Jedna z dwóch najważniejszych baz amerykańskich w południowej Syrii została właśnie zniszczona przez opuszczające ją siły – tak, by nie wykorzystała jej w przyszłości żadna z licznych grup zbrojnych, uczestniczących w wojnie syryjskiej.
Opuszczając założoną przez siebie w czerwcu bazę wojskową Zakaf, Amerykanie i wyszkoleni przezeń „rebelianci” zniszczyli doszczętnie wszystkie instalacje, co potwierdzają także zdjęcia z powietrza. Została ona założona blisko południowej granicy z Irakiem i Jordanią, w południowo-wschodniej części muhafazy Homs.
Baza w Zakaf stanowiła drugi najważniejszy garnizon sił zachodnich i „rebeliantów” w południowej Syrii, zaraz po bazie w Al- Tanf – usytuowanej około 20 km na zachód od niej. To na jej terenie instruktorzy wojskowi państw tzw. Koalicji szkolili bojowników tzw. Wolnej Armii Syrii (FSA), którzy przeszli pomyślnie ich procedury weryfikacyjne. Stanowiła też ważny ośrodek dowodzenia, koordynujący operacje wojskowe w południowej Syrii.
Decyzja o ostatecznym opuszczeniu bazy wynikła zapewne z szybkich postępów sił rządowych w tej części kraju. Przez ostatnie trzy miesiące parły one bez ustanku w stronę granic z Jordanią i Irakiem, w miarę łatwo zajmując prawie bezludne obszary pustyni Badia – na których nie było zbyt wielu punktów umocnionych.
Według doniesień płynących z różnych źródeł, zarówno USA jak i „umiarkowani rebelianci” nie zamierzają używać tej bazy kiedykolwiek w przyszłości, toteż zdecydowali się na wyburzenie wszystkich umocnień i instalacji w jej obrębie – dosłownie równając ją z ziemią. Jak dotąd, żadna z powyższych stron nie przedstawiła dokładnie powodów, dla których zdecydowano się na tak radykalny krok – zapewne jednak wiąże się on z ostatnim porozumieniem między USA, Rosją a Jordanią, w którym jako cel długofalowy określono wycofanie sił Koalicji z południowej Syrii, co teoretycznie oznacza przyzwolenie na kapitulację miejscowych „rebeliantów” i ponowne wzięcie tych obszarów pod kontrolę Syryjskiej Armii Arabskiej. O tym, iż należy interpretować to w ten sposób świadczy, że w ostatnich tygodniach część bojowników zdecydowała się na pojednanie z rządem, dokonując dezercji z bronią i zasilając oddziały rządowe. Inni natomiast (ci o bardziej radykalnych poglądach) mieli rozproszyć się na terenie Jordanii – zwiększając i tak już znaczny odsetek islamistów na jej terenie, którzy w przyszłości potencjalnie mogą zdestabilizować prozachodnią monarchię. Pozostała reszta miała pierwotnie dołączyć do kurdyjskich SDF, rywalizujących z siłami rządowymi o to, kto szybciej wydrze z rąk ISIS jak największe obszary wschodniej Syrii (prowincja Deir Ezzor). Jednak nic takiego nie nastąpiło, a kilka dni temu dowódca największej frakcji, jaka działała w południowej Syrii pod sztandarem FSA – o nazwie Maghawir al-Thawra – potwierdził, iż jego arabscy „rebelianci” nie wesprą Kurdów w walkach. Nawet pomimo ogromnych „nacisków zewnętrznych”, jak sam to ujął.

Wcześniej, 4. września media prorządowe podały, że również Wielka Brytania wycofała swoich „specjalsów” z południowej Syrii. Ich centrum operacyjne, w którym oprócz koordynacji zadań bojowych szkolili też miejscową „opozycję” zbrojną, mieściło się na terenie bazy w Al-Tanf. Według mediów brytyjskich, władze zaczęły redukcję kontyngentu zbrojnego już w czerwcu, przeczuwając zmiany polityczne w regionie. Wówczas udało się potwierdzić fakt wycofania co najmniej 20 brytyjskich operatorów sił specjalnych.
Szkoleni przez siły zachodnie „rebelianci” oficjalnie mieli walczyć przeciwko Daesz. Jednak nawet w czasie, gdy terytoria pod ich kontrolą sąsiadowały z obszarem „kalifatu”, ich działania koncentrowały się głównie na sabotowaniu wysiłków syryjskich sił rządowych – zwalczających na południu kraju nie tylko ISIS, islamistów i tzw. umiarkowaną opozycję (prozachodnią), ale też dżihadystów dawnej Al-Kaidy. Z tymi ostatnimi zresztą siły popieranej przez Zachód i Jordanię „opozycji” miały często współpracować doraźnie przeciwko oddziałom rządu w Damaszku.
(na podst. Al-Masdar, Twitter oprac. M.Mazur)








Jeden komentarz