Wczoraj ogłoszono w Australii wyniki referendum w sprawie legalizacji jednopłciowych „małżeństw”. 61% głosujących opowiedziało się za deprawacją. Frekwencja głosowania wyniosła 80%, zostało ono przeprowadzone drogą pocztową oraz rozciągnięte na osiem tygodni. Głosowanie nie było wiążące i parlament dopiero teraz będzie głosował w sprawie stosownej ustawy, jednak nastroje społeczeństwa są już znane.
W Australii homoseksualna „kultura” zadomowiła się na dobre, co doprowadziło do tego, że przeciwnicy homo-związków byli publicznie szkalowani w mediach i wzywani do sądów. Ostatnimi czasy dochodziło nawet do prób zastraszania ich przemocą fizyczną. Sama instytucja małżeństwa w Australii jest bardzo zdegenerowana. Postrzegane jest ono jako właściwie zbędna formalność, którą można zerwać w każdej chwili.
Terror poprawności politycznej zebrał swoje żniwo, a medialna nagonka osiągnęła swój cel. Różnej maści biznesy mówiły głośno, że są na „tak”, tzw. konserwatywni politycy deklarowali poszanowanie woli elektoratu, a organizacje występujące przeciwko homomałżeństwom nie miały odwagi wprost powiedzieć, że homoseksualizm jest złem. Co więcej, po własnej klęsce wyborczej przeciwnicy legalizacji gratulowali zwycięzcom – ciesząc się, że wprawdzie przegrali, ale zwyciężyła demokracja.
(na podstawie pch24.pl opracował Tomasz Szymkowiak)








