Kilkudziesięciu powiązanych wcześniej z Al-Nusrą i ISIS ekstremistów syryjskich zostało zidentyfikowanych wśród uchodźców – jak podaje gazeta „Der Spiegel”, powołując się na swoje źródła w niemieckich służbach. Jednak, jak można się domyślać, może to być zaledwie wierzchołek góry lodowej – gdyż w raporcie podano, że sprawa dotyczy około 60 osób. Na dodatek rozpracowane przez służby środowisko to członkowie zaledwie jednej grupy dżihadystycznej – z kilku tysięcy mniejszych i większych ugrupowań, które destabilizowały sytuację w Syrii od początku wojny.
Wskazani „uchodźcy” należeli w Syrii do tzw. Brygady Owais al-Korani – walczącej początkowo po stronie tzw. Wolnej Armii Syrii. Później jednak grupa zmieniła front i dołączyła do Dżabath an-Nusry, stanowiącej syryjską gałąź światowej siatki Al-Kaidy. Co najgorsze jednak, grupa przez miesiące miała walczyć w prowincji Rakka u boku dżihadystów ISIS.
Jak podają media, w tym czasie członkowie grupy „mieli dokonać licznych egzekucji na pojmanych syryjskich żołnierzach i cywilach” – dodając, że mieli w ten sposób zabić co najmniej 300 osób. Szczególnie zapamiętany z okrucieństwa został jeden z dowódców grupy, niejaki Abdul Dszawad al-K. – który przybył do Niemiec w październiku 2014 roku i otrzymał tam azyl.
W trakcie masakry w okolicy syryjskiego miasta Tabka w marcu 2013 roku, Brygada Owais al-Korani zamordowała 36 policjantów, pracowników administracji i członków lokalnej samoobrony, którzy popierali prezydenta Baszara Asada. Część ofiar została pozbawiona głów.
Niemiecka służba bezpieczeństwa i kontrwywiad – Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) – powołała specjalną grupę zadaniową ds. członków tej grupy, którzy przybyli do Niemiec – jak podają autorzy raportu opublikowanego w „Der Spiegel”. Jak dotąd, śledczym udało się zidentyfikować 25 byłych członków Brygady Owais al-Korani, przebywających obecnie na terenie Niemiec. Niektórzy członkowie grupy zostali już oskarżeni o zbrodnie wojenne – ich proces ma się rozpocząć pod koniec września br. Wśród nich znajduje się także wspomniany wcześniej Abdul Dszawad al-K, który miał także planować dokonanie ataku terrorystycznego w Düsseldorfie – w imieniu tzw. Państwa Islamskiego.
Niemieckie służby bezpieczeństwa uważają jednak, że na terenie Niemiec przebywa jeszcze więcej niż 30 członków wspomnianej grupy – którzy jednak nie zostali jeszcze wyśledzeni i doprowadzeni przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Na ślad grupy mieli wpaść, gdy jeden z ubiegających się o azyl mężczyzn przyznał wprost na rozmowie z urzędnikami migracyjnymi, że był w Syrii członkiem wspomnianej Brygady. Inny trop pojawił się w 2014 roku, gdy pozostali dżihadyści zostali rozpoznani przez tych członków rodzin swych ofiar, którzy również przybyli do Niemiec jako uchodźcy.
Masowy napływ uchodźców, osiągający apogeum w 2015 roku, wywarł wielki wpływ na pogorszenie się bezpieczeństwa wewnętrznego Niemiec. Szef bawarskiej sekcji BfV, Manfred Hauser, ostrzegał sierpniu 2016 roku że “grupy uderzeniowe” powiązane z Państwem Islamskim mogły już przeniknąć do Niemiec w masach uchodźców. Dodał też, że reprezentowany przez niego Urząd badał wówczas „setki” podejrzanych przypadków.
Opublikowany w lipcu br. raport BfV podawał, że w Niemczech przebywać może około 24 400 islamistów o tendencjach ekstremistycznych, w tym około 10 tys salafitów – wyznawców najbardziej skrajnej odmiany islamu sunnickiego, którzy są szczególnie podatni na agitację fanatyków i terrorystów. Oprócz uchodźców są wśród nich także osoby urodzone już w Niemczech, w tym sporo przedstawicieli mniejszości tureckiej. W raporcie po raz kolejny powtórzono ostrzeżenie, że oprócz osób autentycznie pokrzywdzonych przez wojnę, w masie uchodźców mogą się znajdować także dżihadyści uciekający z Syrii i Iraku.
W kwietniu 2017 „Der Spiegel” opublikował też inny raport – dotyczący uchodźców z Afganistanu. Jak ustalono, tysiące uchodźców afgańskich przyznało na wywiadach prowadzonych przez to urzędników Federalnego Biura ds. Migracji i Uchodźców (BAMF), iż albo utrzymywali jakieś kontakty z grupami islamistycznymi w Afganistanie, albo nawet walczyli w szeregach takowych.
Problemów przysparza też fakt, że służby niemieckie nie utrzymują wymiany informacji ze swymi odpowiednikami na terenie Syrii (Afganistan to osobna historia – jego służby, choć szkolone przez Amerykanów, nadal są niewydolne). Na chwilę obecną, ze względu na decyzje niemieckich polityków i ich niczym nieuzasadnioną nienawiść do rządu w Damaszku, nie ma mowy o żadnej oficjalnej współpracy służb obu państw. Nie pojawiły się też żadne poszlaki wskazujące na prowadzenie nieoficjalnych rozmów – jak to np. czynią Włochy, w których zagrożenie terrorystyczne jest mniejsze, mimo podobnie gigantycznej fali migrantów z islamskich państw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
Komentarz Redakcji: Jak widać, w sytuacji gdy można wybierać między poprawą bezpieczeństwa obywateli a kontynuowaniem własnego „ideolo” o złym „reżimie Asada” – niemieccy politycy wybierają to drugie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że niemieckie służby nie poradzą sobie same z problemem – kilkudziesięciu zidentyfikowanych ekstremistów to zaledwie kropla w morzu. Czekamy więc na to, aż sfrustrowani tym stanem pragmatyczni Niemcy zaczną kwestionować własny establishment, jednocześnie patrząc przychylniejszym okiem na rząd w Warszawie – zapewniający bezpieczeństwo mieszkańcom Polski. Nadal mamy nadzieję, iż wówczas rząd PiS pokaże wreszcie, że jest w stanie prowadzić niezależną, odważną politykę zagraniczną – przenosząc punkt ciężkości obecnego sporu między Polską a Brukselą/Niemcami (w którym rzekoma „troska” zachodnich elit o nasz Trybunał i sądownictwo jest tylko przykrywką dla obrony ich interesów) na niemiecką scenę polityczno-społeczną. Tak, jak rok temu postulował kol. Adam Danek w swoim tekście, pt. „Przenieśmy walkę na terytorium Niemiec”.
(na podst. Al-Masdar, Reuters, Der Spiegel oprac. M.M.)







