeciw Iranowi, Syrii, Wenezueli, KRLD, Rosji czy Chinom przed którymi przestrzegał odwołany niedawno „ostatni realista w Białym Domu” i architekt zwycięstwa kandydata Trumpa  (odmiennego od „prezydenta Trumpa”) – Steve Bannon (popularny portal Huffington Post wieść o jego odwołaniu skwitował hasłem „Goy bye” – „Żegnaj goju”.)

Easy Rider z Charlottesville zabijając jedną osobę zmienił całą narrację. Opowieści o rosyjskich powiązaniach Trumpa i jego ekipy zniknęły z pierwszych stron liberalnych mediów. Miejsce „ruskich hakerów” zajęła mgławicowa alt-prawica, zrzeszająca libertarian, nostalgików, losowych użytkowników anonimowych forów internetowych i osobników walczących o segregację rasową w szaletach będących miejscami spotkań homoseksualistów.

 Co to wszystko oznacza dla nas? Nic. Dopóki Trump nie zostanie przymuszony do podjęcia kolejnej poronionej interwencji gdzieś na świecie pod sztandarem „praw człowieka”. Niech Amerykanie zagryzają się we własnym bagnie (nie miejmy nadziei na jego osuszenie). Biorąc pod uwagę potencjał bojowy „antyfaszystów” przeżywających fantazje o wojnie hiszpańskiej (których głupotę obnażył guru amerykańskiej lewicy Noam Chomsky) i determinację równie niepoważnych „faszystów” (białej klasy robotniczej wciąż szukającej swojego politycznego języka, na którą  z sympatią i zrozumieniem patrzy część Czarnych i Latynosów)  zapewne niestety nie dojdzie do drugiej wojny domowej którą już wieszczą kontrolowane przez wiadome siły media głównego nurtu.

Lecz gdyby było inaczej, stawajmy za każdym radykałem. Pamiętajmy o ofiarach z Tokio, Hiroszimy, Nagasaki, Hamburga, Drezna, Kambodży, Wietnamu, Iraku, Jugosławii, Afganistanu, Libii, Syrii. Nie oszukujmy się. Przyznajmy się do tego przed sobą. Chcemy patrzeć na martwych Amerykanów. Chcemy patrzeć jak cierpią za wszystko, co wyrządziły ich władze. Będziemy wznosić toasty, widząc medialne płacze po kolejnej przejażdżce po jankeski obrońcach liberalizmu i politycznej poprawności. Nie pogardzimy nową wojną domową, jeśli tylko oddali ona widmo agresji od Wenezueli, Iranu, Syrii. Trzymajmy kciuki za każdego kierowcę gotowego wcisnąć gaz do dechy w coraz mniej zjednoczonych stanach Ameryki Północnej.

 Henryk Wroński

7 komentarzy

Leave a Reply